Władimir Winniczewski: skazany na karę śmierci

Gdy 24 października 1939 roku trzech kursantów szkoły milicyjnej w Swierdłowsku dostrzegło podejrzanego nastolatka w lesie, nie spodziewali się, że zatrzymują najmłodszego seryjnego mordercę w historii Związku Radzieckiego.

Władimir Winniczewski, który chwilę wcześniej trzymał ręce na szyi trzyletniego Wiaczesława Wołkowa, na widok mundurów rozpłakał się jak małe dziecko – i ze strachu zrobił pod siebie. Tego samego wieczoru, gdy przesłuchiwany w milicyjnym areszcie szczegółowo opisywał, jak po raz pierwszy wbił nóż w czaszkę trzyletniej Gerty Gribanowej, jego matka nakrywała do stołu w rodzinnym domu przy ulicy Pierwomajskiej 21 – zaledwie kilkaset metrów od miejsca tamtej zbrodni.

Nikt nie chciał uwierzyć, że to on. Ani sąsiedzi, którzy widzieli w nim tylko nieśmiałego, często chorującego chłopca. A także rodzice, którzy wychowali go w dostatku, kupili mu pianino i rower, zapewnili prywatny pokój, gdy rówieśnicy gnieździli się w komunalkach. Ani matka, która jeszcze na procesie błagała sędziów o litość: „On nie mógł tego zrobić sam, on kochał zwierzęta, on był dobrym dzieckiem”.

Tymczasem śledczy mieli przed sobą zeznania, od których cierpła skóra. Winniczewski opowiadał o zbrodniach z beznamiętnym spokojem człowieka, który opisuje codzienne obowiązki. Mówił, jak wabił dzieci cukierkami i obietnicą przejażdżki tramwajem. Jak prowadził je w odludne miejsca – do ogrodów, stodół, lasów. Jak dusił je, a gdy przestawały oddychać, dobijał nożem, a potem gwałcił ich martwe ciała.

I za każdym razem, gdy kończył, wracał do domu na obiad.

Zapraszamy do lektury reportażu o najmłodszym seryjnym zabójcy w dziejach Związku Radzieckiego

Sierpień 1938 roku, Swierdłowsk. Czteroletnia Nina Pleszczewa bawi się przed domem, gdy podchodzi do niej starszy chłopiec. Pyta, gdzie jest toaleta. Dziewczynka ufnie prowadzi go do wychodka. To, co wydarzyło się potem, wstrząsnęło całą rodziną – matka znalazła córkę nieprzytomną w skrzyni ze słomą, ze śladami uduszenia na szyi. Wezwany lekarz uznał jednak, że dziecko… ugryzła krowa .

Rodzina nie zgłosiła sprawy na milicję. I nikt wtedy nie wiedział, że to był dopiero początek koszmaru, który na rok sparaliżuje cały Swierdłowsk. Sprawcą okazał się bowiem zaledwie 15-letni uczeń siódmej klasy, Władimir Winniczewski – dziś uznawany za najmłodszego seryjnego mordercę w historii ZSRR .

Władimir urodził się 8 czerwca 1923 roku w zamożnej rodzinie. Ojciec, były funkcjonariusz Czeka, pracował w drukarni „Uralskij Raboczij”, matka była księgową . Mieszkali we własnym domu w centrum miasta, naprzeciwko domu swojej pierwszej ofiary .

Jednak chłopiec od najmłodszych lat zmagał się z problemami. Jąkał się, miał zauważalną asymetrię twarzy, był chorowity – przechodził trzykrotnie zapalenie płuc, krztusiec, odrę i zapalenie wyrostka robaczkowego . Matka zeznawała później przed śledczymi: „Był cichy, nietowarzyski, zamkięty w sobie.  Taki był od wczesnego dzieciństwa. Bardzo skryty, małomówny, nigdy o niczym nie opowiadał” .

W szkole był pośmiewiskiem, często bity przez rówieśników, którzy wiedzieli, że nie będzie się bronił. Nie miał przyjaciół – poza jednym wyjątkiem. Gdy po roku powtarzania klasy przeniesiono go do innej szkoły, zaprzyjaźnił się z młodszym chłopcem o rzadkim imieniu Eryk. Eryk Nieizwiestny – przyszły światowej sławy rzeźbiarz. W swoich zeznaniach Nieizwiestny wspominał dziwną cechę przyjaciela: gdy koledzy rozmawiali o dziewczynach, Winniczewski reagował z odrazą. Mówił, że stosunków płciowych nie lubi i nigdy nie będzie uprawiał .

