Podhale i sprawiedliwość. Pierwszy pocisk trafił ojca rodziny, zabijając go na miejscu. Następny odebrał życie synowi Andrzejowi. Katarzyna miała więcej szczęścia. Pocisk zdołał jedynie przebić płuco. W tym samym czasie jej przerażony, niedoszły jeszcze zięć Bogdan padł na podłogę, aby uniknąć postrzelenia. Dzięki temu on również umknął śmierci. Dwie kule przeleciały tuż nad nim. Córka Monika także zdążyła uciec do łazienki.
Niek będzie pokfolony Jezus Chrystus – powiedział Jan B., gdy wszedł do izby, zdjął czapkę i lekko się ukłonił.
W pomieszczeniu, przy kolacji siedziała rodzina sąsiadów: gospodarz Józef K. wraz z żoną Katarzyną, syn Andrzej, córka Monika i jej narzeczony Bogdan R. W tym momencie cała rodzina natychmiast oderwała wzrok od stołu. Jan B. miał groźny wzrok. Po chwili zapytał retorycznie:
– Jak długo tak będziemy żyć, sąsiedzie?
Nim padła odpowiedź, spod koszuli wyciągnął broń i zaczął strzelać. Pierwszy pocisk trafił ojca rodziny, zabijając go na miejscu. Następny odebrał życie synowi Andrzejowi. Katarzyna miała więcej szczęścia. Pocisk zdołał jedynie przebić płuco. W tym samym czasie jej przerażony, niedoszły jeszcze zięć Bogdan padł na podłogę, aby uniknąć postrzelenia. Dzięki temu on również umknął śmierci. Dwie kule przeleciały tuż nad nim. Córka Monika także zdążyła uciec do łazienki. Stamtąd przez okno wydostała się na zewnątrz.
– Ludzie ratujta!!! – krzyczała, biegnąc co sił w nogach przez osadę…
Na miejsce niebawem przyjechało pogotowie i policja. Katarzyna B. z przestrzelonym płucem przewieziona została do szpitala. Na szczęście dzięki pomocy lekarzy przeżyła. Sprawca rzezi – Jan B. – uciekł do lasu. Szybko o tragicznym zajściu wiedziała cała wieś. Jej wstrząśnięci zbrodnią mieszkańcy jeszcze długo nie mogli o niej zapomnieć.
Wsi spokojna, wsi wesoła!
Początek lat 90. ubiegłego wieku w Polsce to czas przemian społeczno-politycznych. Na Podhalu życie płynęło jednak swoim stałym, spokojnym rytmem. W tej od zawsze specyficznej części kraju czas jakby się zatrzymał.
Osiedle A., część wsi Cz. oddalone jest od jej centrum o dobrych kilka kilometrów. Położone na malowniczym zboczu pasma górskiego, z dwóch stron otoczone lasem, z trzeciej polami uprawnymi. Chcąc dostać się do głównej drogi, trzeba pokonać kilkaset metrów. Do najbliższego sklepu w sąsiedniej miejscowości P. jest około 2,5 km. W Cz. znajdują się szkoła i parafia. Tam też zaczyna się asfaltowa droga. Przez osiedle A. wiedzie tylko kamienista, górska droga.
A. to swoista enklawa. Choć właściwie, prościej rzecz ujmując: „Diabeł mówi tutaj dobranoc”. Liczy jedynie około 20 domostw. Zamieszkuje ją wyłącznie rdzenna ludność góralska. Od kilku pokoleń ludzie uprawiają tam pole i wypasają bydło, podtrzymując pasterską tradycję wielu pokoleń swoich przodków. Zwłaszcza w lecie, cały tydzień wypełniony jest rolniczą pracą, od rana do wieczora. Z kolei śnieżne i mroźne zimy od zawsze utrudniały dojazd do osady i jej komunikację ze światem. Mężczyźni zajmowali się w tym czasie głównie karmieniem bydła i rąbaniem drewna do ogrzania chałup. Część z nich dodatkowo pracowała w pobliskim kurorcie narciarskim, aby podreperować domowy budżet. Kobiety z kolei tkały, zajmowały się dziećmi oraz domostwem. Pracowały również w mieście jako pomoc przy obsłudze turystów w domach wczasowych.
Podhale i sprawiedliwość
W całym regionie czwartek od zawsze był dniem „handlowym”. W ten dzień rodziny wyjeżdżały „do powiatu”, jak nazywano największe miasto regionu P., gdzie odbywał się jarmark. Tam dokonywano zakupów przydatnych w prowadzeniu gospodarstwa. Niedziela zaś była dniem odpoczynku i czasem dla „ducha”. Poświęcano ją na modlitwę i nabożeństwa. Życie toczyło się tam zgodnie z cyklem pór roku i podporządkowane było kalendarzowi świąt kościelnych. Cechą charakterystyczną okolicznych terenów był fakt, że zostało tam sporo powojennej broni i amunicji. Górale, znani z przezorności, chętnie ją ukrywali tłumacząc, że „przydo się na gorse casy”. W czasie II wojny światowej działała tam nawet niewielka grupa partyzancka. Teren był bowiem ku temu sprzyjający. Żołnierze lasy znali jak własną kieszeń, czuli się więc w nich jak ryba w wodzie. Uważali je za swoją własność, nawet jeśli formalnie nią nigdy nie była. W pojęciu zdecydowanej większości górali przede wszystkim liczyła się „śleboda”, czyli wolność, oraz rodzina.
Mieszkańcy A. tworzyli od zawsze rodzaj zamkniętej wspólnoty. Znali się dobrze od wielu lat. Rzadko się wyprowadzali, a jeśli już do tego doszło, przenosili się zazwyczaj do nieodległej wsi. Nawet małżeństwa zawierali między sobą, bacząc, aby do wsi nie sprowadzali się obcy.
***
Miejscowy dzielnicowy rzadko tam zaglądał, więc lokalne pasje, takie jak nielegalne polowania czy bimbrownictwo, można było bezpiecznie rozwijać.
Również sytuacje konfliktowe najczęściej rozwiązywane były we własnym zakresie. Wszelkie formy współpracy z władzą, najdelikatniej ujmując, nie były mile widziane. Zasadniczo byli to ludzie obdarzeni dużym temperamentem, więc do drobnych konfliktów dochodziło regularnie. Mieszkańcy jednak zazwyczaj szybko się godzili. Winą za awantury i niesnaski obarczali najczęściej wiatr halny. Kiedy on „rozdawał karty”, rozum spał, a górę brały emocje. Nierzadko towarzyszył wszystkiemu alkohol. Kiedy wiatr ustawał, wszystko wracało do normy. W tym specyficznym środowisku żyły również rodziny B. i K.
Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po „Detektywa” 8/2025 (tekst Jarosław Piguły pt. Wendeta). Cały numer do kupienia TUTAJ.