Sprawa Kamili z Gdańska. Przełom w kryminalistyce

6 listopada 2011 roku. Gdańsk. Około czternastej dwudziestotrzyletnia Kamila wychodzi z domu, mówiąc rodzicom, że wychodzi na spotkanie i wkrótce wróci. Nie wraca. Telefon milczy. Godziny mijają, a niepokój w domu rośnie z każdą minutą. Następnego dnia rodzice zgłaszają zaginięcie. W rozmowie z policjantami pada jedno imię. To, którego ich córka się bała. Grzegorz.

Kim był Grzegorz G.? Mężczyzną, którego Kamila poznała w szpitalu, gdy jako wolontariuszka odwiedzała oddziały onkologiczne. On chorował na białaczkę. Czekał na przeszczep szpiku kostnego. Dla niego była kimś, kto wnosił do sali odrobinę normalności w czasie, gdy jego życie wisiało na wynikach badań i zgodności dawcy.

Przeszczep się udał. Grzegorz wyszedł ze szpitala z drugą szansą. Ich znajomość wyszła razem z nim poza szpitalne mury. Z czasem stała się bardziej prywatna, bliższa, ale też coraz trudniejsza. Mężczyzna potrafił być impulsywny i wybuchowy. Jego nastroje zmieniały się nagle. W zachowaniu pojawiła się agresja, która Kamilę zaczęła przerażać.

W czerwcu 2011 roku, podczas wspólnego wyjazdu na Mazury, doszło do rękoczynów. Grzegorz dowiedział się, że Kamila ma chłopaka, marynarza. Pobił ją. Zażądał, by zerwała z nim kontakt. Na jej ciele były widoczne siniaki.

Kamila próbowała się wycofać. Przecięła tę relację. To miała być jej decyzja o spokoju. Nie wiedziała, że dla Grzegorza to nie koniec. To był dopiero początek.

Śledczy odtworzyli jej ostatnie godziny krok po kroku.

Świadkowie i miejski monitoring potwierdzili, że wsiadła do jego samochodu. Około wpół do trzeciej auto ruszyło w stronę Kościerzyny. Godzinę później ta sama kamera zarejestrowała powrót. Ale w środku siedział już tylko kierowca.

Od tego momentu sprawa przestała być poszukiwaniem zaginionej. Stała się śledztwem w sprawie zabójstwa.

Policjanci zatrzymali Grzegorza G. jeszcze tego samego dnia, gdy rodzina zgłosiła zaginięcie. Nie był człowiekiem bez przeszłości. Wcześniej karano go za rozboje, kradzieże i przemoc. Na przesłuchaniu był chłodny, arogancki, pewny siebie. Twierdził, że tylko ją podwiózł. Że potem poszła spotkać się z kimś innym.

Na jego dłoniach policjanci zauważyli jednak świeże zadrapania. Materiał pobrany spod jego paznokci opowiedział inną historię. Znaleziono w nim DNA Kamili. Technicy weszli do jego samochodu. Linia obrony zaczęła się sypać. W środku było dużo krwi należącej do dziewczyny. Nie jedna plama, ale ślady rozsiane po wnętrzu auta. Na jego ubraniu również znaleziono krew ofiary.

Tłumaczenia Grzegorza zmieniały się z przesłuchania na przesłuchanie. Raz mówił o zmianie podpaski. Raz o krwotoku z nosa. Każda kolejna wersja brzmiała mniej wiarygodnie od poprzedniej.

Ciało Kamili odnaleziono 15 listopada w lesie pod Żukowem, w płytkim grobie. Doprowadziła do niego analiza logowań telefonów, która zawęziła teren poszukiwań. Sekcja wykazała, że Kamila została pobita. Przyczyną śmierci było uduszenie. Ślady na szyi wskazywały, że sprawca użył paska i zaciskał go od tyłu, nie puszczając do końca.

Prokuratura ustaliła później, że Grzegorz dzień wcześniej wykopał dół w lesie. To nie był impuls. To był plan. I wtedy pojawił się szczegół, który wywrócił śledztwo do góry nogami. Pod paznokciami Kamili zabezpieczono materiał biologiczny. Badania wykazały dwa różne profile DNA. Jeden należał do Grzegorza. Drugi do nikogo znanego.