W domu panował surowy reżim. Gdy matka znalazła u 12-letniego Władimira listy miłosne od dziewczyn, udzieliła mu ostrej reprymendy . Ojciec z kolei stale ostrzegał syna przed chorobami wenerycznymi, zabraniając kontaktów z płcią przeciwną .

Do pierwszego zabójstwa doszło 12 lipca 1938 roku. Trzyletnia Gerta Gribanowa bawiła się na podwórku przy ulicy Pierwomajskiej – zaledwie kilka domów od mieszkania Winniczewskiego . Za dziewczynką miał tego dnia opiekować się dziadek, ale skupił się na starszej siostrze, która wracała od dentysty z gorączką.

Winniczewski podszedł do Gerty, którą znała z osiedla, i zaproponował spacer do ogrodu. Dziewczynka ufnie podała mu rękę. W ogrodzie zaczął ją dusić, a gdy przestała oddychać, kilkukrotnie uderzył nożem w głowę z taką siłą, że ostrze złamało się i utkwiło w czaszce . Następnie zgwałcił i częściowo poćwiartował ciało.

Ciało znaleziono następnego dnia. Wśród gapiów, którzy przyszli patrzeć, jak milicja wyciąga zwłoki, stał sam Winniczewski . Milicja początkowo aresztowała dziadka dziewczynki oraz dwóch sąsiadów – standardowa procedura, bo zwykle dzieci zabijają bliscy .

Przez kolejne miesiące Winniczewski kontynuował zbrodnie, a milicja błądziła we mgle. Jego metoda była zawsze podobna: podchodził do małego dziecka, częstował cukierkami, obiecywał przejażdżkę tramwajem lub pokazanie czegoś ciekawego, po czym prowadził do odludnego miejsca .

W grudniu 1938 roku zaatakował dwuletniego Borysa Titowa. Chłopiec był pod opieką starszego brata, ale ten na chwilę się rozproszył. Winniczewski porwał dziecko, wyniósł je w głąb podwórka i zaczął dusić. Gdy usłyszał nadchodzących ludzi, zostawił malca w zaspie śnieżnej, gdzie znalazł go przypadkowy milicjant .

W styczniu 1939 roku, podczas wyjazdu do Kuszwy na leczenie jąkania, zaatakował kolejne dziecko – udusił je i wrzucił do wychodka, uznając, że smród zamaskuje zapach rozkładu . Ten element stał się później charakterystycznym rysem jego zbrodni.

Najbardziej wstrząsający był atak z maja 1939 roku. Winniczewski znalazł czteroletnią Raję Rachmatullinę, która czekała pod domem na matkę. Zaprowadził ją do lasu, gdzie nożem rozciął jej brzuch i twarz. Dziewczynka przeżyła, ale została trwale oszpecona .

W lipcu 1939 roku trzechletnia Margarita Chanzyna nie miała tyle szczęścia. Winniczewski udusił ją, dźgnął nożem i zgwałcił. Ciało znaleziono kilka dni później .

Do jesieni 1939 roku na koncie Winniczewskiego było już co najmniej 18 napaści na dzieci w wieku od 1,5 do 4,5 roku. Osiem z nich zakończyło się śmiercią .

Milicja była bezradna. Sprawca działał w różnych rejonach miasta, zmieniał modus operandi, a jedyni świadkowie – małe dzieci – nie potrafili opisać napastnika. Co gorsza, rodzice ofiar, które przeżyły, często nie zgłaszali sprawy .

Szef milicji obwodu swierdłowskiego Aleksandr Urusow podjął decyzję bez precedensu. Na ulice Swierdłowska skierowano półtora tysiąca funkcjonariuszy i kursantów szkoły milicyjnej . Każdy z nich miał obserwować podejrzanie wyglądających dorosłych z dziećmi, ale instrukcja była jasna: nie interweniować, dopóki sprawca nie zacznie popełniać przestępstwa. Ryzyko było ogromne – każda sekunda zwłoki mogła kosztować życie kolejnego dziecka .

24 października 1939 roku Winniczewski wyruszył „po cukier” – taki pretekst podał matce. Na ulicy Kultury podszedł do trzyletniego Wiaczesława Wołkowa i jego starszej siostry . Powiedział dziewczynce, że matka ją woła. Gdy odeszła, zabrał chłopca do pobliskiego lasu.

