Terroryści w polskiej ambasadzie w Bernie

Trzy minuty. Dokładnie tyle trwała akcja uwolnienia zakładników, przetrzymywanych przez terrorystów w polskiej ambasadzie w Bernie. Nie padł ani jeden strzał, nikt nie odniósł obrażeń. Szwajcarscy komandosi ze specjalnego oddziału szturmowego policji zastosowali prosty, ale skuteczny fortel.

Co by nie mówić o Polakach, urodzonymi terrorystami raczej nie jesteśmy. Chyba nie leży to w naszej naturze. Sporadycznie słyszy się o udziale polskich obywateli w aktach terroru na dużą, międzynarodową skalę. Ale jeden taki przypadek był. Przez kilka dni było o nim głośno na świecie. W 1982 roku grupa uzbrojonych imigrantów z Polski napadła na ambasadę PRL w Szwajcarii.

Dzień pierwszy

6 września 1982 roku w Warszawie, na Cmentarzu Powązkowskim, odbywał się pogrzeb Władysława Gomułki. Handel robił bokami mimo zapewnień rządu, że artykułów pierwszej potrzeby nie brakuje na rynku. W Lublinie zmarł 25-letni mężczyzna, ranny w trakcie ulicznych manifestacji, zorganizowanych przez opozycję kilka dni wcześniej, w rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Piłkarska reprezentacja Polski, opromieniona srebrem na Mundialu w Hiszpanii, przygotowywała się do meczu z Finlandią, w ramach eliminacji do Euro 1984.

O godzinie 10 pracownicy ambasady PRL-u w stolicy Szwajcarii, Bernie, byli już po porannej prasówce. Zaczynał się ruch interesantów. Dominowały sprawy paszportowe. Taki właśnie cel wizyty w polskiej placówce dyplomatycznej podał szczupły blondyn w wieku około 40 lat. Przychodził już wcześniej w tej sprawie, więc ochroniarze go wpuścili. I zaraz się zaczęło. W chwili gdy otwierano drzwi, za blondynem, do budynku ambasady wdarło się jeszcze trzech mężczyzn. Byli uzbrojeni w strzelby. Wcześniej musieli stać w miejscu, niewidocznym dla ochroniarzy. Oddali kilka strzałów w powietrze. Wrzeszczeli, że wszystkich pozabijają. Zrobiło się zamieszanie. Pracownicy ambasady krzyczeli z przerażenia. Szczupły blondyn uciszył ich i nakazał całemu personelowi placówki zebrać się w holu. Przebrał się w mundur moro, a na twarz wciągnął maskę gazową. Tak samo przystroili się pozostali napastnicy. Wyglądali jak postaci z jakiejś kiepskiej komedii sensacyjnej. Nikomu jednak nie było do śmiechu.

***

– Jestem pułkownik Wysocki i dowodzę sekcją wojskową Powstańczej Armii Krajowej – powiedział blondyn do pracowników ambasady. – A wy od tej chwili jesteście naszymi zakładnikami. Macie wykonywać wszystkie nasze polecenia. Nie obawiajcie się, jeśli będziecie posłuszni, nikomu nie stanie się krzywda. Nie jesteśmy bandytami, działamy z pobudek politycznych.

Wnikliwie przypatrywał się zgromadzonym na korytarzu ludziom. Personel placówki liczył 20 osób. Jedna z kobiet była w ciąży. Zapewne przywódca grupy terrorystycznej zauważył to, ale nie potraktował jej inaczej niż pozostałych zakładników. Wśród pracowników były osoby starsze i schorowane. To także nie miało znaczenia.

Przerażeni ludzie siedzieli w holu. Pilnowali ich  podkomendni pułkownika Wysockiego. Dowódca zadzwonił na policję. W nienagannej niemczyźnie poinformował, że jest szefem grupy bojowej, która właśnie opanowała gmach polskiej ambasady w Bernie, biorąc personel jako zakładników. Ostrzegł, że są uzbrojeni; mają strzelby myśliwskie, bagnety, broń automatyczną i gotowe do odpalenia materiały wybuchowe.

