Wanda Szeptun: odeszła od ogniska, a co było potem?

Jest taka godzina między zmierzchem a ciemnością, gdy światło traci pewność siebie, a cienie zaczynają żyć własnym życiem. Nad Jeziorem Nyskim, pomiędzy Głębinowem a Wójcicami, ta pora ma w sobie coś szczególnie niepokojącego. Wiedzą o tym ci, którzy tam byli. I ci, którzy od tamtej nocy szukają odpowiedzi.

Wiosna 2009 roku przyszła wcześnie. Kwietniowe słońce ogrzało ziemię, a długi weekend skusił wielu do wypoczynku na łonie natury. Wanda Barbara Szeptun, czterdziestoletnia mieszkanka Kamieńca Ząbkowickiego, pakowała się na biwak z lekkim sercem. Razem z mężem Jackiem oraz dwoma zaprzyjaźnionymi małżeństwami planowała świętować imieniny jednej z koleżanek .

Nikt z uczestników nie przypuszczał, że ten wyjazd stanie się początkiem jednej z najbardziej zagadkowych niewyjaśnionych spraw w Polsce.

Wanda była kobietą, którą sąsiedzi zapamiętali jako spokojną, towarzyską i uśmiechniętą . Razem z mężem pracowała w agencji ochrony we Wrocławiu. Miała dwie córki – siedemnastoletnią Patrycję i dwunastoletnią Klaudię . Rodzina nie wyróżniała się niczym szczególnym, prowadziła zwyczajne życie w niewielkiej dolnośląskiej miejscowości.

Jednak w dniach poprzedzających wyjazd córki zauważyły, że matka jest smutna i przygnębiona . Nie wyjawiła jednak nikomu przyczyn swojego obniżonego nastroju .

Był piątek, 24 kwietnia 2009 roku. Grupa dotarła nad Jezioro Nyskie w godzinach popołudniowych. Wybrali miejsce na dzikiej plaży – z dala od turystów, pomiędzy Głębinowem a Wójcicami . Teren był trudny do zlokalizowania. Gęsty las schodził niemal do samej linii brzegowej, a wokół jeziora ciągnęły się trzcinowiska i podmokłe fragmenty terenu .

Rozpalili ognisko, grillowali, pili piwo i rozmawiali . Wieczór był spokojny. Nikt później nie wspominał o żadnej kłótni czy napięciu między uczestnikami . W oddali widać było światła innych biwakowiczów. Spokojna, letnia noc.

Wanda była ubrana w zamszowe kozaki, szare spodnie do połowy łydki, żółtą bluzkę, kremowy golf i brązowy bezrękawnik . Miała przy sobie telefon komórkowy.

Między godziną 22.00 a 23.30, w zależności od relacji, Wanda wstała od ogniska .

– Idę za potrzebą – powiedziała.

Nie była pierwszą osobą, która tej nocy oddalała się od grupy. Wcześniej do lasu wychodziły również inne kobiety. Nikt nie traktował tego jako czegoś niezwykłego .

Wanda wzięła telefon, ale nie zabrała latarki . Weszła w gęsty las okalający jezioro.

I zniknęła.

Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Potem godzina.

– Zaczęliśmy jej szukać i wołać, ale nikt się nie odzywał – wspominał później jej mąż, cytowany przez portal Zaginieni Przed Laty .

Grupa przeszukała okolicę na własną rękę, nawołując Wandę w ciemnościach. Próbowali się do niej dodzwonić. Telefon milczał. Chwilę po tym, jak Wanda oddaliła się od ogniska, urządzenie zostało wyłączone .

Około godziny 1.30 w nocy uczestnicy biwaku powiadomili policję .

Problem polegał na tym, że nie potrafili dokładnie określić, gdzie się znajdują. Teren był odludny, trudny do opisania nawet za dnia. Policjanci dotarli na miejsce dopiero około godziny trzeciej nad ranem .

Razem z funkcjonariuszami pojawił się przewodnik z psem tropiącym . Znaleźli obozowisko, w którym pięcioro dorosłych i dzieci spało już w namiotach. Rozpoczęły się przesłuchania.

Pies podjął trop Wandy. Po chwili jednak zaczął krążyć w jednym miejscu. Jakby ślad nagle się urwał .

Rankiem 25 kwietnia do akcji ruszyły dziesiątki osób. Policjanci, strażacy, płetwonurkowie przeszukujący dno Jeziora Nyskiego . Sprawdzono każdy centymetr lasu, zarośla, brzegi, trzcinowiska, pobliskie ośrodki wypoczynkowe .

– Przeszukali każdy centymetr tego miejsca i ogromny teren wokół Jeziora Nyskiego. Jeżeli ktoś nie zna tego terenu, to może bardzo łatwo się zgubić – mówił w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Nysie, st. asp. Rafał Wandzel .

Nie znaleziono śladów, które mogłyby wskazywać, że kobieta wpadła do wody ani że doszło do wypadku. Nie odnaleziono ciała. Nie odnaleziono telefonu.

Przesłuchano dwóch wędkarzy, którzy tej nocy przebywali w pobliżu. Obaj zgodnie twierdzili, że nie słyszeli niczego niepokojącego. Żadnych krzyków, awantur, odgłosów walki .

