Tragiczna eksplozja. Śmiertelne ofiary

Na pewno nie był to przypadkowy wybuch gazu ani skutek nieostrożności użytkowników. Już na wstępnym etapie dochodzenia wykluczono feralny zbieg okoliczności. W związku z czym pojawiły się pytania o przyczynę dramatu. Co to było? Zaplanowane „morderstwo doskonałe”? Nieudana próba zbiorowego samobójstwa? W tej bardzo nietypowej statystycznie sprawie znaków zapytania było sporo.

Czy zagadka została w pełni rozwikłana? Czy zapadł sprawiedliwy wyrok? To kolejne pytania bez jednoznacznej odpowiedzi.

Na 18 grudnia 2020 roku we wschodniej części Polski synoptycy przewidywali opady deszczu. Temperatura kilka stopni powyżej zera, śniegu prawie wcale. Ludzie szykowali się do świąt. Ale tego roku na Gwiazdce, jak i na całym naszym życiu położył się groźny cień. Pandemia covidu i rosnąca liczba śmiertelnych przypadków wirusa psuły świąteczny nastrój. Ze względu na obostrzenia covidowe, za złamanie których groziły surowe kary, rodziny nie mogły się spotkać w pełnym składzie przy wigilijnym stole. Ponuro żartowano, że Mikołaj nie przybędzie z prezentami, a jeśli nawet mu pozwolą, to będzie musiał zasłonić twarz maseczką i nie wolno mu będzie zbliżać się do obdarowywanych.

Tego dnia, tuż przed godziną 6 rano, dyżurny puławskiej komendy policji otrzymał zgłoszenie, że w jednym z domów przy ulicy Krótkiej w Puławach najprawdopodobniej doszło do wybuchu gazu. Z pewnością powiadomienie nie było czyimś nieodpowiedzialnym żartem, potężny odgłos detonacji był chwilę wcześniej słyszany także w siedzibie policji. Natychmiast wysłano tam ekipę funkcjonariuszy. Informacja niestety się potwierdziła. Na miejscu zdarzenia były już służby ratownicze pogotowia i osiem zastępów straży pożarnej. Uwijano się jak w ukropie.

Przy ulicy Krótkiej przeważa zabudowa jednorodzinna. Domy większe i mniejsze, posesje ogrodzone, niezbyt duży ruch kołowy. Jest to jedna ze spokojniejszych części przeszło 40-tysięcznego miasta powiatowego, które w statystykach policyjnych bynajmniej nie należy do najbezpieczniejszych. Ale tamtego poranka nikt nie był spokojny i nie czuł się bezpiecznie.

– To był niewyobrażalny koszmar. Dopiero wstałem, byłem jeszcze senny, ale ten huk postawił mnie na równe nogi. Słyszeli go ludzie z odległych dzielnic. Natychmiast wybiegłem przerażony na ulicę i zobaczyłem, że nie ma już jednego z domów na naszej ulicy. Potem widziałem wszystko na nagraniu z kamery monitoringu i znowu mocno to przeżywałem. Mieszkam z rodziną na tyle blisko tego miejsca, że mogliśmy ucierpieć. Potem przez kilka dni baliśmy się przebywać w domu, choć na ulicę też strach było wyjść – wspomina jeden ze świadków tragicznej eksplozji.

W pierwszej kolejności trzeba było ugasić pożar domu, w którym doszło do eksplozji. Jednopiętrowy budynek uległ niemal doszczętnemu zniszczeniu, zostały po nim tylko fragmenty ścian. Wiadomo było, że zamieszkiwały go trzy osoby: starsze małżeństwo – właściciele nieruchomości – oraz ich krewna. Nie widziano ich na zewnątrz wśród tłumu mieszkańców sąsiednich nieruchomości, którzy wyszli na ulicę po wybuchu.

Poinformowano o tym służby. Gdy jako tako opanowano pożar, strażacy wraz z ratownikami medycznymi weszli do rumowiska i znaleźli tam całą trójkę pod zwałami gruzu. Niestety, nie wszystkim można było pomóc. Dwie osoby w starszym wieku – małżonkowie Danuta (69 lat) i Janusz W. (70 lat) – nie żyły. Zginęli na skutek obrażeń powstałych po wybuchu gazu i zawaleniu się budynku. Przebywali na parterze i nie zdążyli się schronić przed spadającym na nich sufitem. Zostali przygnieceni gruzem. Trzecia osoba przeżyła. 39-letnia Agnieszka W., bratanica mężczyzny, który zginął, w ciężkim stanie została przetransportowana helikopterem do szpitala w Lublinie. Nieprzytomna trafiła na OIOM. Lekarze przez kilka godzin walczyli o jej życie. Udało się ją uratować, chociaż czekała ją długa rehabilitacja.

Do puławskiego szpitala trafiło natomiast kilka osób zamieszkałych w pobliżu miejsca eksplozji, które zostały poranione odłamkami szkła z wybitych szyb. Skaleczenia były powierzchowne, po ich opatrzeniu ranni zostali wypisani do domów. Pomocy medycznej udzielano także osobom, które doznały stresu na skutek dramatycznych przeżyć.

Odcinek ulicy Krótkiej, gdzie doszło do wybuchu, sprawiał wstrząsające wrażenie. Odłamki gruzu leżały na dachach budynków, poniewierały się na jezdni i chodnikach w promieniu kilkudziesięciu metrów. Eksplozja zniszczyła elewacje w kilku pobliskich domach, w jednym powstała wyrwa o kilkumetrowej szerokości, uszkodzone były ponadto ogrodzenia i zaparkowane na ulicy samochody. Spowodowała też poważne uszkodzenie linii energetycznej. Zanim ją naprawiono, mieszkańcy nie mieli prądu.

Gruzowisko było niedostępne dla osób postronnych. Zagrożony teren został ogrodzony, pilnowano, aby nikt niepowołany nie przeszedł poza taśmę, bo tam wciąż było niebezpiecznie. Policja, straż pożarna i specjaliści z nadzoru budowlanego przez wiele godzin prowadzili szczegółowe oględziny miejsca eksplozji w celu ustalenia przyczyny wybuchu gazu.

Na wstępie stwierdzono, że do tragicznej w skutkach eksplozji doszło na piętrze domu zajmowanego przez Agnieszkę W.
Fakt, że w momencie wybuchu znajdowała się wyżej niż jej stryj z żoną, uratował kobiecie życie. Gdy w wyniku detonacji budynek zaczął się walić, gruz w dużo większym stopniu przysypał dolną kondygnację, grzebiąc na śmierć przebywających tam małżonków W.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 2/2025 (tekst Mariusza Gadomskiego pt. Tragiczna eksplozja). Cały numer do kupienia TUTAJ.