Pokrojone zwłoki leżały w domu ponad miesiąc

W liście pożegnalnym do matki Marianna R. dość dokładnie opisała swoją, jak przekonywała, dramatyczną sytuację rodzinną i finansową oraz powody, dla których zdecydowała się na samobójstwo. Pismo na pogiętej i zabrudzonej kartce jest koślawe, treść nieco chaotyczna, co może wskazywać, w jakim stanie emocjonalnym była 53-latka, gdy zrodziła się w jej głowie myśl, by pożegnać się z życiem.

„Za wszystko przepraszam, nie płacz po mnie proszę cię, ale nie mam innego wyjścia. Załóżcie sprawę o spadek i się go zrzeknijcie. Wali mi się wszystko, nie mam z czego żyć” – zaznaczyła Marianna R. Dalej napisała do swojej rodzicielki, że dramatyczną decyzję o zabiciu się podjęła razem z mężem. „Postanowiliśmy z Gustawem, że tak zrobimy obydwoje. Tyle, że on to zrobił pierwszy i jeszcze sobie zażyczył, by nikomu nie mówić i pochować go za domem. Szkoda mi umierać, ale już się nie wygrzebię z tych problemów, a bez Gustawa to nie ma sensu. Sama sobie nie dam rady. Zawsze chcieliśmy umrzeć razem i prawie w jednym czasie nam się to udało. Teraz jestem z nim i z Markiem. To jest też nasza wspólna decyzja. Nie chcemy żadnych pogrzebów w kościele i wywieszania klepsydr. Kocham cię mamo, ale nie widzę innego wyjścia” – tak kobieta kończyła swój pełen bólu list.

Pisała go, gdy mąż już nie żył, a ona mieszkała ponad miesiąc z jego zwłokami. Miała więc czas, by przemyśleć treść nakreśloną swoją drżącą ręką. Wspomniany w piśmie Marek, to ich 22-letni, przedwcześnie zmarły syn. Został pochowany w 2015 roku. Para po tej rodzinnej tragedii już się psychicznie nie podniosła. Mieli jeszcze drugiego syna, ale on wybrał inną drogę życiową. Nauczył się angielskiego i wyjechał do Wielkiej Brytanii. Znalazł dobrze płatną pracę w Londynie i już nie chciał wracać w rodzinne strony. Nie miał powodu, by przyjeżdżać do tego pełnego smutku domu w niedużej wsi na północ od Krakowa. Gospodarz Gustaw R. też się z niego wyprowadził po śmierci starszego syna, ale niezbyt daleko, bo do mieszkającego w tej samej wsi brata.

W obejściu pozostała sama Marianna R. W samotności przeżywała śmierć dziecka, odejście męża, w końcu przeprowadzony z nim formalnie rozwód. Z tej samotności przygarnęła do siebie Kamila N., kolejnego mężczyznę w jej życiu, ale to była już luźniejsza relacja niż z Gustawem. Z czasem i Kamil odszedł od Marianny R.
Jakoś im się nie układało. Niespodziewanie przypadkowe spotkanie z Gustawem sprawiło, że Marianna ponownie z nim zamieszkała pod koniec 2022 roku, znowu gościła go w swoim domu. Byli rozwiedzeni od 7 lat, ale do tej decyzji już w swoich rozmowach nie wracali. Zamknęli za sobą ten rozdział trudnej przeszłości. Było, minęło. Chętnie za to wspominali dawniejsze dzieje. Jak było fajnie, gdy się poznali w latach 90. XX wieku, w szpitalu, w którym Marianna R. pracowała na centrali telefonicznej, a Gustaw jako ochroniarz. Potem była decyzja o ślubie w 1995 roku, przeprowadzka do małego, drewnianego domku, w końcu narodziny dzieci i kilkanaście lat dobrego życia.

Wszystko się zmieniło po śmierci syna Marka. Rozpoczął się wówczas rozkład rodzinnych relacji i powolne staczanie się na dno. Gdy para, mimo rozwodu, ponownie zamieszkała razem, dawnej sielanki jednak nie było. Z czasem pojawiły się kłótnie, alkohol, wzajemne pretensje i obwinianie się o zgon syna. Marianna R. z nerwów zaczęła się leczyć psychiatrycznie, podjęła też jedną próbę samobójczą, ale została odratowana, gdy postanowiła się otruć. Spędziła wówczas kilka dni na oddziale toksykologii pobliskiego szpitala. W końcu, dzięki lekom i terapii, wróciła do równowagi. Było jej ciężko zwłaszcza finansowo, bo była bez stałej pracy, dorabiała tylko dorywczo, świadcząc usługi sprzątaczki. Na rękę dostawała 1,2 tys. zł. Gustaw także nie miał stałej posady. Utrzymywał się z rat za sprzedaną nieruchomość. Syn z Londynu przysyłał im pewne sumy, ale generalnie finansowo musieli radzić sobie sami.

