Urke Nachalnik. Krwawa jatka czy robota gentelmana?

Kim naprawdę jest ten człowiek o zwierzęcym przydomku? Czy to zwykły opryszek z duszą mordercy, który topił swoje ofiary w Wiśle, czy może współczesny Robin Hood, który okradał bogatych, by ratować nędzarzy z brudnych nor na Pradze? Nasz reporter wkradł się do zamkniętego na cztery spusty archiwum kryminalnego i odkrył prawdę, od której włos jeży się na głowie.

Jak donoszą nasi informatorzy z półświatka, ostatnia akcja „Nachalnika” przeszła najśmielsze oczekiwania. Śmiały napad na bank w samym sercu miasta! Policyjne kordony poszły w ruch, a rewolwery wypaliły, ale szajka zniknęła jak kamfora, zostawiając po sobie tylko dymiący wóz i plamy… ale czy to na pewno była krew?!

Przygotujcie się na mrożącą krew w żyłach opowieść o honory nie chcą iść w odstawkę, o strzałach na rogu Marszałkowskiej i o tym, jak zwykły chłopak z nizin stał się postrachem międzywojennej Polski. Czy „Nachalnik” w końcu wpadnie w ręce sprawiedliwości, czy może już szykuje kolejny, mistrzowski skok, który odbije się echem w całej Europie?

Poznaj historię sprzed kilkudziesięciu lat!

Urke Nachalnik to chyba najbardziej znany literat wśród kryminalistów  działających w dwudziestoleciu międzywojennym. Jego życiorys to gotowy scenariusz do filmu sensacyjnego. Przez jedną trzecią życia złodziej i rozbójnik, w końcu literat i… kandydat na burmistrza podwarszawskiego Otwocka. Odkąd zaczął pisać, nigdy więcej nie wrócił do więzienia, a to świadczy tylko o tym, że był lepszym literatem niż złodziejem. Dzisiaj – wśród ludzi, którzy wchodzą w konflikt z paragrafem – próżno szukać takich życiorysów.

Urke Nachalnik, a właściwie Icek Boruch Farbarowicz, bo tak brzmiało jego prawdziwe nazwisko, nie był przykładnym obywatelem. Jego sumienie obciążało wiele przestępstw: włamania i kradzieże. Podczas ostatniego pobytu za kratami rawickiego więzienia napisał pamiętnik o swym burzliwym życiu. Książka jest świadectwem nie tyle jego występków, co całego procesu demoralizacji, który doprowadził go na złą drogę.

Jego postać jest mało znana. A szkoda, po życie Urka Nachalnika była naprawdę ciekawe. W otchłaniach internetu udało nam się znaleźć opublikowany w 2009 roku bardzo ciekawy artykuł o ym człowieku. Ponieważ jest on już niedostępny pozwalamy go sobie przypomnieć tym wszystkim, którzy interesują się historią przestępczości II RP.

Pod pseudonimem Urke Nachalnik kryje się Icek Boruch Farbarowicz – Polak żydowskiego pochodzenia, piszący zarówno w języku jidysz, jak i polskim. Autor urodził się w 1897 roku na Białostocczyźnie w miejscowości Wizna. Przez większą część życia związany był z półświatkiem złodziejskim, wiele lat spędzając za kratkami. Po zawarcie związku małżeńskiego wraz z żoną przeniósł się do Otwocka, gdzie para mieszkała aż do rozpoczęcia drugiej wojny światowej. W jej pierwszych miesiącach pisarz został aresztowany przez gestapo i rozstrzelany w lesie śródborowskim.

Pierwsze próbki pisarskie Urkego Nachalnika przypadają na czas pobytu w więzieniu. Wówczas przyszły prozaik poznawał dorobek najwybitniejszych twórców literatury i uczył się języka polskiego. W czasopiśmie więziennym „Głos Więźnia” publikował swoje próby poetyckie. Zachęcony przez Melchiora Wańkowicza w 1930 roku napisał autobiograficzne wspomnienia „Życiorys własny przestępcy”. Równocześnie na łamach żydowskich periodyków wydawanych w USA publikował krótkie formy prozatorskie w języku jidysz. W 1934 roku ukazał się drugi tom autobiografii pisarza – „Żywe grobowce”. Jednak największy rozgłos przyniosły autorowi wydane dwa lata przed jego śmiercią kryminały: „Rozpruwacze” oraz „W matni”.

