Tramwaj bez motorniczego, jadący tyłem przez miasto, do tego pod prąd – sama myśl o takim scenariuszu mrozi krew w żyłach. 29 lat temu, w listopadzie 1996 roku, ta historia wydarzyła się naprawdę, a samotny skład jechał ulicami Mokotowa. Zatrzymał się kilka kilometrów od zajezdni, na sklepie mięsnym. Jak to się stało?
Warszawa nocą to miasto, które oddycha inaczej. Gdy ostatni autobus zjeżdża do zajezdni, a światła biur gasną jedno po drugim, ulice zaczynają mówić własnym językiem — językiem ciszy, echa i wspomnień. Wśród tych dźwięków pojawia się on: tramwaj Konstal 105N, czerwona „stopiątka”, relikt epoki, który nie powinien już jeździć, a jednak mknie przez Aleje Niepodległości, jakby na przekór czasowi.
Nie jedzie przodem, lecz tyłem — absurdalnie, jakby cofając się w historię. Jego światła rozcinają mgłę, a z wnętrza sączy się blada poświata, przypominająca ducha. Czy to tylko efekt świetlny, czy może miasto próbuje nam coś powiedzieć? Może to echo dawnych dni, kiedy kioski z gazetami stały na każdym rogu, a kwiaciarnie pachniały świeżością nawet w listopadowy wieczór. Dziś ich zniszczone fasady są tylko przypisem do miejskiej pamięci.
Warszawa nie zapomina. Jej bruk pamięta kroki, jej ściany — szeptane rozmowy, a jej tramwaje — trasy, które już dawno zniknęły z rozkładów. Ten nocny przejazd „stopiątki” to nie tylko obraz — to metafora. Miasto, które nieustannie się zmienia, wciąż nosi w sobie ślady tego, co było. I czasem, w środku nocy, pozwala sobie na chwilę melancholii.
Przypomnijmy historię, która dla niektórych jest już legendą miejską, a przecież zdarzyła się naprawdę!
Tramwaj-widmo: sama prawda!
Wszystko to wydarzyło się 27 listopada 1996 roku. Warszawa lat 90. To wtedy rozpoczyna się jedna z najdziwniejszych, najbardziej niebezpiecznych i owianych plotkami historii związanych ze stołecznymi tramwajami.
Tramwaje upiększone ogromnymi reklamami, które częściej przykrywały ich charakterystyczne żółto-czerwone barwy niż je eksponowały. Jeden z takich tramwajów, ozdobiony reklamą koncernu obuwniczego BATA, wyruszył tego dnia na ulice stolicy.
Dwuwagonowy skład o numerach bocznych 1391 i 1392 był po przeglądzie technicznym. Manewrowy wyprowadził tramwaj z zajezdni przy Woronicza na ulicę Wołoską, żeby później ustawić go w bazie przed pierwszym kursem. Coś jednak poszło nie tak!
W godzinach bardzo wczesnoporannych na trasę wyjechał skład tramwajowy, który w miejskiej legendzie zyskał miano „tramwaju widmo”. To jedyna odnotowana sytuacja w Warszawie – relacjonowała wówczas „Gazeta Wyborcza” – w której tramwaj opuścił zajezdnię bez kierowcy. I bynajmniej nie chodzi tu o drobne przesunięcie składu na terenie zajezdni przed planowanym odjazdem. To była pełnoprawna jazda tramwaju bez obecności prowadzącego.
Niezwykły widok
29 lat temu wczesnym rankiem po Warszawie przetoczył się niezwykły widok. Tramwaj, składający się z dwóch wagonów i pozbawiony motorniczego, poruszał się tyłem, a za nim samochód pracowników komunikacji, którzy desperacko próbowali go powstrzymać, nawet odcinając prąd na sieci trakcyjnej nad torami. Oficjalnie zdarzenie związane z wyruszeniem z zajezdni przy ul. Woronicza tłumaczono zwarciem elektrycznym. Legenda miejska ma swoje prawa, zdarzenie obrosło różnymi spekulacjami.
– Nieoficjalnie mówiło się o błędzie ludzkim, wynikającym z nadużycia napojów wyskokowych – przeczytać możemy we wspomnieniach o wypadku na stronie e-kartka z Warszawy.
Tramwaj przemierzał ulice Wołoską i Rakowiecką, a następnie aleję Niepodległości, mijając SGH, Bibliotekę Narodową i GUS. Pod koniec ponad czterokilometrowej trasy, na skrzyżowaniu z ul. Nowowiejską, skład wykoleił się podczas skrętu w lewo w stronę Ochoty, niszcząc pawilon kwiaciarni i w końcu zatrzymując się na witrynie sklepu mięsnego.
Tramwaj został odtransportowany do warsztatów, a dopiero pod koniec 1998 roku powrócił na ulice Warszawy, zyskując trwałą legendę „tramwaju widmo”, która do dziś pobudza wyobraźnię mieszkańców stolicy.
Tramwaj widmo: Zamiast zakończenia
Tymczasem na jednej ze stron w mediach społecznościowych można spotkać się z takim wytłumaczeniem tej historii…
Ach te wersje oficjalne….
Dzień wcześniej kasa wypłaciła premie. W zajezdni odbyła się libacja po której panowie postanowili się odwieźć tramwajem. Żeby z Centralnego szybko wrócić to pojechali tyłem. Ale dali za dużo w nastawnik i nie zobaczyli przestawionej zwrotnicy przy Nowowiejskiej. Po zderzeniu szybko uciekli. Resztę znamy.
Grono zastanawiało się kilka dni nad wytłumaczeniem zdarzenia i wreszcie przyjęto wersje ówczesnego kierownika pewnego działu, którą powtarza się do dziś. A my w firmie i tak wiedzieliśmy swoje.
Źródło: ekartkazwarszawy.pl, gazeta.pl
FOT. zdjęcie ilustracyjne wygenerowane przez AI