Zabił, bo obawiał się rozwodu…

Kiedy przez kilka miesięcy pracował na budowie za granicą, tylko dzięki własnej matce mieszkającej po sąsiedzku wiedział o postępującej degrengoladzie swojego małżeństwa. Alicja, jego żona, ukrywała przed nim, że najstarsze córki zeszły na złą drogę. To ich seksualne rozwydrzenie biło po oczach – wystarczyło spojrzeć, jak się za zgodą matki ubierały: króciutkie szorty albo obcisłe leginsy, bluzki z dekoltem, na ramionach tatuaże wskazujące, że należą do jakiejś szatańskiej sekty.

Wrócił do Polski, aby zrobić z tym wszystkim porządek. Przede wszystkim ustanowił kodeks kar. Jedno nieposłuszeństwo – jeden posiłek mniej (zazwyczaj śniadanie). Dwie niesubordynacje i delikwent nie zje śniadania oraz obiadu itd. Zdarzały się też restrykcje specjalne. Na przykład, gdy 7-letni Władek podebrał matce z portmonetki kilka złotych na cukierki, przez tydzień dostawał tylko suchy chleb i wodę. To była kara numer 2, bo wcześniejsza, z numerem 1, polegała na tym, że kazał synowi położyć złodziejską rękę na pieńku do rąbania drewna i strasząc odcięciem, wbił ostrze siekiery tuż obok palców dziecka.

Osiągnął to, o co mu chodziło. Ledwo przekraczał próg domu, dzieci kryły się po kątach. Alicja od razu zasłaniała twarz przed uderzeniem „z liścia”. A 10-letnia Ela jeśli coś jadła, nie była w stanie przełknąć. Bali się go – to była jego satysfakcja po poniewieraniu nim w pracy. Przynajmniej w domu był panem. 

Eugeniusz B. poznał przyszłą żonę w czasie pielgrzymki na Jasną Górę. Po ślubie przeprowadziła się do miasta, skąd pochodził mąż. Przez kilka lat mieszkała u teściów, potem w domu zbudowanym przez Eugeniusza, z zawodu budowlańca. Z teściami łączyło ich wspólne podwórko.

W 2011 roku Eugeniusz B. stracił pracę za granicą, a jego własna firma budowlana po kilku miesiącach padła. Alicja utrzymywała rodzinę dekorując kościoły na uroczystości ślubne. Mąż nie lubił, gdy wychodziła na miasto. Podejrzewał, że szuka kontaktu z innymi mężczyznami. Awantury w domu były na porządku dziennym.

– Kiedy pod nieobecność zięcia przyjeżdżałam do córki, – zeznała rok później na procesie sądowym matka Alicji – zasłaniała okna, żeby nie widziała nas jej teściowa. Rozmawiałyśmy szeptem. Zięć nie pozwalał Ali do mnie telefonować, nie mogła mnie odwiedzać, bo twierdził, że pod tym pretekstem pójdzie na randkę. Stale oskarżał ją o prowokowanie mężczyzn, zdradę. Nie mogła założyć obcisłej sukni bez rękawów ani butów na wysokim obcasie. Kiedy ją pobił, przynosił Biblię i kazał żonie przeczytać na głos fragment z listu do Koryntian o posłuszeństwie kobiety wobec swego mężczyzny.

– W domu była nazywaną kur…, po imieniu zwracał się do niej tylko przy obcych – zeznała przed sądem przyjaciółka Alicji. – Szła z nim do łóżka dla świętego spokoju, żeby chociaż wieczorem obyło się bez awantur i dzieci mogły zasnąć. Jeśli nie chciała współżyć, groził pobiciem, krzyczał, że to jej obowiązek, skoro wzięła ślub kościelny. Rzucał w nią, czym popadnie. Kiedyś w takiej sytuacji połamał krzesło.

Stale była podejrzewana o zdradę. Nigdy go nie zdradziła, z obcymi mężczyznami rozmawiała tylko na Gadu-Gadu, a to dlatego, że w domu czuła się jak w więzieniu. Podczas nieobecności męża, pilnowała ją teściowa, rozliczała z każdej minuty. Do sklepu musiała biec, bo ona patrzyła na zegarek i wszystko zapisywała w zeszycie, który prowadziła dla syna.

Raz urwała się z tego łańcucha; uciekła z dziećmi do swojej matki. Przed sądem opowiedziała o tym siostra Alicji:

– W rodzinnym domu było serdecznie, ale ciasno, bez szans na osobny pokój. Kiedy więc mąż błagał żonę o powrót i obiecywał poprawę, chwyciła się tej ostatniej deski ratunku. Ledwo się rozpakowała, usłyszała warunki: żadnego dostępu do internetu, żadnych wizyt jej matki w tym domu, a dzieci powinny się więcej modlić. Od tej pory mogły słuchać tylko Radia Maryja.

