Sprytny złodziej, co go zwali „Jucha”

Kiedy Wojciech J. zdobywał jakieś większe pieniądze, zawsze nieuchronnie zaczynały się kłopoty. Pierwszy raz trafił do więzienia w 1999 roku, kiedy próbował puścić w obieg fałszywe banknoty w kwocie około 20 tys. zł. Chciał za to kupić samochód i szybko sprzedać, nim sprzedający zorientuje się, że dostał fałszywki. Miało to zatrzeć ślady po jego udziale w transakcji. Pomysł od początku miał wszelkie cechy czegoś co nie mogło się udać. A dodatkowo wystąpiły jeszcze okoliczności, które to wszystko bardziej skomplikowały. Okazało się bowiem, że Wojciech J., płacąc fałszywkami, był tak zaaferowany wciskaniem sprzedającemu „falsów”, że nie sprawdził dostatecznie dobrze pojazdu i kupił samochód kradziony z przespawanymi numerami nadwozia. Na dokładkę w umowie były dane jakiegoś Niemca, a nie faktycznego sprzedawcy.

Kiedy Wojciech J. chciał szybko sprzedać auto, żeby ślad po nim, jako właścicielu, zniknął. Kupujący zorientował się, że samochód jest „gorący” i wycofał się z transakcji. Oburzony Wojciech J. wrócił do osoby, która sprzedała mu auto, czyli do mieszkającego w Polsce Rumuna. Miał też oczywiście zamiar wyprzeć się, że zapłacił fałszywkami i zażądać zwrotu kwoty w prawdziwych banknotach. Niestety Rumun już wiedział, jakimi pieniędzmi mu zapłacono. I na Wojciecha J. w hotelu robotniczym, w którym obcokrajowiec mieszkał, czekało kilka rozgniewanych osób. Wojciech J. też nie pojechał sam, więc na hotelowym parkingu szybko wywiązała się bijatyka. Interweniujący policjanci z niemałym trudem umieścili jej uczestników w osobnych celach, a sprawa zakończyła się dla Wojciecha J. wyrokiem za wprowadzenie do obiegu znacznych ilości fałszywych pieniędzy, a dla Rumuna wyrokiem za paserstwo, czyli sprzedaż kradzionego samochodu. Jedynym, co mogło łączyć obu panów, było to, że obaj dostali też wyroki z tego samego artykułu, czyli za groźby karalne kierowane do siebie nawzajem na sali sądowej. Oprócz nich w tej sprawie wyroki dostało też pięciu innych mężczyzn, ale oni dostali kary w zawieszeniu za udział w bójce.

Pobyt w więzieniu nie zmienił zbyt wiele w życiu Wojciecha J. Jedynym, co wyniósł z odbywania tej kary, był pseudonim „Jucha”, który właśnie wtedy jakoś przylgnął do niego. Nikt potem nie pamiętał, dlaczego akurat taki mu nadano. W żaden sposób nie łączył się z jego nazwiskiem.

Prawie natychmiast po opuszczeniu zakładu karnego przez Wojciecha J., do policjantów, drogą operacyjną, zaczęły napływać informacje o popełnianych przez niego przestępstwach… Zaczął od niezbyt skomplikowanych włamań do domów, do których wchodził podczas nieobecności ich mieszkańców. Po dokonaniu kradzieży uciekał nim pojawił się patrol agencji ochrony. Wcześniej sprawdzał czas dojazdu ochroniarzy, symulując włamanie do domu znajdującego się w pewnej odległości od tego, do którego planował się włamać.

Informacje na ten temat docierały do policjantów. Ale niestety nie udało im się zdobyć dowodów na działalność Wojciecha J. ani zatrzymać go na gorącym uczynku. Nawet nie bardzo mogli „odwiedzić go” w jego mieszkaniu, bo bardzo często zmieniał adres, wynajmując lokale w dużych, zapewniających anonimowość, blokach. Wyszukiwał je według prostego kryterium. Jeśli w internecie było dużo ogłoszeń z tego adresu, to on chciał tam mieszkać, bo wiedział, że rotacja lokatorów jest duża i ludzie nie znają się i nie zwracają uwagi na nowe osoby.

Włamania do domów na przedmieściach dawały jakieś łupy, ale nie były to zdobycze, które satysfakcjonowałyby Wojciecha J. Czasami zdarzało się, że nic nie ukradł, mimo że dom z zewnątrz wyglądał bardzo dostatnio. Ponieważ zabierał tylko niewielkie przedmioty, a najchętniej pieniądze i kosztowności, jego łupy nie przynosiły mu wielkich dochodów. Ludzie nie trzymają już gotówki w domach. Ponadto coraz częściej docierały do niego informacje, że policjanci intensywnie go szukają, podejrzewając o dokonywanie włamań. Dlatego postanowił, że szybko zdobędzie większą kwotę i ukryje się na jakiś czas, aż sytuacja się uspokoi.

