Zaginięcie księdza i zdziwienie zakonników

Albertyni to jedno z najbardziej rozpoznawalnych zgromadzeń zakonnych w Polsce. Wspólnota założona została przez św. Alberta Chmielowskiego ponad 130 lat temu w Krakowie. Od samego początku, poza poświęceniem się życiu duchowemu, ideą, jaka przyświecała bratu Albertowi, było niesienie pomocy ubogim i bezdomnym. Zakonnicy prowadzą między innymi domy opieki, przytułki, mieszkania socjalne oraz kuchnie dla najuboższych. Aktualnie zgromadzenie posiada kilka ośrodków na terenie Polski oraz w Ukrainie.

Formacja Albertynów obejmuje na początku okres od pół roku do roku postulatu, czyli swego rodzaju okresu próbnego, by następnie odbyć 2 lata nowicjatu (okresu rozeznania życia zakonnego), który kończy się ślubami czasowymi. Przed ostatecznymi ślubami wieczystymi odbywa się również 6 lat tak zwanego junioratu, podczas którego śluby czasowe są corocznie odnawiane. Albertyni są wśród innych zakonników łatwo rozpoznawani po ciemnoszarym habicie przepasanym sznurem oraz zawieszonym na nim różańcu. Bracia bardzo często przebywają w miejscach oddalonych od wsi i miast zwanych pustelniami. Ograniczenie kontaktu z codziennym i zwykłym życiem prowadzonym w osadach ludzkich pozwala im koncentrować się na modlitwie i pracy.

W1901 roku w Kuźnicach, w tatrzańskim lesie na peryferiach Zakopanego, staraniem św. brata Alberta Chmielowskiego zbudowano jedną z pierwszych pustelni, gdzie swoją celę miał sam założyciel zgromadzenia. Pomieszczenie można zwiedzać po dziś dzień jako izbę pamięci po świętym. Wkrótce jednak bracia zakonni przekazali skromny budynek siostrom Albertynkom, a sami przenieśli się na wyżej położone wzniesienie zwane Śpiącą Górką. Miejsce to jest jeszcze bardziej oddalone od miasta i głębiej schowane w lesie. Dostać się tam można jedynie idąc drogą spod dolnej stacji kolejki linowej na Kasprowy Wierch w kierunku Kalatówek, a następnie odbijając przy zgromadzeniu Albertynek w prawo na żółty szlak. Po około 15 minutach marszu szlak się kończy, a z gęstego świerkowego lasu wyłania się wieża i dzwonnica kaplicy oraz pustelnia Albertynów.

Pomimo braku jakichkolwiek sąsiadów i „ślepego zakończenia” szlaku, którym nie można dojść nigdzie indziej, całość otoczona jest skromnym drewnianym płotkiem, który dopełnia ideę całkowitej intymności oraz odseparowania od świata.

W 1989 roku do braci zakonnych na Śpiącej Górce dołączył ksiądz Krzysztof D., który w tym samym roku otrzymał święcenia kapłańskie. Dwa lata wcześniej duchowny złożył także w Zakopanem śluby wieczyste, zatem we wspólnocie na Śpiącej Górce został zarówno bratem jak i kapłanem. W 1991 roku w zgromadzeniu odbywało nowicjat kilku braci, a posługę kapłańską pełnił brat Bartłomiej, gdyż takie imię przybrał we wspólnocie ksiądz Krzysztof D. Kapłan sprawował msze święte, udzielał sakramentów oraz zostało mu powierzone zarządzanie wspólnotą. Duchowny szybko zdobył zarówno wśród przełożonych, jak i podwładnych opinię pracowitego i sumiennego oraz całkowicie oddanego służbie Bogu. Wkrótce cieszył się także wielkim autorytetem, o czym może świadczyć fakt, że wysłany został nawet w podróż do Rzymu na wizytę u Ojca Świętego, w trakcie której Jan Paweł II udzielił mu błogosławieństwa.

Codzienne życie brata Bartłomieja jak i pozostałych zakonników wypełniały przede wszystkim praca i modlitwa oraz stały rozkład codziennych czynności. Duchowni prowadzili przy kaplicy mały ogród i przygotowywali zamiennie posiłki dla całej wspólnoty. Od czasu do czasu udawali się także do miasta po drobne zakupy i załatwiali sprawy urzędowe. Zgodnie z zasadą robił to aktualnie dyżurujący zakonnik.

Piąty dzień lutego 1991 roku w zgromadzeniu nie różnił się niczym szczególnym od pozostałych dni. Dyżur przypadał bratu Bartłomiejowi, który miał udać się do miasta.

– Drodzy bracia, mam dzisiaj umówioną wizytę u stomatologa. Przy okazji zrobię zakupy w mieście. Przyniosę warzywa i owoce, bo kończą się już nasze zapasy. Jeśli jeszcze czegoś brakuje, proszę o dopisanie do listy zakupów. Przyniosę co będzie trzeba – grzecznie zaproponował. – Mszę świętą mam dopiero o godzinie 18, więc zdążę wrócić.

– Nic nie potrzebujemy, księże – odpowiedzieli chórem.

– Zostańcie więc z Bogiem – dodał na pożegnanie i zarzucił na plecy czarny plecak.

– Idź z Bogiem – odpowiedzieli bracia.

Duchowny około godzimy 10 rano wyruszył w drogę do Zakopanego. Dojście do stacji kolejki w Kuźnicach zajmowało mu zazwyczaj około 30 minut. Tam z reguły wszyscy bracia wsiadali do podmiejskiego autobusu i dojeżdżali do centrum miasta. Czasami jednak, zwłaszcza w okresach wzmożonej turystyki, nie czekali na wolne miejsce w autobusie i udawali się do miasta pieszo. W lutym tamtego roku aura była sprzyjająca. Spadło co prawda sporo śniegu, ale dzień, choć mroźny, był także przyjemnie słoneczny. Do wieczornej mszy świętej było sporo czasu, więc księdzu się nie spieszyło…

Wielkie było zdziwienie zakonników, kiedy brat Bartłomiej nie wrócił na wieczorną liturgię, którą miał odprawić. Jak się wkrótce okazało, nie wrócił także na noc… Nazajutrz przed południem zaniepokojeni bracia postanowili zgłosić sprawę policji. Niestety, był to czas, kiedy telefonów komórkowych jeszcze nie znano, a w miejscu takim jak górska pustelnia o jakimkolwiek telefonie nie było mowy. Osobiście dwaj bracia udali się więc pieszo do miejskiego komisariatu powiadomić służby o tajemniczym zaginięciu.

Chcesz poznać ciąg dalszy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 12/2025 (tekst Jarosława Piguły pt. Gdzie jest ksiądz?). Cały numer do kupienia TUTAJ.