Wojna zgorzelecka to termin określający mafijne porachunki i brutalne konflikty między zorganizowanymi grupami przestępczymi na południowo-zachodnim Dolnym Śląsku, szczególnie w latach 90. XX wieku. Wojna ta, toczona między grupami takimi jak ta kierowana przez gangstera o pseudonimie „Lelek” a grupą „Carringtona” (rezydenta gangu pruszkowskiego na tym obszarze), obejmowała zabójstwa, porwania i inne przestępstwa, które miały miejsce w okolicach Zgorzelca i innych miejscowości regionu.
Zgorzelec – miasto na pograniczu, przecięte Nysą Łużycką, jeszcze w latach 90. było świadkiem wydarzeń, które lokalni mieszkańcy do dziś wspominają z niepokojem. W cieniu wielkich przemian politycznych i gospodarczych, gdy Polska i Niemcy budowały nową rzeczywistość po upadku żelaznej kurtyny, tutaj rozgorzał konflikt, który prasa ochrzciła mianem „wojny zgorzeleckiej”.
Nie była to wojna w klasycznym znaczeniu – nie walczyły ze sobą regularne armie, nie ogłoszono stanu wyjątkowego. Była to wojna uliczna: o wpływy, o pieniądze, o władzę nad przemytem i handlem. Po jednej stronie granicy – polskie grupy przestępcze, po drugiej – niemieckie, a pomiędzy nimi korytarz szmuglu alkoholu, papierosów, a z czasem także narkotyków i kradzionych samochodów. Granica, która jeszcze niedawno dzieliła dwa wrogie bloki polityczne, stała się przestrzenią brutalnych porachunków.
W Zgorzelcu i sąsiednim Görlitz rozległy się strzały, dochodziło do podpaleń i wymuszania haraczy, a lokalni przedsiębiorcy często znajdowali się w samym centrum mafijnych rozgrywek. Policja i służby graniczne długo nie nadążały za eskalacją konfliktu, a mieszkańcy żyli w strachu, że któregoś dnia wojna, toczona do tej pory głównie nocą, przeniesie się na ich ulice i place targowe.
Wojna zgorzelecka: jak to się zaczęło
To opowieść o tamtych latach – o brutalnych metodach, które sprawiły, że prowincjonalne pograniczne miasto stało się na chwilę jedną z najbardziej niebezpiecznych stref w Polsce końca XX wieku.
„Wojna zgorzelecka”, według oficjalnej wersji, pochłonęła co najmniej kilkanaście ofiar. W praktyce było ich dużo więcej – tym bardziej, że tylko w dwóch strzelaninach śmierć poniosło 9 osób i w tych przypadkach wszystkich udało się zidentyfikować.
– Trupów było około 30, a o 26 wiem na pewno – tłumaczył świadek koronny Dariusz Z.
Za sprawą mediów w latach 90. ubiegłego stulecia na hasło „polska mafia” większość myślała o gangach pruszkowskim i wołomińskim. Tymczasem w ich cieniu, z dala od stolicy, siłą i brutalnością milionowe interesy budowali inni gangsterzy. Tak było choćby na Dolnym Śląsku, w okolicach Zgorzelca i polsko-niemieckiego pogranicza. Masowo przemycano tam spirytus, wart tyle, że wystarczyła błahostka, by dotychczasowi kompani stali się wrogami na śmierć i życie. Tak wybuchła „wojna zgorzelecka” pomiędzy grupami Zbigniewa M. ps. Carrington i Jacka B. ps. Lelek.
Wojna zgorzelecka: główne postacie dramatu
Ich konflikt pochłonął kilkadziesiąt ludzkich istnień. Części ofiar porachunków do dziś nie odnaleziono – wciąż figurują w policyjnych bazach jako osoby zaginione. W 2019 roku kulisy tych wydarzeń w rozmowie ze mną ujawnił Dariusz Z. – świadek koronny, który pogrążył gang „Carringtona”.
