Lata 90. XX wieku były okresem dynamicznych przemian w Polsce – wolny rynek dopiero raczkował, prawo często nie nadążało za zmianami, a granica między przedsiębiorczością a bezprawiem bywała bardzo cienka. Sławomir Sikora – młody biznesmen, który chciał legalnie prowadzić własną firmę – wpadł w tryby szantażu, przemocy i fikcyjnych długów. Te rosły szybciej niż odsetki w banku. Gdy zawiodły instytucje, a policja, zamiast zakładać kajdanki oprawcom, bezradnie rozkładała ręce – Sikora postanowił spłacić „dług” w jedyny sposób, jaki jeszcze mu pozostał.
„Od ponad dziesięciu lat przebywam w różnych więzieniach. Zostałem skazany na 25 lat więzienia za to, że broniąc swojego życia i życia moich bliskich, doprowadzony do ostateczności zabiłem dwóch bandziorów, gangsterów żerujących na ludzkiej krzywdzie, niemających w sobie litości, przyzwoitości czy po prostu człowieczeństwa. Teraz, każdego dnia, obcuję z mordercami, złodziejami, gwałcicielami. Sam stałem się odpadkiem wrzuconym do śmietnika społeczeństwa” – pisał Sławomir Sikora w swojej książce pt. „Mój dług”. Jak jednak doszło do tak dramatycznych wydarzeń? Aby to zrozumieć, musimy cofnąć się do czasów, gdy Polska dopiero uczyła się życia w realiach wolnego rynku. Musimy cofnąć się do czasów wielkich nadziei, ale też brutalnych reguł.
Prawdziwych przyjaciół…
Sławomir Sikora urodził się w 1964 roku. Nie miał nic wspólnego z półświatkiem. Nigdy nie obracał się w kręgach przestępczych. Wręcz przeciwnie – od takich ludzi i sytuacji zawsze trzymał się z daleka. W 1987 roku wstąpił do wojska. Służby nie zdążył jednak zakończyć, ponieważ lekarze zdiagnozowali u niego stwardnienie rozsiane. Usłyszał diagnozę, która brzmiała jak wyrok – w najlepszym przypadku 10 lat aktywnego życia. Jak sam jednak mówił fakt, że nosił w sobie bombę z opóźnionym zapłonem, nie załamała go.
Dwa lata później w kraju doszło do transformacji ustrojowej. Granice stały się otwarte, a możliwości wyjazdu – realne. Dla Sikory była to szansa na nowy początek. Chciał wyjechać, jednak ograniczeniem stojącym mu na drodze, były finanse. A konkretniej – ich brak. W nowej Polsce próbował odnaleźć się jako młody przedsiębiorca. Chciał prowadzić legalny biznes w niełatwych czasach polskiej transformacji ustrojowej. W grę wchodziła nie tylko chęć zarobku, ale i zabezpieczenia finansów do walki z chorobą.
Razem z przyjacielem, Arturem Brylińskim, wpadli na pomysł importu i dystrybucji kosmetyków z Ameryki – towaru wówczas luksusowego, a więc potencjalnie dochodowego. Zainwestowali w ten projekt wszystkie zarobione wcześniej pieniądze oraz skromne oszczędności. Przez kilkanaście miesięcy nie pracowali, a całą energię i środki postanowili przeznaczyć na realizację swojego planu. W końcu okazało się jednak, że brakuje im około 10 tys. dolarów. Jednak z racji niewystarczających zabezpieczeń, żaden bank nie chciał udzielić im kredytu. Gdy ich plany i marzenia zderzyły się z ponurą rzeczywistością, pojawił się ktoś, kto – jak się zdawało – wyciągnął do nich pomocną dłoń.