Młynarz Farbarowicz miał powody do radości. Wreszcie doczekał się dziecka, i to w dodatku syna! Stało się to w czerwcu 1897 r. w małym miasteczku Wizna niedaleko Łomży, tam, gdzie rzeka Biebrza wlewa swe wody do Narwi. Chłopiec otrzymał imiona Icek Boruch i rodzice od razu pomyśleli o karierze rabinackiej dla niego. Gdy ma pięć lat, widzimy go zaczynającego naukę w chederze. Tam nauczyli Icka znajomości Tory i podstaw Talmudu, pisania i czytania po żydowsku oraz czterech działań matematycznych.

W chederze wyróżniał się zdolnościami, lecz ta edukacja była za skromna, aby zostać rabinem. W 1910 r. zdał więc egzamin do słynnego jeszywetu, czyli szkoły rabinackiej w Łomży. Egzamin poparty 50-rublową łapówką sprawił, że Icek został najmłodszym studentem 200-osobowej szkoły. Wydawało się pewne, że zrobi karierę. Jednak w Łomży młody, bo zaledwie 13-letni, kandydat na rabina studiuje z zapałem nie tylko teologię, ale i uroki… kobiecego ciała! Jego kochanką zostaje znudzona 29-letnia właścicielka stancji, na której mieszka. Powód jest stary jak świat: ma 70-letniego męża… Romans zachwiał poważnie zdrowiem ucznia, musiał wrócić do domu na kurację, rodzice zdaje się domyślali, o co chodzi. W 1911 r. wraca do szkoły w Łomży, lecz już nie na stancję.

Rok później na naradzie rodzinnej postanowiono, że pojedzie na dalsze studia do Rosji uczyć się w sławnym jeszywecie Bychowo nad Dnieprem. Nadeszły niedobre dni. Kuzyn, który miał się nim opiekować, okazał się hulaką, tu dopada go wiadomość o śmierci matki i list od ojca, że musi radzić sobie sam. Udziela więc korepetycji z hebrajskiego i żydowskiego. Jego podporą staje się Żydówka, właścicielka miejscowego burdelu. W szkole bychowskiej dotrwał do wiosny 1913 r. i postanowił wracać do domu.

75 kopiejek majątku nie starczyło nawet na bilet. Umówił się z konduktorem, że się schowa pod ławką. Jednak, gdy kolejarz potknął się o jego wystające nogi, wpadł w złość i przekazał go żandarmom. Pierwszy raz w życiu Icek miał do czynienia z policją. Jakoś mu się upiekło. Wizyta w domu była krótka. Wysłany po odbiór 82 rubli za mąkę, zabrał je i nawiał do Wilna. Szybko je tam stracił, bo oszukał go cwańszy Żyd, ale ziomkowie pomogli mu przeżyć. Udzielał teraz korepetycji w Giełgudyszkach nad Niemnem. Tam też poznał kolejną dziewczynę – 18-letnią Sonię i okradł jej kochanka ze złotego zegarka i portfela. Po tym wyczynie złapali go na stacji kolejowej i pierwszy raz znalazł się w areszcie, a 15 IX 1913 r. w więzieniu w Łomży. Miał wtedy 16 lat.

Po 2 miesiącach wyznał swe przestępstwo i napisał do ojca o 200 rubli kaucji. W międzyczasie znajomy policmajster zatuszował sprawę. Znowu się upiekło. Powrót do domu był niepotrzebny. Rodzina trzymała go na dystans, bojkotowano go przy stole… Ojciec ciężko go poturbował za próbę okradzenia. Jednak wydawało się, że jest wyjście. Bogaty stryj, właściciel piekarni z głębi Rosji, postanowił zabrać go do siebie. Tam Icek wytrzymał pół roku. W maju 1914 r. zmienił towarzystwo.