Jego relacje znajdują teraz namacalne potwierdzenie – przeszło ćwierć wieku od serii gangsterskich zabójstw na pograniczu polsko-niemieckim część spraw dociera do finału. Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego Policji mieli ujawnić zwłoki co najmniej jednej ofiary przestępczej egzekucji. Wiedzą też, gdzie mogą trafić na kolejne ciała. W śledztwie pojawił się nowy, obok Dariusza Z., „duży” świadek koronny i kilku małych. Pod zarzutem zabójstwa do aresztu trafił m.in. Ryszard M. ps. Azja – brat „Carringtona” czy Sebastian K. ps. Ryży – bohater jednej ze strzelanin w Jeleniej Górze. Samobójstwo przy próbie zatrzymania przez kontrterrorystów popełnił zaś Jacek B. ps. Lelek.
Zacznijmy jednak od początku.
Woja zgorzelecka: Korporacja przemytnicza
Zbigniew M. ps. Carrington (noszący faktycznie inne nazwisko niż to powtarzane w mediach) urodził się w 1966 roku. Mieszkał w Zawidowie pod Zgorzelcem na Dolnym Śląsku – nieopodal niemieckiej granicy. Ukończył zasadniczą szkołę zawodową, a później założył kilka firm transportowych, z których, co ciekawe, część pozostaje zarejestrowana do dzisiaj.
Zbigniew M. razem z bratem, Ryszardem, zaczynał od drobnych zleceń na przemyt papierosów przez Nysę Łużycką. Około 1995 roku mieli już stworzyć własny gang, skupiający się z czasem na przemycie spirytusu, głównie z Niemiec i Włoch. W skład grupy weszli m.in. brat „Carringtona”, Ryszard M. ps. Azja (pseudonim nawiązuje do bohatera literackiego noszącego bardzo podobne nazwisko do braci M.), Jacek B. ps. Lelek, Jarosław J. ps. Jakubek czy Dariusz P. ps. Pomyk (pseudonim od nazwiska, nie „Płomyk”, jak pisały wówczas gazety).
„Carrington” miał wyrastać na rezydenta mafii pruszkowskiej na tamtych terenach, o czym wspominano w programie dokumentalnym „Alfabet mafii” telewizji TVN z 2004 roku. To nie do końca prawda. „Carrington” nie miał zbyt wiele wspólnego z grupą pruszkowską. Bliżej, choćby przy okazji handlu narkotykami, było mu do konkurencji Pruszkowa, czyli gangu ząbkowsko-praskiego, któremu szefować mieli bracia Henryk N. ps. Dziad i Wiesław N. ps. Wariat, czy do często mylonego z nimi gangu wołomińskiego – z Ludwikiem A. ps. Lutek i Marianem K. ps. Klepak na czele.
„Carrington”, który na co dzień nie dopuszczał do siebie zbyt wielu osób i tworzył swoją strukturę jako bardzo hermetyczną, dość bliskie relacje jak na siebie utrzymywał z łódzką „ośmiornicą”, do której trafiał niemal cały przemycany alkohol. Ludzie Zbigniewa M. mieli też kontakty z poznańskim gangiem Zbigniewa B. ps. Orzech – to u nich swego czasu przed atakiem ze strony „Lelka” miał schronić się Dariusz Z., późniejszy świadek koronny.
Doskonały przemysł
Przemyt spirytusu był bardzo dobrze zorganizowany. Wykorzystywano do tego celu m.in. most techniczny w Sękowicach pod Gubinem. Za dnia budowano tam terminal graniczny, a nocą przemycano spirytus. Gangsterzy korzystali z pomocy przekupionych celników, mieli skanery do podsłuchiwania pozostałych funkcjonariuszy służb.
Ciężarówki z trefnym towarem przejeżdżały do Polski co tydzień – nie pojedynczo, a po kilka na raz. Łapówka dla celnika za taki transport wynosiła około 50 tys. ówczesnych marek niemieckich. Była to zapłata za otwarcie granicy na czas przejazdu tirów – bez kontroli jakichkolwiek dokumentów i samego towaru. Dlatego wbrew temu, co sugerowało wiele reportaży, nie trzeba było barwić spirytusu na niebieski kolor, aby udawał płyn chłodniczy czy płyn do spryskiwaczy, a dalej w laboratoriach przywracać go do czystej postaci. Alkohol po prostu rozlewano do beczek i tak ładowano na ciężarówki, które wyruszały dalej w głąb kraju.
