Zabójca z pikiety. Pod tym kryptonimem kryje się jedna z największych zagadek kryminalnych PRL-u. Siedem ofiar. Jeden ślad – tatuaże na palcach. I mężczyzna, który przedstawiał się tylko jako Roman. Potem wszystko ucichło. Bez pościgu, bez wyroku, bez nazwiska. Dziś, po przedawnieniu ostatniej zbrodni, morderca z pikiety wciąż jest jednym z największych widm w historii polskiej kryminalistyki. Kim był? Dlaczego przestał zabijać? I czy wciąż żyje między nami? Poniżej 100 faktów, które układają tę sprawę w porażającą całość. Czytaj, jeśli jesteś gotowy na prawdę, która wciąż nie ma końca.
- Pierwsza ofiara zginęła we własnym mieszkaniu.
– Stefan W., 37 lat, został znaleziony 27 września 1988 roku przy ul. Grabowej. Był skrępowany kablem od telewizora, a w jego klatce piersiowej tkwił nóż kuchenny z jego własnej szuflady. Śledczy do dziś zastanawiają się, dlaczego sprawca nie przyniósł własnego narzędzia. Okazało się, że Stefan zaprosił do siebie mężczyznę poznanego na pikiecie przy dworcu Łódź Fabryczna. To był początek czegoś, co milicja na początku w ogóle nie chciała łączyć w serię. - Wszystkie ofiary były homoseksualne, ale żadna nie była „typem ofiary z przypadku”.
– Każdy z mężczyzn świadomie poszedł na ryzyko, zapraszając nieznajomego do domu. W tamtych latach środowisko LGBTQ+ w Łodzi było bardzo zamknięte, a pikiety stanowiły jedyne miejsca socjalizacji. Ofiary miały świadomość, że mogą trafić na złodzieja, ale nie spodziewały się brutalnej śmierci. Sprawca doskonale wykorzystywał ich samotność i pragnienie bliskości. Po latach psychologowie mówią wprost: to była egzekucja podszyta fałszywą intymnością. - Jacek C., druga ofiara, zdążył wypowiedzieć ostatnie słowa.
– 30 lipca 1989 roku sąsiedzi usłyszeli awanturę z mieszkania 40-letniego przewodnika PTTK. Kiedy wezwana milicja weszła do środka, Jacek jeszcze żył, ale miał przebity mostek nożem do chleba. Jego ostatnie zdanie brzmiało: „Zabił mnie Roman”. To był pierwszy raz, kiedy pojawiło się imię potencjalnego sprawcy. Niestety, Roman zniknął, zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać. Te słowa przez lata wisiały nad śledczymi jak fatum. - Zdzisław C. leżał martwy przez dziesięć dni, a nikt nie zareagował.
– 14 grudnia 1989 roku 36-letni robotnik zaginął, ale jego sąsiedzi początkowo myśleli, że wyjechał na urlop. Dopiero gdy zza drzwi zaczął wydobywać się odór gazu i rozkładających się tkanek, ktoś wezwał pomoc. Ciało Zdzisława było skatowane, a zwłoki znajdowały się w dziwnej pozycji, jakby sprawca próbował je ułożyć do snu. Ta makabryczna dbałość o szczegóły pojawiła się tylko przy tej ofierze. Ekipa dochodzeniowa odnotowała, że mieszkanie zostało ograbione z telewizora i magnetowidu. - Andrzej S. zginął w łazience, związany własnym szlafrokiem.
– 25 lutego 1990 roku 41-latek poszedł do łazienki po stosunku ze swoim gościem. Sprawca wszedł za nim i uderzył go tępym narzędziem, a potem związał paskiem od szaty. Ofiara nie krzyczała, bo była w szoku – to sugeruje, że nie spodziewała się ataku ze strony kogoś, z kim przed chwilą był intymny. W mieszkaniu znaleziono notatnik z listą numerów telefonów i pseudonimów. Milicja próbowała odtworzyć kontakty Andrzeja, ale większość osób zasłaniała się anonimowością. - Henryk K., lat 57, został uduszony ścierką kuchenną.
– Zdarzyło się to 28 lipca 1990 roku. Ciało znaleziono w pozycji embrionalnej na podłodze, a ścierka była tak mocno zaciśnięta, że wbito ją w skórę szyi. Sprawca nie tylko zabrał pieniądze, ale też wyniósł sprzęt audio i biżuterię. Sąsiedzi zeznali, że widzieli przy Henryku młodego, krępego blondyna. To właśnie przy tym zabójstwie po raz pierwszy sporządzono portret pamięciowy, ale nikt go nie kojarzył. - Jakub M. został okaleczony w sposób, którego śledczy nie chcieli ujawnić.
– 25 grudnia 1991 roku, w Boże Narodzenie, 30-latek został znaleziony w swoim mieszkaniu z ranami ciętymi na całym ciele. Był to jedyny przypadek, gdy sprawca posunął się do celowego oszpecenia ofiary po śmierci. Psycholog policyjny stwierdził, że mogła to być zemsta za odrzucenie lub próba zacierania śladów. Ta ofiara nie została zabita we własnym mieszkaniu, lecz w innym lokalu, co dodatkowo pogmatwało śledztwo. Do dziś nie wiadomo, gdzie dokładnie nastąpił atak. - Ostatnia ofiara, Kazimierz K., wepchnięto do własnej szafy.
