Sławomir Sikora w rozmowie Detektywa

Anna Rychlewicz: Panie Sławomirze, czy więzienie odebrało Panu coś więcej niż wolność? Coś, czego nigdy już nie da się odzyskać?

Sławomir Sikora: Pierwsze, co przychodzi mi na myśl z perspektywy 61-letniego mężczyzny, to czas. Czasu i ziemi – jak uczyli Amerykanie na początku lat 90. XX wieku – nie da się rozmnożyć. To bezpowrotnie stracony okres. Oczywiście włączały się pewne mechanizmy obronne i podszepty mojego umysłu, które starały się tłumaczyć: „Przecież nie jest źle. Dzięki temu coś osiągnąłeś, zdobyłeś doświadczenie, które dziś możesz wykorzystywać w życiu”, ale była to jednak czysta fikcja, którą karmił się mój umysł przez 3690 dni. Drugą straconą rzeczą są wspomnienia. Podstawowe określenia dla tego czasu w moim życiu to: więzienie, uwięzienie, izolacja, brak perspektyw, smród, podporządkowanie się, zniewolenie, brak bezpieczeństwa, zaduch, upał, pot, zimno, głód. Na podstawie tych określeń mój umysł budował i nadal kreuje obrazy z mrocznej przeszłości, a wszystko to podlane jest wspomnieniem absolutnego braku możliwości decydowania o sobie samym.

To spójrzmy na to z drugiej strony – czy więzienie może człowieka czegoś nauczyć?

Więzienie każdego uczy czegoś innego. Ja powiedziałbym o przetrwaniu… Przetrwać za wszelką cenę, a potem – jeśli tylko jest szansa – zorganizować ucieczkę jakimś podkopem, jak w filmie „Wielka Ucieczka”. Albo znaleźć rurę wypełnioną fekaliami i wbrew wszystkim wygrać. Nieustannie trawiła mnie myśl, że mogę zakończyć swój żywot jak jeden z bohaterów „Skazanych na Shawshank”, który po 40 latach opuszcza więzienie i nie daje sobie rady w świecie, którego nie znał. Kiedy się poddał, jego życie zakończyło się samotnie. W mieszkaniu socjalnym, na belce…

Pan odzyskał wolność po 10 latach, jednak zanim przejdziemy do tej wolności, proszę powiedzieć, co dzieje się z człowiekiem, gdy jednego dnia więzienie staje się jego całym światem?

Więzienie to miejsce, w którym następuje degradacja człowieka. Tracimy wolność fizyczną, a wraz z nią – wolność psychiczną, społeczną i duchową. Proces rozpoczyna się od ograniczenia możliwości decydowania o sobie i stawania się niewolnikiem innych. Osadzony człowiek musi nauczyć się funkcjonować w zamkniętym środowisku, które działa w skrajnościach – białe to białe, czarne to czarne. Im szybciej przeistoczymy się w penitencjarną, zinstytucjonalizowaną istotę, tym łatwiej będzie to przetrwać. Był to bolesny proces trwający ponad rok. Upadałem, podnosiłem się, walczyłem, by nie zatopić się w więziennym bagnie. Wola walki była ogromna, ale ten system ma taką siłę ssania, że każdy w końcu ulega. Wtedy przypomniałem sobie regułę walki z wirami – czasem trzeba się poddać i pozwolić, by prąd wciągnął cię do dna, bo siła odśrodkowa w końcu wyrzuca na powierzchnię. Pojawia się szansa, że człowiek może się jeszcze uratować. Może odnaleźć siebie i powoli odbudować własną wolność.

A czy po wyjściu na wolność, po ułaskawieniu, było coś, co uderzyło Pana bardziej niż sam fakt, że jest Pan wolny?

Przestrzeń i możliwość poruszania się tam, gdzie chcę. Decydowanie o sobie i brak zależności od drugiego człowieka. Czasem zadawano mi pytanie, jak widzę Polskę po 10 latach niebytu, a ściślej Warszawę… Opuściłem moje ukochane miasto w 1994 roku, a wróciłem do niego dokładnie po 8 latach i 30 dniach. Po takim czasie uzyskałem pierwszą przepustkę z zakładu karnego we Włocławku, jednak nie zaliczam tej przerwy do prawdziwej wolności. Wówczas wszystkie moje siły były skoncentrowane na walce o swoją wolność, dlatego nie dostrzegałem szczegółów zmieniającego się miasta. Moim celem było dotrzeć do jak największego grona osób, które mogły mi pomóc w walce o uwolnienie. Proszę pamiętać, że byłem skazany na 25 lat pozbawienia wolności, a za sobą miałem raptem 8. To nawet nie była połowa całej kary…

A jak trudne było zmierzenie się z rzeczywistością po latach spędzonych w więzieniu? Ciężko było ją udźwignąć?