Podczas późniejszych przesłuchań policjanci ustalili, że to właśnie on był pomysłodawcą i organizatorem grupy napadającej na bogatych Azjatów, którzy w Polsce zajmowali się hurtowym handlem. Musiał do tego procederu dobrać sobie pomocników. Byli to: 31-letni Polak – Janusz C. i Mołdawianie – 45-letni Vlad A. i jego 22-letni syn Daniel A. Wszyscy, nawet najmłodszy, już wcześniej byli karani za podobne przestępstwa. Z tą grupą „Jucha” dokonał serii napadów. Według policjantów było ich siedem, ale zgłoszonych zostało tylko trzy.

Niestety majętni Azjaci z reguły nie byli w stanie udowodnić legalności dużych sum, które tracili podczas napadu, ani nie posiadali dokumentów na legalne wwiezienie do Polski lub zakup złotych wyrobów, które im ukradziono. Zgłoszenie faktu napadu oznaczało dla nich nie szansę na odzyskanie straty, ale duże kłopoty i kolejne szkody wynikające z zainteresowania ich działalnością służb podatkowych. Dlatego nie zgłaszali napadu.

Tę sytuację wykorzystywała grupa Wojciecha J. Dzięki dużym łupom i niewiedzy policjantów mogli starannie przygotowywać napady, nie żałując pieniędzy na późniejsze ukrywanie się, czy palenie użytych podczas napadu samochodów i ubrań. Ta staranność bardzo utrudniała policjantom pracę, a członkom grupy dawała długą bezkarność. Chociaż czasami policjanci byli bardzo blisko zatrzymania ich.

W styczniu 2020 roku, po napadzie dokonanym przez tę grupę w okolicach Pabianic szybko zarządzono blokadę dróg. Wojciechowi J. i jego kompanom udało się wymknąć tylko dlatego, że jedna z policyjnych załóg zamiast konsekwentnie zatrzymywać wszystkie białe busy, wolała schronić się w radiowozie, bo… padał rzęsisty deszcz. Zatrzymani później przestępcy opowiadali, z jakimi obawami podjeżdżali do blokady i z jaką ulgą ją minęli. W trakcie zeznań policjanci dowiedzieli się także, jak ukrywał pieniądze szef grupy Wojciech J. Wpłacał je na raty do banku. Korzystał przy tym z kont utworzonych na podstawione osoby i fikcyjne firmy. Kupował także mieszkania w atrakcyjnych miejscowościach. Jego wspólnicy raczej tracili pieniądze w klubach nocnych i kasynach. Często też, za jego namową, wyjeżdżali na drogie zagraniczne wycieczki.

Być może policjanci jeszcze długo nie wpadliby na trop tej grupy, gdyby nie… chytrość i pazerność „Juchy”. Wojciech J. coraz częściej przy podziale łupów z napadu większą część zatrzymywał dla siebie, a dla wspólników przeznaczał znacznie mniej niż im się należało. Na ich protesty reagował gniewem i stwierdzeniami, że to on wszystko planuje i organizuje, więc należy mu się więcej. Koledzy byli przekonani, że oszukuje ich także na rzeczywistych kosztach organizowania samochodów i broni, których pozbywali się po każdym napadzie.

Czarę goryczy u jego wspólników przelało zdarzenie, kiedy po udanym napadzie dał im tylko niewielkie kwoty. Twierdził, że ukradziona suma składała się wyłącznie z fałszywych pieniędzy, które musiał szybko spalić. Był na tyle bezczelny, że udawał, iż kwoty przekazane wspólnikom płaci ze swoich zapasów, bo napad przyniósł same koszty. Tymczasem jego towarzysze byli przekonani, że zrabowane pieniądze nie były fałszywe, bo pochodziły bezpośrednio z utargu, jaki przewoził napadnięty. To niemożliwe, aby wszyscy nabywcy płacili mu fałszywkami. Przypomnieli sobie wtedy jedno z wcześniejszych zdarzeń, kiedy oprócz pieniędzy ukradli sporo wyrobów ze złota, a ich szef powiedział później, że wszystko było z tombaku, więc nie przedstawiało żadnej wartości. Gotówka do podziału była jednak wtedy tak duża, że machnęli ręką. Teraz jednak mieli poważne wątpliwości.

Chcesz poznać ciąg dalszy tej historii? Sięgnij po Detektywa Wydanie Specjalne 4/2025 (tekst Dariusza Gizaka pt. Jucha). Cały numer do kupienia TUTAJ.