Jedno z pierwszych pytań policji do terrorystów brzmiało: czego chcą za uwolnienie zakładników. Wysocki nakazał im przyjechać pod ambasadę. Wtedy przedstawią swoje żądania.

– Mają one polityczny charakter. Czekamy na panów, więc auf wiedersehen. Radzę się pospieszyć – zakończył rozmowę.

Polska ambasada w Bernie

Siedziba polskiej ambasady w Szwajcarii mieści się przy Effenstrasse 20 w Bernie. 40 lat temu jednopiętrowy gmach, nieco przypominający zabytkową szkolę, tonął w bujnej zieleni. Dziś od frontu nie rosną już drzewa, a krzewów jest znacznie mniej. Effenstrasse to cicha, spokojna ulica, o małym natężeniu ruchu, przy jakich zwykle usytuowane są placówki dyplomatyczne. Jednak 6 września 1982 roku wyglądała inaczej niż na co dzień. Przypominała obóz warowny. Budynek ambasady szczelnym kordonem otoczyła policja. Funkcjonariusze mieli na sobie kamizelki kuloodporne. Byli uzbrojeni w karabiny maszynowe. Posterunki policyjne rozstawiono też w kilku innych punktach. Nad dzielnicą krążył helikopter.

O godzinie 11 terroryści przedstawili swoje postulaty. Spisali je na kartce, którą wyrzucili przez okno. W zamian za uwolnienie zakładników i opuszczenie siedziby ambasady żądali przywrócenia w Polsce stanu sprzed 13 grudnia 1981 roku. W przeciwnym razie zagrozili wysadzeniem ambasady w powietrze za pomocą posiadanych przez nich ładunków wybuchowych. Na spełnienie żądania wyznaczyli 48-godzinne ultimatum.

Oświadczenie było bardzo groźne. Policja pozbyła się wszelkich złudzeń, że telefon o wzięciu zakładników to jakiś mało wyszukany żart. Szukano porozumienia z terrorystami. Rozmowy z nimi prowadzili policyjni negocjatorzy. Jednak w pierwszych godzinach kryzysu, szansa na kompromis była niewielka. Dlatego też przygotowywano się także do rozwiązań z użyciem siły. Powiadomiono polski rząd o nadzwyczajnej sytuacji w Bernie.

***

O opanowaniu przez terrorystów polskiej ambasady dowiedziały się media. Zanim policja odcięła łączność telefoniczną w budynku, pułkownik Wysocki dzwonił do korespondenta amerykańskiej agencji prasowej UPI. Oświadczył, że Powstańcza Armia Krajowa jest ściśle powiązana z podziemną „Solidarnością”. Grupuje ponad 3 tysiące ludzi w Polsce i zagranicą. Szef grupy terrorystycznej udzielił też krótkiego telefonicznego wywiadu największej austriackiej gazecie „Neue Kronen Zeitung”. Poinformował, że on i jego koledzy przed tygodniem opuścili nielegalnie Polskę. Stwierdził, że w przypadku odrzucenia żądań  spełni groźbę. Mieli ponoć 25 kilogramów dynamitu. W imię „wyższych celów” gotów był poświecić życie zakładników, swoje własne i towarzyszących mu trzech członków PAK.

– Nie mógłby pan przynajmniej zwolnić kobiet? – spytał austriacki dziennikarz.

– Nie! – padła odpowiedź terrorysty.

Wysocki dodał, że akcje PAK są wymierzone przeciwko instytucjom PRL „i te są zagrożone we wszystkich krajach, które utrzymują stosunki dyplomatyczne z Warszawą”. Nie chciał powiedzieć, gdzie i kiedy będzie następny raz.

Dzień drugi

Przez całą noc mieszkańcy domów przy Effenstrasse, słyszeli krzyżujące się rozmowy prowadzone przez krótkofalówki, a przed budynkiem polskiej ambasady migały koguty samochodów z emblematami policji kantonu berneńskiego. Nazajutrz rano sceneria nie uległa zmianie. Wciąż próbowano w sposób pokojowy odbić zakładników.

