Pomocnik Iwana Groźnego to hajnowianin?

Rzecz wydawała się zupełnie absurdalna, biorąc pod uwagę ten prosty fakt, że przez kilkadziesiąt lat najlepsi śledczy, w tym z Polski, badali sprawę Demianiuka. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie próbował się czegoś dowiedzieć. Historia zna przecież przykłady fatalnych w skutkach pomyłek sądowych, źle poprowadzonych śledztw, skazywania niewinnych osób. Musiałem tylko odszukać ludzi, którzy Jana Marczuka dobrze znali, pamiętali, co opowiadał i jak się zachowywał.

Sprawa wydawała się technicznie prosta. Hajnówka to moje miasto rodzinne, znam tam każdy kąt, jej wojenną i powojenną historię, ludzi z nią związanych oraz legendy i mity, jakie się wokół jej dziejów nagromadziły. Zakładałem więc nie bez powodu, że dojdę do prawdy szybciej niż inni, jaka by ona nie była. Tym bardziej, że zamglona, niewyraźna postać Jana Marczuka nagle zaczęła wyłaniać się z osobistej pamięci. Sylwetka tęgiego, wielkiego starca z obłędem w oczach, rzucającego publicznie siarczyste przekleństwa… Ale jak to w życiu zazwyczaj bywa, im bardziej w las, tym więcej drzew.

– Ten nasz Marczuk był, co ciekawe, bardzo podobny do tego zbrodniarza wojennego Demianiuka – wspominał w rozmowie ze mną kilka lat temu Jerzy R. – Ludzie opowiadali, że jak wrócił po drugiej wojnie do miasteczka, to był taki gruby, że ledwo przeszedł przez drzwi. Kazał sobie nawet sznurowadła w butach zawiązywać. Taki to był panisko! Kto wracał po wojnie dobrze odżywiony i tak się zachowywał, niech pan sam powie? Zaczęto mówić, że Marczuk był strażnikiem w niemieckim obozie. Coś w tym chyba jest, bo ile go pamiętam, to zawsze chwalił wszystko, co niemieckie. Mało tego, z ludźmi witał się okrzykiem: „Heil Hitler!”. Nieraz mu z tego powodu milicjanci tyłek obili, ale bez skutku. Był niereformowalny, uparty jak muł. Jeden człowiek, który z nim wódeczkę czasem popijał mówił, że Marczuk marzy, „żeby choć raz znowu ręce w krwi ludzkiej zanurzyć”. Żydów też, jak tamten twierdził, fanatycznie wprost nienawidził.

Postanowiłem po rozmowie z R. skontaktować się z nieżyjącym już dziś dr. Jackiem E. Wilczurem, człowiekiem-legendą, byłym akowcem, więźniem komunistycznego więzienia. Wilczur, jako pracownik poprzedniczki Instytutu Pamięci Narodowej, czyli Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, przez wiele lat pomagał śledczym w Izraelu w osądzeniu Johna Demianiuka, czyli „Iwana Groźnego”.

Nikt chyba tyle, co on nie wiedział o zbrodniach ludobójstwa, jakie popełniono w niemieckich obozach zagłady na terenie Polski i w innych krajach Europy. Co do tego, że Marczuk mógłby być Demianiukiem był jednak sceptyczny. Ale podrzucił mi wtedy inny trop w tej sprawie, dał nadzieję i zachęcił, żebym nie rezygnował z poszukiwania prawdy. „Bo prawda jest najważniejsza”, jak stwierdził.

– Iwan Marczenko, pomocnik Demianiuka przy komorze gazowej w Treblince, nigdy nie został odnaleziony. Ta zbieżność imienia i nazwiska, zachowanie tego pańskiego Marczuka są bardzo zastanawiające… Oddziały pomocnicze SS-manów pacyfikujące warszawskie getto, czy wachmani z obozów koncentracyjnych rekrutowali się ze społeczności ukraińskiej, ale nie wykluczone, że mógł się tam trafić jakiś Białorusin, czy Ukrainiec z Podlasia albo nawet Rosjanin. Rosjanin.

Dr Wilczur zasugerował, że dobrze by było poznać narodowość Jana Marczuka i odnaleźć ludzi, którzy mogą cokolwiek powiedzieć o jego wojennej przeszłości.

– Wiele sobie pan jednak po tej historii nie obiecuje. Czas swoje zrobił, a twarde dowody, jeśli w tej sprawie były, zostały na pewno zniszczone – dodawał na koniec naszej rozmowy.

W Urzędzie Stanu Cywilnego w Dubiczach Cerkiewnych (powiat hajnowski), skąd Marczuk miał pochodzić, odnaleziono informację o jego małżeństwie. 30-letni Marczuk wziął ślub w miejscowej cerkwi prawosławnej z 21-letnią Olgą Wołosiuk. Ożenku 15 maja 1942 roku miał udzielać o. Jan Bandałowski.

Nie wiem z jaką narodowością mój tajemniczy bohater się wówczas utożsamiał. Ale dziś Dubicze Cerkiewne na Białostocczyźnie, to gmina, w której od lat promuje się folklor ukraiński. Tamtejsi mieszkańcy, według niektórych językoznawców i członków Związku Ukraińców Podlasia, mówią jedną z odmian języka ukraińskiego.

Możliwe jednak, że w czasie II wojny światowej wystarczała Marczukowi świadomość, iż nie jest katolikiem. Poza tym, przed okupacją mieszkał w Polsce, potem został obywatelem ZSRR, a następnie III Rzeszy. To mocno wtedy komplikowało sprawę. Ludzie pod ciśnieniem wojennych okoliczności łatwo deklarowali raz jedną, raz drugą narodowość. Po to tylko, żeby przeżyć.

Olga Wołosiuk od dawna już nie żyje. Odnalazłem jej córkę. Nie wyrażała się pochlebnie o pierwszym mężu swojej matki.

– To był pijak – twierdzi Tamara Ś. – Z mamą żył krótko, nie chciała takiego moczymordy. Zniknął w 1943 roku i pojawił się dopiero po wojnie. W Dubiczach Cerkiewnych ludzie mi opowiadali, że pracował w hitlerowskim obozie, ale jak było naprawdę, to ja nie wiem. W 1986 roku chciał się z mamą nawet spotkać i porozmawiać, ale był mocno pijany. Mama nie wpuściła go za próg domu.