Pobicie ze skutkiem śmiertelnym

Przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon 21-letniej Justyny R. Jej partner – Jarosław G. był w stanie krytycznym. Śmigłowcem przetransportowano go do szpitala. Rozległe obrażenia wewnętrzne i pęknięcie czaszki nie dawały dobrych rokowań. Zdaniem lekarza 22-latek został dotkliwie pobity przy użyciu tępego, ciężkiego narzędzia. Ślady na poszyciu wskazywały, że napastnik lub napastnicy stali na zewnątrz i zadawali ciosy przez materiał okalający namiot. Śledczy założyli, że mogła być to cienka metalowa rura.

Zalew Sulejowski w województwie łódzkim to popularne miejsce wypoczynkowe dla mieszkańców Piotrkowa Trybunalskiego i okolic Łodzi. Pochodząca z Tomaszowa Mazowieckiego para studiowała na Uniwersytecie Łódzkim. Przyjechali na kilka dni odpocząć nad wodą. Funkcjonariusze ustalili, że wieczór poprzedzający tragiczne wydarzenie ofiary spędzały w ośrodku domków letniskowych, który sąsiadował z ich polem namiotowym. 20 lipca wczasowicze zorganizowali ognisko z pieczonymi kiełbaskami i ziemniakami. Nie zabrakło również alkoholu. Jak twierdzili świadkowie, Justyna i Jarek przybyli około godziny 17.30 i byli widziani do późnej nocy. Nikt z uczestników imprezy nie był w stanie określić, jak i kiedy para oddaliła się z ośrodka. Faktem było, że doszło do kilku utarczek słownych pomiędzy studentami, a grupą mężczyzn z domku numer 12.

Mężczyźni zostali przesłuchani. Powodem niesnasek miało być aroganckie zachowanie dziewczyny. Jarosław G. stanął w jej obronie, co nasilało konflikt. Każdy z pięciu mężczyzn utrzymywał, że nie opuszczał ośrodka. Policjanci przeszukali domek numer 12 w nadziei, że odnajdą jakiekolwiek ślady świadczące o użyciu przemocy. Mieszkańcy w wieku od 33 do 45 lat nie byli skłonni do współpracy z policją. Pochodzili z Łodzi i byli utożsamiani z grupą pseudokibiców jednej z tamtejszych drużyn piłkarskich. Wszyscy byli karani za pobicia, wymuszenia, a nawet rozboje. Choć byli oczywistymi podejrzanymi, do śledczych w pewnym stopniu trafiało ich tłumaczenie: „Studenciaki to nie nasza liga”.

Sekcja zwłok Justyny R. wykazała, że bezpośrednią przyczyną śmierci był poważny uraz czaszki. Duży fragment kości ciemieniowej utkwił w mózgu dziewczyny. W pierwszej fazie ataku ofiara próbowała się bronić. Wskazywały na to złamania kończyn. Do najcięższych urazów doszło już zapewne po utracie przytomności. Wiele kości było wręcz zdeformowanych. W treści żołądka znajdowały się szczątki zębów. Patolog nie miał wątpliwości, że napastnik oprócz tego, że dysponował ogromną siłą, użył do zadania tych ran ciężkiego narzędzia. Biegły wykluczył użycie metalowej rurki. Wskazywał na przedmiot kalibru szyny kolejowej lub stalowego wspornika.

Jarosław G. przeszedł dwie operacje i przez wiele tygodni pozostawał w śpiączce farmakologicznej. Miał poważne złamania żeber i kończyn, pękniętą czaszkę i śledzionę. Jego szanse na pełny powrót do zdrowia były niewielkie. Choć szanse na przeżycie, dawane mu przez lekarzy, z każdym dniem nieznacznie wzrastały. Mimo to, śledczy nie mogli liczyć na to, że po wybudzeniu będzie pamiętał co się wydarzyło lub będzie w stanie zeznawać.

Funkcjonariuszom udało się jedynie ustalić, to że sprawców było przynajmniej dwóch. Wokół namiotu ofiar technicy zabezpieczyli ślady obuwia sportowego. Ich charakterystyczne ułożenie wskazywało na to, że musiały należeć do napastników, którzy cofali jedną nogę przed każdym zamachnięciem. Porównano je z obuwiem grupy Łodzian, ale nie odnaleziono połączeń. Śledczy nie mieli wątpliwości, że wszyscy byli na tyle doświadczonymi przestępcami, że z pewnością pozbyli się obuwia w pierwszej kolejności. Spośród tylu osób przebywających na polu namiotowym nie było ani jednego świadka brutalnej napaści. Czy była to zmowa milczenia?