Nowy rok 2024 nie zaczął się dobrze. Awantury zaczęły przybierać na sile, ale póki para miała trochę pieniędzy w portfelu, dochodziła do porozumienia zgodnie popijając alkohol. Kolejna scysja, właściwie bez powodu, wybuchła 9 stycznia. Oboje byli już podchmieleni, gdy Gustaw R. w trakcie kłótni uderzył partnerkę butelką w głowę. Obrażał ją wtedy mocnymi słowami, używał wulgaryzmów. Wydarzenia tego dnia początkowo przebiegały według dobrze znanego scenariusza, bo takich awantur wcześniej było już wiele, chociaż bez używania fizycznej przemocy. Niespodziewanie Marianna R. zdecydowała się na fizyczną konfrontację z byłym mężem. To było coś nowego. Poszła do kuchni i wzięła do ręki nóż o 20-centymetrowym ostrzu. Pokazała mu, że jest uzbrojona.

– Albo się wyprowadzasz, albo cię dźgnę tym nożem – ostrzegła.

Gdy Gustaw w odpowiedzi ponownie próbował ją uderzyć, wtedy spełniła swoją groźbę i wyprowadziła jeden, a potem drugi cios. Oba trafiły w okolice łokcia, w wewnętrzną stronę przedramienia, bo Gustaw ręką zasłonił się przed uderzeniami. Na moment stanęli naprzeciwko siebie jakby zaskoczeni, że tak się tego dnia nietypowo potoczyły wydarzenia. Mężczyzna momentalnie się uspokoił, obejrzał przedramię i odparł, że nic mu nie jest, chociaż z ran lała się krew. Para, jak gdyby nic się nie zdarzyło, wróciła do picia wódki. Marianna R. już nie nalegała, by partner wyprowadził się z domu. Także z jej strony opadły złe emocje. Tym bardziej, że Gustaw poprosił ją, by opatrzyła mu rany, bo mocno z nich krwawił. Owinęła mu rękę dwoma ręcznikami, które przyniosła z łazienki. Szybko nasiąkły krwią, ale Gustaw bagatelizował ten fakt. Potem oboje rozeszli się do swoich spraw. Marianna R. położyła się do łóżka, słyszała w nocy, że partner chodzi po domu, ale nie sprawdzała, co się z nim dzieje. Nie widziała też potrzeby, by wezwać karetkę lub udać się z rannym do szpitala.

Rano przebudziła się jak zwykle, ale wtedy zobaczyła, że były mąż leży na brzuchu w łazience. Był nagi, zimny, a krew wokół jego ciała już zaczynała krzepnąć. Krwawe ślady były także na wannie, ubikacji, ścianach niedużego pomieszczenia i futrynie drzwi. Nogi mężczyzny wystawały na korytarz. Także w tamtej chwili Marianna R. nie zamierzała zawiadamiać służb ratunkowych, nie wezwała rodziny, sąsiadów, znajomych.

Co się działo potem wiadomo jedynie z relacji kobiety, bo nikt inny nie mógł tego opowiedzieć, nie było świadków. Z późniejszych zeznań gospodyni domu wynikało, że po odkryciu zwłok 2 dni nie wychodziła z zabudowań, tylko piła wódkę, spała, budziła się, piła i znów zapadała w sen.

– Nie wiedziałam, co dalej robić – mówiła podczas pierwszego przesłuchania.

Gdy skończył się alkohol, wytrzeźwiała i postanowiła posprzątać ślady krwi w domu. Najwięcej było ich na fotelu, w którym Gustaw spędził część nocy nim udał się do łóżka.

Chcesz poznać ciąg dalszy tej historii? Sięgnij po Detektywa 9/2026 (tekst Artura Drożdżaka pt. Makabra ze zwłokami). Cały numer do kupienia TUTAJ.