***
Grzegorz G. to dawny znajomy Sławomira, którego poznał jeszcze na początku lat 80. XX wieku w klubie karate. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna robił wrażenie. Gdy tylko usłyszał o problemach z finansowaniem biznesu Sławka i jego przyjaciela, bez wahania zaproponował pomoc. Sikora zaprosił go do projektu pod warunkiem, że zorganizuje brakujące środki nie u lichwiarzy, lecz w banku. W zamian oni byli gotowi zapłacić łapówkę odpowiedniej osobie.
Kilka dni później znów się spotkali – tym razem we trójkę. Do Grzegorza i Sławomira dołączył jego partner biznesowy – Artur. Spotkanie przebiegało w miłej atmosferze i wszystko wskazywało na to, że ich problemy właśnie się kończą. Wierzyli, że w końcu będą mogli ruszyć z interesem. Życie jednak pokazało, że był to dopiero początek… i bynajmniej nie sukcesu, a prawdziwych kłopotów.
Grzegorz bardzo szybko zmienił postawę i zamiast obiecanej pomocy – zaczął stawiać żądania. Najpierw próbował wciągnąć ich do własnego, nielegalnego biznesu – handlu fałszywymi banknotami, kradzionymi dokumentami i samochodami. Młodzi biznesmeni nie chcieli wchodzić jednak na przestępczą ścieżkę, więc stanowczo odmówili. To nie spodobało się Grzegorzowi. Już kilka dni później zjawił się u Sławomira w zupełnie nowej roli – nie jako znajomy, który wyciąga do niego pomocną dłoń, a jako wierzyciel. Zażądał pieniędzy. Twierdził, że poświęcony czas i „pomoc” przy załatwianiu kredytu kosztują. Sporo. Mężczyzna naliczył przedsiębiorcom fikcyjny dług w wysokości 1,5 tys. dolarów. Później było tylko gorzej.
Wysoka cena
Zaczęło się od gróźb. Szybko jednak słowa zamieniły się w czyny. Pewnego dnia Grzegorz znów zjawił się u Sławka. Nie przyszedł jednak sam, a w towarzystwie kilku umięśnionych mężczyzn. Wsadzili go do auta i wywieźli do jednego z mieszkań w Warszawie, gdzie przebywali obywatele Wspólnoty Niepodległych Państw. Bynaj-mniej nie było to spotkanie towarzyskie… Wierzyciel chciał mu pokazać, co czeka tych, którzy odmawiają spłaty długów. Fikcyjnych długów.
Sławek na własne oczy zobaczył, jak wygląda kara za brak posłuszeństwa. Przyglądał się makabrycznym scenom, w których Grzegorz egzekwował należności od swoich dłużników. To miało być wyraźne ostrzeżenie i takim też było.
Od tej chwili młodzi biznesmeni zaczęli unikać swojego prześladowcy, jednak ten okazał się wytrwały. Zawsze wiedział, gdzie ich szukać. Jego działania wydawały się bardzo przemyślane – prześladowca nigdy nie konfrontował się z nimi razem. Zawsze ich rozdzielał i zabierał pojedynczo w ustronne miejsca, gdzie szybko okazywał swoją wyższość.
***
Po kolejnych aktach przemocy mężczyźni złamali się. W końcu padło to jedno, kluczowe słowo: „Zapłacimy”. Wierzyli, że to zakończy ich koszmar. Mieli nadzieję, że spłata fikcyjnego długu pozwoli im zniknąć z celownika Grzegorza. Mylili się. Zapłata nie była końcem, a dopiero początkiem.
Dług – mimo że spłacony – rósł z tygodnia na tydzień. Zmieniała się jego wysokość, ale jedno pozostawało bez zmian – metody jego egzekucji. Coraz bardziej brutalne. Z czasem Grzegorz przestał używać pięści, a groził nożem i pistoletem.
Chcesz poznać całą historię? Sięgnij po Detektywa 12/2025 (tekst Anny Rychlewicz pt. Kiedy ofiara zabija swojego kata). Cały numer do kupienia TUTAJ.