Przez chwilę śledczy musieli brać poważnie pod uwagę, że był drugi sprawca. Wszystko inne – samochód, krew, logowania, zeznania – prowadziło tylko do jednego człowieka. Ale ten drugi profil nie dawał spokoju. CZY W ZBRODNI BRAŁY UDZIAŁ DWIE OSOBY? CZY GRZEGORZ MIAŁ WSPÓLNIKA?

To pytanie przez jakiś czas paraliżowało śledztwo. Odpowiedź nie przyszła z kryminalistyki. Przyszła z medycyny. Grzegorz G. był chimerykiem genetycznym.

Kilka lat wcześniej przeszedł przeszczep szpiku kostnego. Dawcą był członek jego rodziny. Po takim zabiegu w organizmie biorcy mogą pozostać komórki dawcy. Krew zaczyna produkować krwinki o innym kodzie genetycznym. Powstaje chimera genetyczna. Jeden człowiek, który zostawia dwa różne ślady DNA.

Krew mówi jedno. Włosy mówią drugie. Ślina może dawać jeszcze inny wynik. Tajemniczy drugi profil nie należał do wspólnika. Należał do niego samego. Do komórek dawcy, które krążyły w jego krwiobiegu.

Biegli genetycy potwierdzili to przed sądem. Jeden z profesorów wyjaśniał: „Oskarżonemu transplantowano szpik kostny i stąd w jego krwi pojawiły się komórki zarówno jego własne, jak i dawcy. W swoim układzie krążenia ma DNA pochodzące od dwóch osób”.

TO BYŁ PIERWSZY TAKI PRZYPADEK W POLSKIEJ KRYMINALISTYCE OD 27 LAT.

Śledztwo zamknięto w 2012 roku. Biegli uznali Grzegorza za w pełni poczytalnego. Proces ruszył w 2013 roku. Ciągnął się latami. Oskarżony nie przyznawał się do winy. Zmieniał obrońców. Jego adwokat przekonywał, że stan zdrowia nie pozwoliłby mu dokonać takiej zbrodni. Że był zbyt osłabiony po półpaścu, by kogokolwiek udusić i zakopać ciało.

Biegli byli innego zdania. W sądzie pojawili się też współwięźniowie. Twierdzili, że Grzegorz mówił im o zabójstwie. Miał powiedzieć, że zabił, bo Kamila „za dużo wiedziała o jego narkotykowych interesach i wspólnikach”.

Sąd nie miał wątpliwości. Sędzia Izabella Retyk uzasadniała wyrok: „Oskarżony działał z zamiarem bezpośrednim pozbawienia życia Kamili B. Zrobił to osobie dla niego życzliwej, pomagającej. Nie bez znaczenia jest również fakt, że oskarżony nie docenił tego, że ktoś mu wcześniej darował życie poprzez oddanie szpiku kostnego, a przeszczep się udał”.

W 2015 roku Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał go na dożywocie. Wyrok nigdy się nie uprawomocnił. W listopadzie 2016 roku Grzegorz G. zmarł w areszcie. Sąd Apelacyjny uchylił wyrok i umorzył postępowanie.

Została historia bez prawnego końca. I z gorzką puentą, że człowiek, który dzięki przeszczepowi dostał drugie życie, odebrał je dziewczynie, która kiedyś dodawała mu otuchy, gdy o to życie walczył. Nie tylko ze względu na brutalność zbrodni. Nie tylko ze względu na motyw – zemstę po zakończeniu relacji.

Ta sprawa przeszła do historii polskiej kryminalistyki, ponieważ po raz pierwszy w tak spektakularny sposób wykorzystano wiedzę o chimeryzmie genetycznym do rozwiązania zagadki „drugiego” DNA.

Medycyna, która dała Grzegorzowi drugie życie, stała się jednocześnie narzędziem, które pomogło go skazać. Jego własne ciało – podzielone między własny genom i genom dawcy – stało się dowodem, którego nie mógł wyjaśnić, nie mógł ukryć, nie mógł zaprzeczyć.

To sprawa, która pokazuje, że czasem największa zagadka nie kryje się w lesie, nie w samochodzie, nie w zeznaniach świadków. Kryje się w ludzkim ciele.