W kompanii, do której przystał, został pomocnikiem dorożkarza. Nie mógł narzekać, było to barwne życie. Woził na akcje złodziei, ukrywał łupy, poznał paserów, dostawał swoją „dolę”. Jak w klasycznej szemranej historii, zakochał się w Hance – siostrze szefa szajki „Cwajnosa”. Banda kradła, rabowała, razem hulali i pili. Icek został Urke Nachalnikiem.

Pseudonim „Nachalnik” podobno nadali mu koledzy, „Urke” przyznał sobie sam, w przekonaniu, że oznacza „międzynarodowego wybitnego złodzieja”. Chyba się jednak mylił, bo tym mianem złodziejscy fachowcy określali „złodziei podrzędnych, partaczy niegardzących bandytyzmem”. Nowy pseudonim nie uwolnił go od prześladującego pecha. Na początku 1915 r. zostaje aresztowany w Rosji jako podejrzany o otrucie kochanki, prostytutki. Mimo tego, że następnego dnia stwierdzono samobójstwo denatki, Icka wywożą strażą do guberni łomżyńskiej. Tam znowu kradnie, pieniędzy ma w bród. W sierpniu 1915 r. zatrudnił się u Niemców, przy odbudowie mostu na Narwi, jako pomocnik kierownika transportu. Razem z nimi wyjeżdża w lutym 1916 r. do Niemiec.

W Berlinie przegrywa wszystkie pieniądze w karty, robi więc „skok” wraz z 2 wspólnikami przy najruchliwszej ulicy Berlina. Znów ma pecha. Policja łapie go na gorącym uczynku, wspólnicy uciekają. W czerwcu 1916 r. ląduje w celi słynnego berlińskiego Moabitu. Nie wydaje kumpli, za co sędzia „zaklepał” mu 10 lat więzienia, lecz kompani pamiętają o nim. Wkrótce odwiedza go młoda ulicznica – siostra jednego ze wspólników i w kostkach cukru daje gryps oraz 9 „anielskich włosów” do cięcia krat. Sierpniową nocą Icek ucieka dachami, znajduje ukrytą linę i zjeżdża do czekającej pod murem dorożki. Siedzi schowany na melinie i we wrześniu jest już w Warszawie. Tam jak zwykle czekają panienki i swawole. Wnet wraca do Łomży, gdzie z miejsca aresztują go i oskarżają o włamanie do niemieckiej prowiantury wojskowej, podejrzewają go nawet o szpiegostwo.

Przechodzi okrutne śledztwo ze sfingowaną sceną rozstrzelania. Niemcy nie wiedzą jednak, kogo złapali. Dostał 2 lata, ale niespodzianie w październiku 1917 r. wychodzi na wolność. W Łomży nowa kochanka „Kosa Mańka” wprowadza go do bandy „hołociarzy, czyli koniokradów. Jego kariera nie trwała długo. Zadarł z szefem „Stachem”, bo odbił mu kochankę Franię… (która zresztą uciekła potem z oficerem niemieckim). Icek dalej kradnie. Raz na moście zatrzymuje go kontrola, zdążył wyrzucić rewolwer, ale znaleziono przy nim 2 paszporty.

Konwojent dostaje w łeb, Icek ucieka do Wilna. Tam na początku maja 1918 r. wraz ze wspólnikiem „Szoferem” włamują się bez powodzenia do wilii bogatego Żyda. Wraca więc do Łomży. Kolejna kochanka, tym razem fryzjerka, opowiada na policji o jego występach w Wilnie. Powitanie w znajomym więzieniu w Łomży jest okrutne. Zostaje pobity przez nadzorcę Rohla, który dowiedział się, że Icek siedział tu poprzednio pod fałszywym nazwiskiem. Próba ucieczki tym razem nie udała się.

11 listopada 1918 r. oznaczał wolność dla politycznych, jednak Rzeczpospolita nie miała względów dla pospolitych rzezimieszków. Zmieniły się tylko mundury nadzorców, zelżał reżim. W lutym doszło do rozprawy, na której Icek, skuty kajdanami, wraz z 3 innymi kolegami zostali oskarżeni o napad z bronią w ręku. Wyrok brzmiał: 6 lat. Amnestia skróciła ten wyrok o 1/3, ale dotychczasowego aresztu nie wliczono do okresu kary i Icek postanowił uciekać. Próba się nie powiodła i znalazł się skuty kajdanami w karcerze. Jednak ten okres więzienia w Łomży stanowił bardzo ważny moment w jego życiu. Tu nauczył się pisać i czytać po polsku, chłonął całymi dniami literaturę, historię, zaczytywał się w „Trylogii”. W ponurym więzieniu w bandycie rodził się literat.

