Robert Wójtowicz zaginął 30 lat temu. 20 stycznia 1995 wyszedł na chwilę z domu, żeby wyrzucić śmieci. To właśnie wtedy 23-latek po raz ostatni był widziany przez rodzinę i kolegę z bloku. Od tamtej pory nikt go nie widział.
5 lutego 1995 roku w głównym wydaniu „Kroniki Krakowskiej” pojawił się komunikat: „Komenda Rejonowa Policji Kraków-Wschód poszukuje zaginionego mieszkańca Nowej Huty, Roberta Wójtowicza, który 20 stycznia wyszedł z domu na Osiedlu Złoty Wiek i do dziś nie powrócił. Rodzice zaginionego wyznaczyli wysoką nagrodę dla osoby, która naprowadzi ich na ślad syna”. Choć od nadania tego komunikatu minęło 30 lat, nazwisko Roberta Wójtowicza nadal figuruje w policyjnej bazie osób zaginionych
Mistrzejowice to cicha dzielnica w północnej części Krakowa. Niejeden tramwaj kończy bieg na tutejszej pętli zlokalizowanej przy ulicy księdza Kazimierza Jancarza, u podnóża niewielkiego wzgórza, na którym od lat stoi kościół pw. św. Maksymiliana Kolbe. Po przeciwnej stronie ulicy, na Osiedlu Złotego Wieku stoi kilkadziesiąt bloków z lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, a wśród nich biało-niebieski czteropiętrowy budynek, w którym znajduje się mieszkanie rodziny Wójtowiczów.
Osiedle Złotego Wieku
29 października 1972 roku pani Helena Wójtowicz pisze ze szpitala list do męża, który rozpoczyna słowami: „Mamy synunia…”. Robert przychodzi na świat jako drugie dziecko i pierwszy syn.
– To były takie czasy, że tata nie mógł być przy narodzinach dziecka – wspomina po latach pan Lech Wójtowicz. – Rok wcześniej urodziła nam się córeczka, Beata. Jak urodził się Robert, to radości było co nie miara. Mieliśmy córeczkę i synka, a jeszcze w 1979 roku urodził się drugi syn, Sylwester. I tak żyliśmy szczęśliwie.
Robert Wójtowicz i jego rodzina
Krakowski etap rodziny Wójtowiczów rozpoczyna się w 1960 roku, kiedy 15-letni Lech przeprowadza się do stolicy Małopolski z niewielkiej miejscowości w województwie świętokrzyskim, by kontynuować naukę w szkole zawodowej i zdobyć pracę. Jako pełnoletni mężczyzna uczęszcza później do liceum, zdaje maturę i kończy studia. Nie jedne. Już jako młody chłopak marzy o założeniu rodziny i jak mówi, chce być jej głową, zapewniając przyszłej żonie i dzieciom jak najlepsze warunki materialne.
Kiedy mężczyzna ożenił się z panią Heleną, zamieszkali w bloku na nowo powstałym Osiedlu Złotego Wieku w Krakowie. Szybko na świecie pojawiły się ich dzieci. Najpierw Beata i Robert, a 7 lat później Sylwester. Rodzina wiodła spokojne, dostatnie, jak na ówczesne czasy, życie. Pan Lech pracował w hucie Katowice.
– Dzieci dobrze się uczyły – mówi z dumą Lech Wójtowicz. – Robert jednak naprawdę się wyróżniał, choć nie zawsze tak było. Mniej więcej do czwartej klasy uczył się raczej przeciętnie. Przynosił głównie czwórki. Po szkole biegł na boisko. Potrafił całymi godzinami grać w piłkę nożną. Któregoś dnia przyniosłem mu książkę, która go zaciekawiła do tego stopnia, że szybko sięgnął po kolejną. Od tego czasu Robuś całkowicie się zmienił. Kiedyś nie można go było z boiska zaciągnąć do książek, a potem było odwrotnie. I tak mu zostało. Później, już zawsze przynosił do domu świadectwa z czerwonym paskiem.
Robert Wójtowicz: Wiara i tradycja
Wójtowiczowie to bardzo wierząca katolicka rodzina z patriotycznymi tradycjami. Dzieci były wychowywane w duchu wiary i miłości do ojczyzny.
– W naszym kościele w czasie PRL-u odprawiane były msze w intencji ojczyzny, przyjeżdżał do nas ksiądz Jerzy Popiełuszko, wspierał naszego proboszcza, księdza Kazimierza Jancarza, działacza opozycyjnego, którego władza prześladowała. To ksiądz Jancarz chrzcił nasze dzieci, przygotowywał do sakramentów. Był dla naszej rodziny ważną postacią. Chodziliśmy na msze księdza Popiełuszki, dzieci również w nich uczestniczyły – mówi z przejęciem pan Lech. – Robert od dziecka był wierzący i bardzo wrażliwy na krzywdę innych osób, bo tak został wychowany.
W ósmej klasie chłopak powiedział rodzicom, że chciałby pójść do liceum lotniczego w Dęblinie. Choć rodzina była zaskoczona, to wspierali syna w podjętej decyzji. Ojciec miał tylko wątpliwości, czy dostanie się do szkoły. Nie chciał, by przeżywał porażkę.
– O naukę się nie martwiłem – zapewnia tata Roberta. – Oceny miał takie, że wszędzie by się dostał. Problemem mogły być testy sprawnościowe, bo wiedziałem, że są bardzo trudne. Jednak syn wykazał się znakomitą zręcznością i siłą. Dostał się do szkoły, którą po czterech latach ukończył z wyróżnieniem. Żeby dojechać do Dęblina na wywiadówkę, tłukłem się wiele godzin w autobusie. Wychowawczyni zawsze mówiła: „panie Wójtowicz, po co pan przez pół Polski jedzie, skoro syn ma same piątki?”. A ja jechałem, bo chciałem przy tych wszystkich rodzicach usłyszeć, jak dobrze uczy się mój syn. Taki byłem wtedy dumny!
Robert Wójtowicz: kolejny etap edukacji.
Po zdaniu matury Robert kontynuował przez półtora roku naukę na Wojskowej Akademii Medycznej, z której zrezygnował. W liście do rodziców pisał, że bardzo tęskni za rodziną i Krakowem. W październiku 1993 roku rozpoczął studia na kierunku psychologia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dostanie się na bardzo prestiżowy wówczas kierunek na jednej z najlepszych uczelni w Polsce było nie lada osiągnięciem.
W kwietniu 1994 roku Robert dołączył do duszpasterstwa akademickiego, którego spotkania odbywały się w mistrzejowickiej parafii, zaledwie 300 metrów od jego domu. W ramach spotkań, młodzież dzieliła się swoimi przemyśleniami na temat wiary, pomagała dzieciom w nauce i organizowała wyjazdy na kolonie dla dzieci. Opiekunem grupy był ksiądz Adam, młody wikary, do którego młodzież lgnęła.
Chcesz poznać więcej szczegółów tej sprawy. Sięgnij po tekst Anny Strzelczyk pt. „Tak bardzo chcę odnaleźć syna” opublikowany w miesięczniku „DETEKTYW” 10/2024. Kup TUTAJ