Pewien sukces został osiągnięty. Nad ranem terroryści uwolnili kobietę w ciąży. Rzecznik szwajcarskiego ministerstwa sprawiedliwości podał, że uwolnienie jej wynegocjowali członkowie utworzonego poprzedniego dnia dwunastoosobowego rządowego sztabu antyterrorystycznego. Zainstalowano specjalną linię telefoniczną, którą porozumiewano się z terrorystami. Innych połączeń nie przywrócono.

Po kilku godzinach terroryści wypuścili kolejne 3 osoby. Znajdowały się one w złym stanie zdrowia i po uwolnieniu trafiły do szpitala. Pułkownik Wysocki zgodził się także na dostarczenie leków, które stale przyjmował jeden z pracowników placówki. Zostały one złożone przez policjanta pod drzwiami ambasady, a do środka wciągnięto je przy pomocy laski. W negocjacjach znaczący udział miał dominikanin, prof. Józef Bocheński, filozof, logik, były rektor uniwersytetu we Fryburgu, na stałe mieszkający w Szwajcarii. Rozsądnymi argumentami przekonał terrorystów do ustępstw.

Przetrzymywali zakładników w ambasadzie w Bernie

Grupa rzekomej Powstańczej Armii Krajowej wciąż przetrzymywała 8 osób. Mogły one zostać w każdej chwili zastrzelone przez agresywnie zachowujących się napastników. Kilka dni później, po uwolnieniu, powiedzieli dziennikarzom, że terroryści znęcali się nad nimi fizycznie i psychicznie. Jednemu z pracowników zagrozili natychmiastową egzekucją. Oddali do niego strzał; kula niemal otarła się o jego skroń. Innego zakładnika pobili. Zapowiedzieli, że przywiążą wszystkich do krzeseł, przyczepią im materiały wybuchowe i odpalą ładunki zdalnie. Jedna z przetrzymywanych osób w ciągu kilku godzin osiwiała w wyniku ciężkich przeżyć. Terroryści nie posługiwali się imionami i nazwiskami. Do dowódcy podkomendni zwracali się „pułkowniku”. Jego adiutant,  mężczyzna po trzydziestce, używał pseudonimu „Kaczor”. Dwaj pozostali, „Sokół” i „Ponury”, byli sporo młodsi od kierownika grupy i jego zastępcy.

Jak się zakończyła historia w ambasadzie w Bernie

Stanowisko rządu PRL-u w kwestii żądań terrorystów od początku było jasne: nie zostaną one spełnione. Ukonstytuowany w Warszawie specjalny międzyresortowy zespół pod przewodnictwem wiceministra spraw zagranicznych Józefa Wiejacza nalegał na udział w akcji uwolnienia zakładników jednostki antyterrorystycznej MO, dowodzonej przez Jerzego Dziewulskiego, która stacjonowała na warszawskim lotnisku Okęcie. Część komandosów miała dotrzeć do Berna helikopterem. Niemcy udzieliły wstępnej zgody na przelot polskich maszyn przez ich terytorium. Zaplanowano użycie ładunków wybuchowych, które opuszczone na dach, miały utorować wejście do środka drugiej grupie, która dojechałaby pod ambasadę ciężarówkami i staranowała jedne z drzwi lub fragment ściany. W planowanie operacji zaangażowany był gen. Edwin Rozłubirski, ówczesny komisarz z ramienia Komitetu Obrony Kraju, w MSW odpowiedzialny za walkę z terroryzmem. Co ciekawe, w akcji miały wziąć udział kobiety, co mogło pomóc w przeprowadzeniu i maskowaniu działań.

Szwajcarski sztab antykryzysowy rozważał różne scenariusze. Zwlekano z odpowiedzią na propozycję Warszawy. Nie wątpiono w umiejętności polskich antyterrorystów, jednak do głosu doszła polityka. Podobno USA wywierały nacisk na Szwajcarów, żeby nie zgodzili się na udział Polaków w akcji. Amerykanie nie chcieli bowiem, żeby dokumenty ambasady dostały się w ręce polskich władz, ponieważ sami chcieli je przejąć.

Chcesz wiedzieć jak zakończyła się ta historia? Sięgnij po Detektywa 9/2021 (tekst Karola Rebsa pt. „Terroryści w ambasadzie”). Cały numer do kupienia TUTAJ.