Jesienią 1918 r. przewieziono go wraz z „Szoferem” do więzienia na Mokotowie. Tam, dzięki sile i doświadczeniu więziennemu, został starszym celi. Czytał i znał całe fragmenty książek na pamięć. Szczególnie Conrada, Gorkiego, Londona. W lipcu 1923 r. wyszedł na wolność. Była ona bardzo gorzka. Pieniądze zarobione w więzieniu nie miały wartości, szalała inflacja i kryzys. Znowu stanął przed perspektywą bandyctwa. W Mokotowie dostał na „do widzenia” ubranie, jakieś buty, kilo chleba i pieniądze na pół biletu do Wilna. Pojechał do domu, aby upomnieć się o część spadku po zmarłym ojcu, nic jednak nie wskórał, bo brat oświadczył, że oszukał go adwokat. Icek znalazł nieuczciwego prawnika i siłą odebrał dokumenty rodzinne. Wyjeżdżając z Łomży żegna się kochanką Elizą. Po latach opis tej sceny w jego książce „Żywe grobowce” krytycy literaccy uznają za najbardziej wartościowe literacko.

W grudniu 1923 r. wraz z 2 kompanami dokonał w Białymstoku napadu na bogatego kupca z Krynek, który pożałował na dorożkę 5 tys. marek i poszedł z córką ciemnymi zaułkami do miasta. Zrabowali mu 20 mln marek i kosz z garderobą za 500 mln marek (wtedy 1 dolar = 10 mln marek). I znów wpadł wraz 1 wspólnikiem. Dwa tygodnie później skazano go na 8 lat ciężkiego więzienia. Miał zresztą trochę szczęścia: wersja oskarżenia mówiła o napadzie z bronią w ręku, za co groził stryczek, ale dobry adwokat ją obalił. Był to ostatni wyrok w życiu Nachalnika. Odsiedział go w całości.

Najpierw w Białymstoku, potem w więzieniu w Rawiczu. Wyszedł w styczniu 1932 r. W sumie na 35 przeżytych lat przesiedział 15 w więzieniach. Bilans jego kryminalnych dokonań pokazał, że nie miał nigdy szczęścia w złodziejskim rzemiośle. Tak naprawdę, wbrew buńczucznie brzmiącemu pseudonimowi, nie był ani wielkim „urką”, ani nie wzbogacił się na złodziejstwie. Gdy wyszedł z Rawicza, znów nie miał gdzie się podziać i był bez środków do życia. Dzięki wydawnictwu „Rój’ dostał półroczne stypendium literackie, a schronienie i utrzymanie u Stanisława Kowalskiego, którego poznał w więzieniu w Rawiczu.

Jak sam wyznał, pisaniem zajął się z nudów, siedząc samotnie w pojedynczej celi łomżyńskiego „Czerwoniaka”. Było to jesienią 1918 r. Pierwsze próby poetyckie były standardowe: wydrapywał wiersze na ścianie celi. W mokotowskim więzieniu pisał do gazetki „Głos Więźnia”, a wiersze zyskały popularność, bo śpiewali je towarzysze niedoli. Nachalnik zaczął wreszcie pisać opowiadania o życiu złodziei. Któż, jak nie on, miał o tym najlepsze pojęcie? Siedząc w Rawiczu, posłał do renomowanego wydawnictwa „Rój” swoje nowele i grafomańską powieść pt. „Miłość przestępcy”.

Melchior Wańkowicz, założyciel tego wydawnictwa, poznał się na talencie pisarskim Nachalnika i namawiał do napisania autobiografii. Rok później, w końcu 1930 r., było już napisane 30 rozdziałów, które nagle więzień… porwał w przystępie szału. Cały tydzień zajęło mu później układanie postrzępionego dzieła. W tych ciężkich dniach szczęście uśmiechnęło się do niego chyba po raz pierwszy. Do więzienia w Rawiczu zawitał z cyklem wykładów wybitny pedagog (późniejszy profesor) Stanisław Kowalski.

