Przez wiele lat bezkarnie napadali

W młodości napadali, aby ukraść pieniądze nawet za cenę życia swych ofiar. Sprawiedliwość dosięgła ich po ponad 20 latach.

Czerwiec 1998 roku. Tomasz N., właściciel stacji paliw, jedzie swym fiatem 126p do banku w Nadarzynie. Pieniądze z obsługi klientów trzyma pod fotelem. Jest upalne popołudnie, mężczyzna uchyla w samochodzie szyby. Nagle, tuż przed maską fiata, pojawia się rozpędzone, jadące pod prąd audi. Kierowca fiata nie ma szans na jakikolwiek manewr, dochodzi do czołowego zderzenia.

Szczęśliwie Tomasz N. nie zakleszczył się w zgniecionym pojeździe. Mocno krwawiąc, ze złamanymi palcami i urazem głowy, czołga się do pobliskiego rowu. Nikt nie spieszy mu z pomocą. Z samochodu, który na niego najechał, wyskoczyło dwóch mężczyzn; jeden ma broń, drugi jest uzbrojony w nóż i młotek. Nie interesuje ich ofiara zderzenia. Dobiegają do fiata i nie tracąc czasu na szukanie, wyciągają spod siedzenia foliową torbę z utargiem.

Tymczasem ranny właściciel kantoru woła o pomoc. Ale kiedy jakiś samochód zatrzymuje się na widok zakrwawionego mężczyzny, uzbrojony pirat drogowy celuje w jego stronę z kałasznikowa. Na ten widok kierowcy kolejnych przejeżdżających aut naciskają gaz do dechy i szerokim łukiem omijają miejsce kolizji.

Napadali i kradli

Tomasz N. doczekał się wezwania pogotowia dopiero po odjeździe napastników z ukradzionymi pieniędzmi. W torbie było 57 tys. zł. Po kilku miesiącach prokuratura umarza śledztwo z powodu niewykrycia sprawców.

Niecały rok później do hurtowni alkoholi w podwarszawskim Radzyminie wtargnęło dwóch zamaskowanych mężczyzn – jeden jest uzbrojony. Krzyczy do kasjerki i robiącego zakupy klienta, że jeśli nie zastosują się do poleceń, stracą życie. Rzuca ich na podłogę. Mężczyzna przyciśnięty butem napastnika uniósł głowę dopiero wówczas, gdy usłyszał trzask zamykanych z zewnątrz drzwi. Tymczasem kasjerkaupewniła się w swych obawach – szuflada w kasie jest pusta. Złodzieje zabrali całodzienny utarg, prawie 28 tys. zł.

Również w tym przypadku śledztwo organów ścigania nie przyniosło rezultatu. Złodzieje nie pozostawili po sobie żadnego śladu.

Upływa kolejny rok i przed budynkiem PKO w Warszawie, przy ulicy Srebrnej, dochodzi do tzw. wyrwy, jak to się określa w złodziejskiej gwarze. Właścicielka kantoru Wanda Z. przyjechała do banku z bratem Janem A., aby pobrać ze skrytki kilkaset tysięcy złotych. Kiedy wychodziła, podbiegło do niej czterech uzbrojonych młodych mężczyzn. Jeden uderzył Jana A. pałką bejsbolową w głowę, drugi usiłował zabrać kobiecie torbę. Walczyła zaciekle, nawet ugryzła napastnika w ramię, ale okazał się silniejszy, wyrwał jej pakunek. Wszystko rozegrało się błyskawicznie, na oczach wyglądających przez okno kasjerek i ochroniarzy, których oderwał od biurek przenikliwy krzyk klientki. Sprawcy pozostali nieznani.

20 lat później, w 2018 roku, przesłuchiwany w innej sprawie Andrzej B. deklaruje współpracę z organami ścigania, licząc na uniknięcie wysokiego wyroku. Opowiada o napadach na początku transformacji ustrojowej na osoby majętne, organizowanych przez gang Piotra G., do którego on też przez pewien czas należał. Mimo upływu czasu doskonale pamiętał okoliczności wyrwy na ulicy Srebrnej.

Napadali ale sprawiedliwości stało się zadość. Chcesz poznać ciąg dalszy tej historii? Sięgnij po Detektywa Wydanie Specjalne 3/2022 (tekst Heleny Kowalik pt. „Na wyrwę”). Cały numer do kupienia TUTAJ.