Jedyny trop pojawił się 25 kwietnia około godziny piątej rano. Dwóch świadków widziało w miejscowości Wójcice, niedaleko ujścia Nysy Kłodzkiej do Jeziora Nyskiego, kobietę odpowiadającą rysopisowi Wandy . Ubrana była w szare spodnie, jasny golf i zamszowe kozaki . Nie potrafili jednak wskazać, w którą stronę się udała. Nigdy nie udało się potwierdzić, czy była to zaginiona .

Pytania bez odpowiedzi

Akcja poszukiwawcza zakończyła się 30 kwietnia 2009 roku . Wanda Szeptun nie została odnaleziona.

Najbardziej prawdopodobną wersją wydawało się dobrowolne odejście od rodziny . Za tą hipotezą przemawiało przygnębienie Wandy w dniach poprzedzających wyjazd – córki wspominały, że matka była smutna i zmartwiona . Przemawiał za nią również fakt, że na biwaku nie znaleziono żadnych jej rzeczy osobistych – kosmetyków, ubrań na zmianę .

Jednak bliscy stanowczo odrzucali tę możliwość.

– Mama nigdy by nas nie zostawiła – mówiły córki w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” w 2016 roku .

Córki podkreślały, że matka była z nimi silnie związana emocjonalnie . Ponadto Wanda nie zabrała dokumentów ani pieniędzy, a biwak – według rodziny – miał być jedynie kilkugodzinnym grillem, z którego planowała wrócić do domu tego samego wieczoru . Trudno zakładać, by bez przygotowania była w stanie ukrywać się przez lata przed organami ścigania, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Inne hipotezy – nieszczęśliwy wypadek, utonięcie, zabójstwo – również nie zostały potwierdzone.

W Kamieńcu Ząbkowickim, gdzie mieszkała rodzina Szeptunów, informacja o zaginięciu odbiła się głośnym echem. Mieszkańcy zaczęli snuć domysły .

Najszybciej pojawiło się oskarżenie wobec męża Wandy. Sąsiedzi sugerowali, że to Jacek Szeptun zabił żonę .

– Zaczęto wytykać go palcami – pisze portal Onet . Mężczyzna był dręczony głuchymi telefonami, wyzywany, a w pewnym momencie został pobity . Córki Wandy również spotkały się z ostracyzmem – były prześladowane w szkole tak bardzo, że przez pewien czas w ogóle nie uczęszczały na lekcje .

Nie znaleziono jednak żadnych dowodów obciążających mężczyznę. Nigdy nie postawiono mu zarzutów .

Po tych wydarzeniach życie rodziny Szeptunów legło w gruzach.

Mąż Wandy wyjechał z Polski do Niemiec . Podobną drogę wybrali wszyscy uczestnicy feralnego biwaku . Zadeklarowali, że nie utrzymują ze sobą kontaktu . Żaden z nich nie chce wypowiadać się na temat wydarzeń tamtej nocy .

Córki Wandy zostały w Polsce . Po osiągnięciu pełnoletności przejęły inicjatywę w poszukiwaniach .

W 2016 roku Patrycja i Klaudia – wtedy już dorosłe kobiety – wzięły udział w programie „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”, wracając nad Jezioro Nyskie po latach . Wynajęły łódź i ponownie przeszukały wysepki oraz trudno dostępne rejony jeziora .

Zaangażowały także fundację „Na Tropie” Janusza Szostaka . Bezskutecznie.

Zwracały się też do jasnowidzów. Krzysztof Jackowski stwierdził, że Wanda nie żyje, a jej zwłoki znajdują się w trzcinach nieopodal miejsca obozowiska . Inny jasnowidz przedstawił wizję, według której Wanda padła ofiarą dwóch napastników, została zgwałcona i uduszona, a ciało porzucono w starej studzience kilkanaście kilometrów dalej .

Żadnej z tych wizji nie udało się potwierdzić .

Wanda Szeptun nadal figuruje w policyjnej bazie osób zaginionych . Jej sprawa pozostaje otwarta, ale śledztwo utknęło w martwym punkcie . Z uwagi na brak jednoznacznych dowodów potwierdzających udział osób trzecich, policja prowadzi jedynie poszukiwania, a nie formalne śledztwo w sprawie zabójstwa .

Sprawa Wandy Szeptun należy do najbardziej tajemniczych niewyjaśnionych zaginięć w Polsce. Kobieta zniknęła dosłownie w ciągu kilku minut, będąc w niewielkiej odległości od grupy znajomych, a mimo szeroko zakrojonych poszukiwań nie odnaleziono po niej żadnego pewnego śladu.

Nad Jeziorem Nyskim czas płynie swoim rytmem. Drzewa przy brzegu wciąż szumią, trzciny kołyszą się na wietrze, a woda obmywa brzeg. Miejscowi wiedzą, że nie ma tam spokoju, który pamiętają z tamtej wiosny. Coś pękło, gdy Wanda Szeptun ostatni raz spojrzała na ognisko i weszła w ciemność.

Jej córki wciąż czekają . Córki wciąż mają nadzieję.

Bo choć minęło siedemnaście lat, w ich sercach jedno pytanie pozostaje otwarte: Gdzie jest mama?