Urke Nachalnik pochwalił mu się kontaktami z „Rojem”, co bardzo zainteresowało Kowalskiego. Poczekał, aż będzie gotowa I część autobiografii i wysłał ją do USA słynnemu socjologowi Florianowi Znanieckiemu z Columbia University. Znaniecki ocenił pracę jako bardzo ciekawą i cenną nie tylko z punktu widzenia poznania środowiska żydowskiego, ale przede wszystkim jako pracę doskonale ukazującą życie więźniów, tajemnice ich środowiska i podkreślił wartość dla badań psychologicznych. Później ta książka była uznana w kryminologii amerykańskiej jako ważne źródło wyjaśniania przyczyn przestępczości poprzez analizę przypadków indywidualnych.

Dzieło Nachalnika zostało wreszcie wydane w Polsce pt. „Życiorys własny przestępcy”. Nie wydał jej, niestety, „Rój”, co uczyniłoby autora natychmiast sławnym i przyniosło pieniądze. Nie przeprowadzono sprawnej akcji, jakbyśmy to dzisiaj nazwali, „promocyjnej”, a z pewnością byłaby to sensacja na rynku. Niewielki, 2,5-tysięczny nakład i podkreślenie walorów naukowych nie mogły przynieść wielkich pieniędzy i sławy. Ostatniego wydania książka doczekała się w 1989 r. w Wydawnictwie Śląskim.

Po wydaniu książki Nachalnik walczył zajadle piórem z krakowskim „Ilustrowanym Kurierem Codziennym”. Gazeta szybko rozszyfrowała jego prawdziwe nazwisko i atakowała za czerpanie pieniędzy i rzekomą sławę ze złodziejskiej przeszłości.

Kolejną część autobiografii pt. „Żywe grobowce” wydał już renomowany „Rój” w 1934 r. w Warszawie. Lecz i to nie przyniosło spodziewanego rozgłosu ani pieniędzy. Znowu nakład był zbyt niski, lecz książkę przyjęto życzliwie, podkreślając jej realizm i to, że brak zrozumienia na losy więźnia i obojętność rodziny doprowadziły go na drogę wykolejeńca. Bardzo dobrą recenzję wystawiły książce „Wiadomości Literackie” – liczące się w środowisku kultury pismo.

Nachalnik na tym nie poprzestał. Wydał zbiór opowiadań pt. „Miłość przestępcy”, ukazującą dramat człowieka odrzuconego przez społeczeństwo.

Trzeciej części wspomnień nie wydał nigdy. Możliwe, że czuł się zawiedziony niskim nakładem, małymi pieniędzmi i tym, że nie stały się sensacjami wydawniczymi.

Połowa lat 30. przynosi nareszcie w jego życiu utęsknioną stabilizację. Żeni się, przychodzi na świat dziecko. W miesięczniku „Midrasz” w grudniu 1999 r. opublikowano fragment wydanej w Tel Avivie książki pt. „Gewen, gewen amol Wilne” („Było niegdyś Wilno”), w którym autor pisze, że Nachalnik ożenił się w Wilnie z Lizą i rok po ślubie przenieśli się do Otwocka, gdzie urodził mu się syn. Nie wiemy dokładnie, kiedy pisarz wprowadził się do naszego miasta. Wiemy natomiast, gdzie mieszkał. W otwockim archiwum jest księga meldunkowa domu przy ul. Warszawskiej 37. Jego właścicielami byli Randoński albo Randomiński Chaim i Jakub. Tam znajdujemy zapis: „Lokal nr 9: »Farbarowicz Icek Boruch, zawód: literat, przybył z ul. Matejki 1 m. 3 dnia 10 XI 1938«”, poniżej „Farbarowicz Sara ur. 1902” (czyli nie Liza) oraz „Farbarowicz Samuel, syn ur. 1933”. W tym czasie Nachalnik był już szanowanym i zamożnym obywatelem Otwocka.

Dotąd nie wiadomo, skąd miał pieniądze. Możliwe, że otrzymywał je z amerykańskich honorariów. Wydawca „Roju” Melchior Wańkowicz wspominał o tym we wstępie do głośnej książki „Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy”, która była debiutem literackim też więźnia Sergiusza Piaseckiego.