Justyna i Jarosław wynajmowali pokój w jednej z kamienic w centrum Łodzi. Do śledztwa w sprawie napadu włączyli się funkcjonariusze z komendy wojewódzkiej. Przesłuchali współlokatorów pary, znajomych, a także studentów Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego, na którym oboje się uczyli.

21-letnia Justyna R. uchodziła za osobę konfliktową. Zarówno w domu, jak i na uczelni nie była lubiana. Miała trudny charakter, była odbierana jako egoistka o aroganckich zapędach. Śledczy, pytając czy miała wrogów, słyszeli od każdego inną listę nazwisk. Jednak czy charakter mógł być motywem tak bestialskiego napadu?

Otoczenie Jarosława G. dużo cieplej wypowiadało się o nim, niż o jego dziewczynie. 22-latek był pasjonatem motocykli. Należał do motorklubu, w którym miał wielu bliskich znajomych. Często uczestniczył w rajdach i zorganizowanych wyjazdach po Europie. Jego przyjaciel Paweł N. nie potrafił wskazać nikogo, kto by mu źle życzył. Niemniej jednak wspominał, że Jarosław G. często popadał w konflikty przez swoją dziewczynę. Kilka razy został nawet pobity. Dał śledczym wyraźnie do zrozumienia, że motyw napadu był na 99 proc. sprowokowany przez Justynę R. Wspomniał funkcjonariuszom o jednym zdarzeniu z przeszłości.

Śledczy odnaleźli akta z 2009 roku. Jarosław G. uczestniczył w wypadku komunikacyjnym. W sprawie miał status świadka. Na jednym z niestrzeżonych przejazdów kolejowych pod Piotrkowem Trybunalskim zginął 20-letni Arkadiusz K. Rozpędzone BMW wjechało wprost pod pociąg towarowy. Chłopak zginął na miejscu. Badania wykazały, że miał 0,6 promila alkoholu we krwi. Był też ślad po środkach psychotropowych. Przed nim jechał na motorze Jarosław G. To oficjalna wersja. Matka ofiary była zdania, że ścigali się po drodze. Jako że Jarosław G. jechał jako pierwszy, musiał widzieć nadjeżdżający pociąg. Badania wykazały, że był trzeźwy i nie postawiono mu żadnych zarzutów. Rodzina Arkadiusza K. otwarcie obwiniała go o tą śmierć.

11 sierpnia 2011 roku pracownik punktu skupu metali w Tomaszowie Mazowieckim zawiadomił policję o podejrzanych klientach. Dwóch mężczyzn próbowało sprzedać kilka szyn kolejowych. Poruszali się białą skodą. Patrol policji natrafił na poszukiwany samochód po kilkunastu minutach. Bagażnik był jeszcze wypełniony złomem. Wśród niego znajdowały się szyny kolejowe. W skład patrolu wchodził funkcjonariusz, który jako pierwszy przybył na miejsce bestialskiego napadu na Justynę i Jarosława nad Zalewem Sulejowskim. Postanowił powiadomić o swoim odkryciu kolegów z wydziału śledczego. Szyny kolejowe skierowano do policyjnego laboratorium.

Po 2 miesiącach udało się znaleźć na jednej z szyn ślady krwi Justyny R. 54-letni właściciel skody – Roman Z. – został zatrzymany. Mężczyzna zapierał się, że nie miał nic wspólnego z napadem. Znajdujące się w bagażniku rzeczy znalazł w różnych miejscach. Nie potrafił jednoznacznie wskazać, skąd pochodziła szyna kolejowa, na której ujawniono krew ofiary. Najbardziej obiecujący zdaniem śledczych trop, prowadził do warsztatu ślusarskiego w Sulejowie. Właściciel został przesłuchany.

Według zeznań 56-letniego Sławomira D., w czerwcu 2011 roku, wykonywał zlecenie, do którego potrzebował fragmenty szyn. Posiadał dokumenty legalnego zakupu złomu od kolei państwowych. Odpady leżały przed warsztatem. Jego zdaniem każdy mógł te szyny ukraść. Ukraść, dokonać napadu i odłożyć z powrotem? Funkcjonariusze nie uwierzyli w wyjaśnienia Sławomira D. Po sprawdzeniu w kartotekach okazało się, że był niekarany. Niemniej jednak przesłuchiwano w kilku drobnych sprawach. W opinii pracowników i sąsiadów uchodził za osobę nerwową i porywczą.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po „Detektywa Wydanie Specjalne” 2/2025 (tekst Konrada Szymalaka pt. Trefny motocykl). Cały numer do kupienia TUTAJ.