Do obowiązkowej ich obecności na porannej mszy przed lekcjami, doszło codzienne odmawianie o godzinie 15 różańca w kapliczce, którą Eugeniusz B., założyciel koła miłośników Rydzykowej rozgłośni, zbudował na swoim podwórku. Jeśli dzieci miały o tej godzinie jeszcze lekcje, musiały je opuścić.

Dziewczynki, budzone codziennie o 5 rano, bo trzeba iść do kościoła, usypiały na lekcjach. Zainteresowała się tym ich wychowawczyni. Już wcześniej podejrzewała przemoc w tej rodzinie. Nabrała pewności po przeczytaniu odpowiedzi uczniów w anonimowej ankiecie, którą rozdała dzieciom. Nie miała problemu z rozszyfrowaniem, kto się krył za dramatyczną relacją. Poprosiła siostry B., aby zostały po lekcjach. Dziewczynki wyznały jej w tajemnicy, że mamie nie wolno wyjść bez konkretnego powodu na miasto, bo tata zaraz robi awanturę, oskarża ją, że idzie do kochanka. Nawet, gdy chciała dekorować kościół na uroczystość ślubną, mąż jej zabronił, bo mogłaby go zdradzić z księdzem. Opowiedziały też, jak ojciec się do nich odnosi. Twierdził, że wyrastają na kur…, bo noszą krótkie spódnice. Zgubnym wzorem kokieterii miała być matka.

– Tata oskarża mamę o złe prowadzenie, a to nieprawda – przekonywały uczennice – ona od dnia ślubu nie była u fryzjera ani u kosmetyczki.

– Nie mogłam nie zareagować widząc, co dzieje się w tej rodzinie – rok później zeznała nauczycielka w sądzie. – Poprosiłam panią Alicję do szkoły, rzekomo w sprawie nauki dzieci. Kobieta była już tak udręczona, że po raz pierwszy nie zaprzeczała moim sugestiom. Cały czas płakała.

Nauczycielka namówiła kobietę, aby wyprowadziła się od męża do Ośrodka dla Ofiar Przemocy Rodzinnej. Miejsce dla niej było już zaklepane, pomogła matka Alicji. Ona też już była u kresu wytrzymałości, widząc cierpienie córki. Znęcanie się zięcia trwało przecież 16 lat.

Termin wyprowadzki przyspieszył się, gdy Eugeniusz zawiadomił żonę, że wkrótce w kościele będzie odnowienie ich przysięgi małżeńskiej i jeśli się nie stawi, boleśnie odczuje, gdzie jest jej miejsce.

– Pani Alicja nie lekceważyła tych pogróżek – zeznała w sądzie nauczycielka. – Chciała uciec do ośrodka przed ową niedzielą. Mówiła mi, że musi ratować zwłaszcza Władzia, bo stał się nadpobudliwy, moczy się w nocy. Zresztą, wszystkie dzieci tego małżeństwa były na granicy wytrzymałości psychicznej.

35-letnia Alicja B. wyprowadzała się z domu cichcem – najbardziej potrzebne rzeczy spakowała w worek, który ukryła na strychu. W odpowiedniej chwili zbiegła z nim do podstawionego samochodu, w którym były już dzieci. Wychowawczyni wiedziała, że tego dnia nie przyjdą do szkoły i gdyby pojawił się pan B., ma odpowiedzieć, że nie zna przyczyny nieobecności uczniów.

W ośrodku nieśmiała z natury kobieta, z dnia na dzień, utwierdzała się w przekonaniu, że musi oskarżyć męża o znęcanie się. Miała ogromne wyrzuty sumienia, że nie stanęła w obronie dzieci, maltretowanych przez ich ojca. I nie poszła do lekarza po obdukcję, kiedy zbił ją, gdy była w ostatniej ciąży. Wolała schodzić mężowi z drogi.

Podczas przesłuchania w prokuraturze Alicja B. opowiedziała, jak wyglądało jej pożycie małżeńskie: dom zamienił się w katownię a ona nie widziała dla siebie i dzieci ratunku. Kiedy w końcu zdecydowała się na niebieską kartę, zakolegowany z jej mężem policjant postraszył, że dzieci zabiorą do sierocińca, skoro nie potrafi uzgodnić z mężem jednej linii wychowawczej.

Chcesz poznać ciąg dalszy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 5/2025 (tekst Heleny Kowalik pt. Zabiję, nie będzie wstydu). Cały numer do kupienia TUTAJ.