Czy było ciężko? Gdyby zadała mi Pani to pytanie 15 lat temu, odpowiedziałbym stanowczo, że nie. Powiedziałbym, że bardzo szybko wszedłem w rytm życia wolnego człowieka, że potrafię odnaleźć się w świecie, który przed chwilą wydawał się tak odległy. Dziś patrzę jednak na siebie z większym dystansem. Nabierałem go przede wszystkim wtedy, gdy potrzebowałem się wyciszyć i próbowałem przepracować traumy więzienne. Uczyłem się na nowo wolności – słuchałem siebie, swoich emocji i potrzeb. Tą terapią była i wciąż jest twórczość. Przez długi czas prowadziłem dziennik, w którym zapisywałem teraźniejszość – codzienne sukcesy i porażki, drobne zwycięstwa nad sobą. W 2022 roku opisałem tę moją podróż w książce „Mój Dług. Moc Przetrwania”, która stała się również podstawą scenariusza filmu fabularnego „Mój Dług”, którego byłem współproducentem, współscenarzystą, a przede wszystkim pomysłodawcą.

Skoro nawiązał Pan już do filmu… Proszę mi powiedzieć, czy wizerunek Pana, który w pewnym sensie został ukształtowany przez pierwszą wersję filmu „Dług”, po wyjściu na wolność był ciężarem czy wręcz przeciwnie? Otworzył jakieś drzwi i przetarł ścieżki?

Film fabularny „Dług” Krzysztofa Krauze i Jerzego Morawskiego stał się dla mnie trampoliną do wolności. Wszedłem na nią, odbiłem się i skoczyłem wysoko. Zawsze będę o tym pamiętał. Opowiem Pani pewną historię… Po wyjściu na wolność poznałem Andrzeja Wajdę. Moja znajoma Agnieszka zabrała mnie do domu kultury przy ulicy Elektoralnej w Warszawie na przegląd kina alternatywnego. Była to zamknięta impreza dla tzw. „filmowej Warszawki”. W trakcie przerwy zobaczyłem Andrzeja Wajdę, który stał samotnie oparty o kontuar szatni. Nikt nie miał chyba odwagi podejść do Mistrza. Pomyślałem: „A co mi tam! Jest okazja porozmawiać”.

W pewnym momencie Andrzej Wajda cichym głosem zapytał, czy ja to ja, bo coś mu się wydaje, że skądś zna moją twarz. Odpowiedziałem, że tak. Zapytał, czy może mnie uściskać. Przystałem na jego propozycję, a wtedy on wziął mnie w ramiona i mocno przytulił. Szepnął mi do ucha: „To jest niesamowite, że poznałem Ciebie, Sławku”. Może Pani sobie wyobrazić, co działo się w trakcie i po naszej rozmowie… Ludzie, którzy stali w grupach gdzieś w oddali, niby rozmawiali ze sobą, ale tak naprawdę obserwowali nas z uwagą. Każdy chciał zobaczyć, kogo to Mistrz Wajda wziął w ramiona. Ale ten wizerunek wykreowany w filmie miał też swoje ciemne strony…

Zaczął Panu ciążyć?

Tak. Z czasem zaczął mi ciążyć „chłopak z Długu”. Potrzebowałem żyć własnym życiem, a nie filmowym Stefanem. Bardzo długo zmagałem się z tym sam. Kiedyś Ninel Kameraz-Kos (polska malarka, badaczka religii i obyczajów Żydów polskich – przyp. red.) opowiedziała mi, że była na przyjęciu w ambasadzie USA i rozmowa zeszła wówczas na temat filmu „Dług”. Ktoś stwierdził, że przecież Sikora mocno czerpie z „Długu” Krauzego. Ninel ripostowała. Powiedziała, że Sikora po latach już zapracował na swoje nazwisko, a teraz to „Dług” czerpie z niego. Dzięki temu, że pierwowzór Stefana ma swoją historię, ludzie pamiętają o tym filmie, a przecież wiele dobrych filmów już dawno zostało zapomnianych. Nauczyłem się jednak żyć z „Długiem”, który – jak napisał mój dobry znajomy Wojciech Dmochowski w zakończeniu mojej książki – już spłaciłem. Nie ma już długu.

Chcesz przeczytać cały wywiad ze Sławomirem Sikorą? Sięgnij po Detektywa 12/2025. Cały numer do kupienia TUTAJ.

Fot. Archiwum prywatne Anny Rychlewicz