W Otwocku Nachalnik napisał do „Szpilek” humoreskę „Wyjście z sytuacji”. Było to prawdopodobnie w 1937 r., rok później wydaje w poważnej firmie wydawniczej M. Fruchtmana dwie powieści sensacyjne: „Rozpruwacze” i „W matni”. Oprócz języka polskiego wydawał w języku jidysz książki „Moja droga życiową jeszywetu i więzienia do literatury” oraz „Ludzie bez jutra” Pisał też drobniejsze opowiadania, które drukowała prasa codzienna.

Niedługo cieszył się bohater naszej opowieści szczęściem rodzinnym, sławą i poważaniem ludzkim. Zaledwie 5 lat musiało zrekompensować mu poniewierkę życiową. W nielicznych opracowaniach poświęconych jego postaci znajdujemy opinie, że cieszył się w Otwocku szacunkiem – mało, uchodził ponoć za pewnego kandydata na ławnika i burmistrza miasta.

Nadejście wojny oznaczało dla Icka Farbarowicza vel Urke Nachalnika, podobnie zresztą, jak i dla wszystkich jego żydowskich pobratymców, tylko jedno. Jest niemal pewne, że pisarz szybciej zdał sobie sprawę, co ich czeka. Być może pomógł mu instynkt wyrobiony przez lata zagrożenia. Miał też wolę walki, której zabrakło wśród dawnych kumpli z kryminału.

Próbował stworzyć organizację sabotażową, ale znalazł jedynie 2 chętnych. Że był człowiekiem czynu, to pewne. S. Szymańska w pracy „Ludność żydowska w Otwocku podczas II wojny światowej” pisze: „Urke Nachalnik i jego kolega Radoniński wbiegli do płonącej synagogi (przy ul. Warszawskiej, podpalonej przez Niemców w październiku 1939 r. – przyp. JK) i każdemu z nich udało się uratować 2 zwoje Tory”.

 Jest też wersja, że zabrał się za rozkręcanie szyn kolejowych i został przy tym złapany. Jednak dokładnie o okolicznościach pisze Perechodnik w książce „Czy ja jestem mordercą?”: „Wolf (Nusfeld) zakopał skrzynię dynamitu. Doniosła na niego Polka, Bukojemska, kochanka żandarma Michailisa. Wolf został zastrzelony przez Michailisa w lesie śródborowskim wraz z jeszcze 2 Żydami: pisarzem Urke Nachalnikiem i Gerszonem Randonińskim. Zostali mocno pobici, musieli sobie sami wykopać groby, no i zastrzelono ich. Były to pierwsze trzy ofiary w Otwocku. Później okazało się, że mieli szczęście, bo zostali przynajmniej pochowani na cmentarzu żydowskim. Dzięki staraniom magistratu otwockiego, a zwłaszcza naszego lekarza miejskiego Ludwika Mierosławskiego, Niemcy pozwolili na ekshumację zwłok. Rodziny zdążyły postawić im pomniki”.

U Perechodnika znajdziemy informację, że obaj Żydzi zostali aresztowani za nielegalne posiadanie broni. Podobno w czasie aresztowania Nachalnik krzyknął: „Nie myślcie, że żydowską krew można bezkarnie przelewać! Również i wasz koniec nadejdzie!”. Egzekucja odbyła się 11 listopada 1939 r. Raczej między bajki można włożyć scenę egzekucji zamieszczoną we wspomnianej już książce „Było niegdyś Wilno”, jakoby w ostatnim momencie Nachalnik zdzielił z całej siły skutymi w kajdany rękami osławionego esesmana Schlichta, łamiąc mu nos i wybijając kilka zębów. Nie jest ona zupełnie wiarygodna, choćby i dlatego, że wg autora „zastrzelono ich przy alei Kościuszki”.

Źródło:  tygodnik Linia Otwocka, 2009 r. Ukazywał się na terenie powiatu otwockiego i warszawskiej dzielnicy Wawer. Został założony w 1998 roku. Ostatni numer ukazał się w lipcu 2022 roku.