Wojna zgorzelecka Wszystko dla pieniędzy
Pewnego razu przemyt na własny rachunek chciał zorganizować wspomniany już Dariusz P. ps. Pomyk. Niestety, kierowca uszkodził jedną z maszyn na moście technicznym. Złe wieści dotarły do „Carringtona”. Był wściekły, bo jego człowiek chciał go oszukać, a w dodatku niemal doprowadził do wpadki całej grupy i upadku lukratywnego interesu. To zdarzenie, właśnie w połączeniu z kwestiami finansowymi, stało się przyczyną rozłamu w gangu. Trzeba dodać, że przemyt spirytusu był bardzo opłacalnym procederem. Według ustaleń śledczych, gang „Carringtona” miał przemycić 2 miliony litrów spirytusu, a Skarb Państwa nie otrzymał blisko 150 mln zł z tytułu niezapłaconych należności podatkowych.
– Ile tego spirytusu przemycono, tak naprawdę wie chyba tylko sam „Carrington”. On, jak miał dobry tydzień, to potrafił zarobić milion marek – twierdził w jednej z naszych rozmów świadek koronny Dariusz Z.
Lata 1997-1998, kiedy „Carrington” skonfliktował się z „Lelkiem”, a szczególnie okres od wiosny 1998 roku, był bez wątpienia czasem najbardziej dochodowym dla nich obu, ale i najbardziej brutalnym – dlatego nazwano go „wojną zgorzelecką”. Wcześniej, już w 1997 roku, wiele osób w Zgorzelcu zaginęło. Dwa razy próbowano pozbyć się też „Carringtona”. Po wybuchu bomby ukrytej pod kratkę przed wejściem do klatki schodowej w bloku, w którym mieszkał, twarz Zbigniewa M. pokryły blizny, które da się zauważyć u niego nawet dziś.
Śmierć z byle powodu
W gangu „Carringtona” do rozwiązania każdego, nawet najmniejszego problemu, wykorzystywano tę samą metodę – zabójstwo. Najmniejszego, to znaczy nawet tak nieistotnego, jak sfaulowanie szefa podczas gry w koszykówkę. Zdarzało się też, że ktoś ginął przez pomyłkę, nie będąc wcale stroną konfliktu „Lelka” i „Carringtona”. Tak było chociażby we wrześniu 1998 roku, kiedy na drodze z Leśnej do Bożkowic Valerian K. ps. Kim, myśląc, że jest śledzony, zastrzelił pięciu mężczyzn.
Ofiary gangsterskich porachunków zwykle zakopywano potem w lasach, zasypując kilkoma workami wapna. Niekiedy też ciała mielono. Te metody okazały się niezwykle skuteczne – wielu zwłok wciąż nie odnaleziono, a ofiary nadal figurują w policyjnych bazach jako zaginione. Powoli zaczyna się to zmieniać. Śledczy mają coraz większą wiedzę na temat tego, kto, kiedy i gdzie został zamordowany. W części przypadków mają nawet ustalone miejsce ukrycia zwłok, choć i to nie stanowi recepty na sukces. Raz bowiem to ogromny obszar leśny, innym razem miejsce, w którym od lat znajduje się już autostrada, a jeszcze kolejnym filar mostu z zabetonowanymi zwłokami – bez możliwości ich wydobycia do czasu zburzenia mostu i wybudowania nowego.
„Wojna zgorzelecka”, według oficjalnej wersji, pochłonęła co najmniej kilkanaście ofiar. W praktyce było ich dużo więcej – tym bardziej, że tylko w dwóch strzelaninach śmierć poniosło 9 osób i w tych przypadkach wszystkich udało się zidentyfikować.
– Trupów było około 30, a o 26 wiem na pewno – tłumaczył świadek koronny Dariusz Z…
Chcesz poznać szczegóły tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 12/2024 (tekst Patryka Szulca pt. Gangsterska wojna zgorzelecka). Cały numer do kupienia TUTAJ.