Odkąd rozstał się z dziewczyną i wrócił do Polski, nie był sobą. Nie znalazł stałego zatrudnienia, sięgał po alkohol, czasem i inne używki. Tę negatywną przemianę widziała jego rodzina. Jego matka chciała, by syn wyszedł na ludzi. Strofowała go, z czasem zaczęła mieć pretensje, że mężczyzna marnuje swoje życie. Pewnego dnia nie wytrzymał…
Bąków w powiecie stalowowolskim w województwie podkarpackim chyba nigdy nie widział podobnej tragedii. Miejscowość jest przysiółkiem większej wsi Brandwica, a cała jego populacja liczy około 200 mieszkańców. Wśród nich jest rodzina W. Małżeństwo z dwójką dzieci dzieliło posesję wraz z dziadkami, rodzicami Urszuli W. Młodsi mieszkali w murowanym domu, a starsi – 84-letnia Sylwia L. i 89-letni Stanisław L. w mniejszym, drewnianym budynku. Małżeństwo W. miało dwóch synów. Byli już dorośli. Jeden z nich – 29-letni Marek W. – 2 lata wcześniej wrócił z emigracji. Najpierw wyjechał do pracy do Niemiec, potem udał się na Islandię. Nie był tam sam – miał partnerkę, planowali razem przyszłość. Pracując za granicą, odkładali na budowę wspólnego domu w Polsce. Nie dane było im jednak zaznać szczęścia razem. Z czasem między młodymi zaczęło się psuć. W 2021 roku Marek W. stanął w drzwiach rodzinnego domu i poinformował bliskich, że wraca do kraju, sam. On i jego dziewczyna nie są już ze sobą.
Prowadził się coraz gorzej
Marek W. bardzo przeżył rozstanie. Nie chciał wyjawić krewnym powodu, ale widać było, że sytuacja bardzo go przygniotła. Był z wykształcenia budowlańcem i w takim charakterze pracował na emigracji, natomiast po powrocie do Polski nie potrafił sobie znaleźć stałego zatrudnienia. Imał się prac dorywczych. Zaczął też sięgać po alkohol. Na początku sporadycznie, ale z czasem coraz częściej. Nie obce były mu także inne używki.
Jego rodzice z zatroskaniem patrzyli na to, co się dzieje z synem. Urszula W. nie mogła się pogodzić z tym, że syn się stacza. Początkowo czyniła mu tylko drobne uwagi na temat jego trybu życia, ale z czasem, coraz bardziej sfrustrowana, zaczęła zwracać się do niego ostrzej. Nierzadko dochodziło na tym tle do coraz większych kłótni. Awantury wybuchały również wtedy, gdy rodzice odmawiali Markowi pieniędzy. Mężczyzna potrzebował od nich gotówki, by móc kupić sobie papierosy czy alkohol. Dwukrotnie, gdy ojciec sprzeciwił się jego żądaniom, dostał od syna pięścią w twarz. Podczas kolejnej sprzeczki wściekły Marek W. zepchnął Urszulę ze schodów.
Dla państwa W. to było już za wiele. Miarka się przebrała i postanowili wtedy wezwać policję. Przybyli na miejsce funkcjonariusze doradzili im, by założyć synowi, jako sprawcy przemocy domowej, Niebieską Kartę. Tak też się stało. Dodatkowo Marek W. usłyszał zarzuty napaści i trafił przed sąd, gdzie dostał wyrok skazujący.
Krwawa jatka
Na niewiele to się jednak zdało. Nauczka nie podziałała. Marek ani nie przestał pić, ani nie znalazł stałej pracy. 29 kwietnia 2023 roku, rankiem, udał się do lombardu. Nie miał pieniędzy, a musiał się napić. Był za to w posiadaniu dalmierza laserowego, który postanowił zastawić. Dostał za to 70 zł. Pieniądze przeznaczył oczywiście na alkohol. Mocno się wtedy wstawił.
Tego samego dnia jego ojciec, młodszy brat i jego dziewczyna, pojechali do Krakowa, by kupić auto. Być może to ich uratowało przed śmiercią, bo gdy wieczorem zajechali na posesję, zastany tam widok zmroził im krew w żyłach. Przed domem, twarzą do ziemi, leżała Urszula W. Nie dawała oznak życia. Jej mąż podbiegł do niej i zaczął krzyczeć w emocjach:
– Ula, Uleńka… Odezwij się – błagał Tomasz.
W tym czasie jego syn dzwonił po pogotowie i policję. W pewnym momencie któreś z nich słusznie zapytało:
– A co z dziadkami?
Co zrozumiałe, należało sprawdzić, czy ich także nie dopadł napastnik, a jako że mieszkali w osobnym domu, ich sytuacja nie była znana. Ojciec i syn nie wiedzieli jednak, gdzie ukrywa się napastnik, a było prawdopodobieństwo, że może właśnie tam.
– Co jeśli on nadal tam jest? W ich domu.
Po krótkiej naradzie uznali, że lepiej nie ryzykować i poczekać na służby, zwłaszcza że w oddali słychać już było policyjne syreny.
Zabił matkę
Ratownicy medyczni natychmiast przystąpili do działania, ale nie mogli wiele zrobić dla Urszuli. Kobieta nie żyła. Leżała twarzą skierowaną ku ziemi i widać było, że napastnik zadał jej jakimś narzędziem kilka silnych ciosów w głowę. Kiedy później pojawiły się w mediach pierwsze doniesienia o tragedii w Bąkowie, dziennikarze informowali, że zabójca odrąbał kobiecie głowę. Prawda była drastyczna, ale nie aż tak.
W tym samym czasie policjanci weszli do domu Sylwii i Stanisława. Napastnika wprawdzie tam nie było, ale już po chwili okazało się, że nie oszczędził on starszych państwa. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że zaatakował ich tym samym narzędziem, co Urszulę W. Seniorzy dawali oznaki życia, ale byli w bardzo złym stanie. Szybko zorganizowano ich transport do szpitali. Sylwia L. trafiła do placówki w Nisku, a jej mąż Stanisław L.
do Stalowej Woli. Obrażenia odniesione przez 84-latkę były tak poważne, że mimo starań, lekarzom nie udało się uratować jej życia. Natomiast jej mąż trafił na stół operacyjny. Po zakończeniu zabiegu, w stanie krytycznym, przebywał na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii.
Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 1/2026 (tekst Leny Figurskiej pt. Żałuję, że zabiłem Mamę). Cały numer do kupienia TUTAJ.