Zauważył go kursant szkoły milicyjnej Iwan Popow. Wraz z dwoma kolegami ruszył za podejrzanym nastolatkiem. Kiedy go dogonili, Winniczewski siedział na dziecku i dusil je . Podczas zatrzymania 16-latek rozpłakał się, a ze strachu… zrobił pod siebie .

Gdy Winniczewski podał adres, śledczy oniemieli – Pierwomajska 21, czyli niemal naprzeciwko miejsca, gdzie zginęła jego pierwsza ofiara .

Następnego dnia w gazecie „Uralskij Raboczij” ukazał się komunikat: „Pracownicy milicji swierdłowskiej aresztowali bandytę-sadystę W.G. Winniczewskiego” . Miasto odetchnęło z ulgą.

W trakcie śledztwa Winniczewski szczegółowo opisał wszystkie zbrodnie. Zeznawał beznamiętnie, mówiąc, że czerpał przyjemność z duszenia dzieci i obserwowania ich cierpienia . „Pragnienie zabijania pojawiło się nagle” – tłumaczył śledczym .

Rodzice byli w szoku. Ojciec, Georgij Winniczewski, napisał do gazety:

„Przekonawszy się o jego potwornych zbrodniach, my jako rodzice wyrzekamy się takiego syna i żądamy zastosowania wobec niego najwyższej kary – rozstrzelania” .

Matka natomiast do końca broniła syna – twierdziła, że jest chory psychicznie po urazie głowy z dzieciństwa i że musiał mieć dorosłego wspólnika .

Proces trwał zaledwie jeden dzień. Winniczewski, mający wówczas 16 lat, był przekonany, że uniknie kary śmierci – radzieckie prawo przewidywało dla nieletnich maksymalnie 15 lat więzienia . Jednak prokuratura przekwalifikowała zarzuty z zabójstwa na „bandytyzm”, co otworzyło drogę do najwyższego wymiaru kary .

Adwokat złożył wniosek o badania psychiatryczne. Winniczewskiego wysłano do Moskiewskiego Instytutu im. Serbskiego, gdzie uznano go za poczytalnego . W akcie oskarżenia czytamy: „Władimir Georgijewicz Winniczewski ma zostać rozstrzelany” .

Skazany napisał wówczas do sądu list z prośbą o ułaskawienie:

„Mam obecnie 16 lat. Jestem jeszcze nieletni. Moje lata są przede mną. Nie zdawałem sobie sprawy, co mnie czeka. Wyślijcie mnie do najodleglejszej kolonii. Będę uczciwie pracował dla Kraju Radzieckiego” .

Nie pomogło. 11 listopada 1940 roku, mając 17 lat, Władimir Winniczewski został rozstrzelany . Do dziś pozostaje najmłodszym seryjnym zabójcą w historii Związku Radzieckiego.

Sprawa Winniczewskiego do dziś budzi kontrowersje wśród historyków kryminalistyki. Zbyt wiele elementów się nie zgadza.

Po pierwsze, świadkowie niektórych porwań opisali… kobietę. Dwie niezależne osoby widziały tego samego dnia, jak wyzywająco ubrana dama wyprowadza dziecko, które później znaleziono martwe . Na ciele jednej z ofiar znaleziono odcisk podeszwy w rozmiarze 35 – nogi Winniczewskiego były znacznie większe .

Po drugie, na ubraniach Winniczewskiego nie znaleziono śladów krwi – mimo że według jego zeznań miał rozcinać ciała ofiar . Złamany nóż znaleziony w czaszce Gerty Gribanowej nie pasował do noża, który okazał śledczym .

Po trzecie, część ciał znajdowano wiele kilometrów od miejsca porwania – czy 16-letni chłopiec był w stanie samodzielnie przenieść ciało dziecka na taką odległość? .

Część badaczy, w tym autor książki „Uralski Potwór” Aleksiej Rakitin, sugeruje, że Winniczewski był członkiem szerszej grupy, a być może nawet padł ofiarą wymuszonych zeznań . Matka chłopca do końca twierdziła, że miał wspólnika, a śledczy po prostu zamknęli sprawę najłatwiejszym możliwym sposobem .

Prawdopodobnie nigdy nie poznamy całej prawdy o „Uralskim Potworze”. Czy był samotnym, zboczonym nastolatkiem, czy tylko trybikiem w większej, mrocznej układance? Jedno jest pewne – jego zbrodnie na zawsze zapisały się w historii kryminalistyki jako przerażający przykład tego, jak cicho i niewinnie może czaić się zło.

Fot. Źródło: wikipedia.org