– 11 lipca 1993 roku 62-letni emeryt przyjął w domu nieznajomego. Kiedy jego siostra nie mogła się dodzwonić przez trzy dni, wezwała policję. Funkcjonariusze znaleźli Kazimierza skrępowanego i wepchniętego głową w dół do ubraniówki. Mieszkanie było splądrowane, ale dziwnym trafem sprawca zostawił drobne pamiątki rodzinne. To zabójstwo przedawniło się w 2023 roku, co znaczy, że nawet jeśli Roman żyje, nie poniesie kary. - Żadna z ofiar nie była karana za homoseksualizm, ale bały się milicji.
– W czasach PRL „kontakty homoseksualne” były nielegalne (art. 141 kodeksu karnego). Większość ofiar miała więc wyrobioną niechęć do składania zeznań. Gdyby któraś z nich przeżyła spotkanie z Romanem, prawdopodobnie nie zgłosiłaby się na posterunek. To był główny paraliż śledztwa: środowisko bało się bardziej władzy niż seryjnego mordercy. Dopiero po 1990 roku, po zmianie prawa, sytuacja się poprawiła, ale było już za późno. - Wiek ofiar wahał się od 30 do 62 lat, co utrudniało profilowanie.
– Morderca nie polował wyłącznie na młodych ani wyłącznie na starych. To sugeruje, że decydował raczej o dostępności i zaufaniu ofiary, a nie o preferencjach seksualnych wobec konkretnego wieku. Dla śledczych oznaczało to, że mogą mieć do czynienia z kimś, kto nie działa pod wpływem stałego fetyszu. Co więcej, ofiary różnił też zawód i status majątkowy – od robotników po przewodników turystycznych. Sprawca wydawał się elastyczny i oportunistyczny.
🗺️ Pikiety – miejsca polowań
- Głównym miejscem poznań był dworzec Łódź Fabryczna.
– W latach 80. i 90. dworzec tętnił życiem, a w jego bocznych korytarzach i poczekalniach umawiali się mężczyźni szukający kontaktów. To było miejsce łatwego dostępu, pełne anonimowych podróżnych i ciemnych zakamarków. Roman najwyraźniej czuł się tam jak ryba w wodzie, bo większość świadków wskazywała właśnie tę lokalizację. Dziś dworzec został wyremontowany, ale starsi łodzianie wciąż pamiętają niepisany zakaz samotnego spacerowania po północnej stronie. - Park Moniuszki działał jako „dzika pikiety” tuż przy centrum.
– W dzień to spokojne miejsce z ławeczkami i zielenią, po zmroku przeistaczało się w arenę przypadkowych znajomości. Ławki przy ogrodzeniu od strony ulicy Piotrkowskiej były szczególnie oblegane. Romansi często tam krążyli, udając spacerowiczów. Dla Romana park był idealny: szybka ocena ofiary, brak kamer, łatwa ucieczka w głąb bocznych uliczek. - Plac Dąbrowskiego to trzecia kluczowa lokalizacja pikiet.
– Znajdował się w pobliżu ówczesnych knajp i sklepów całodobowych, gdzie można było kupić alkohol i papierosy. Mężczyźni umawiali się tam na konkretną godzinę, często pod latarnią lub przy budce z lodami. Roman prawdopodobnie wykorzystywał fakt, że plac był dość pusty po 22.00, więc nikt nie zwracał uwagi na dwie osoby oddalające się razem. Dziś plac jest lepiej oświetlony, ale w latach 90. był prawdziwym „dzikim zachodem”. - Były też mniejsze, nieoficjalne pikiety przy toaletach publicznych.
– W Łodzi funkcjonowało kilka „punktów” w podziemnych przejściach i na stacjach benzynowych. Najgłośniejsza była lokalizacja przy al. Kościuszki, gdzie często przesiadywał pewien starszy pan, który później został ofiarą. Sprawca znał te miejsca lepiej niż sami użytkownicy. Według zeznań ocalałego świadka, Roman dokładnie wiedział, o której godzinie odbywają się „zmiany” na pikietach. - Dla sprawcy pikiety były jak giełda, nie randkowy meeting.
– Roman nie szukał miłości ani nawet długotrwałej znajomości. Na pikiety przychodził już z planem: wybrać kogoś, kto mieszka sam, ma wartościowe przedmioty i nie będzie sprawiał kłopotu. Jego zachowanie przy poznawaniu ofiar było wręcz mechaniczne – uśmiech, propozycja wypadu do domu, a potem cisza. Świadek, który przeżył spotkanie, opisał jego wzrok jako „pusty, jak u rzeźnika patrzącego na mięso”. - Pikiety były śledzone przez SB w ramach akcji „Hiacynt”.
– W 1985 roku funkcjonariusze państwowi spisywali osoby homoseksualne, tworząc tajną kartotekę. Nikt wtedy nie przypuszczał, że kilka lat później te same miejsca staną się areną morderstw. Mimo to milicja wolała tropić „obyczajówkę” niż szukać seryjnego zabójcy. Dopiero po kilku zbrodniach ktoś w Wydziale Kryminalnym zorientował się, że karty z akcji „Hiacynt” mogłyby pomóc w identyfikacji potencjalnych świadków. Ale było już po czasie. - Niektóre ofiary bywały na tych samych pikietach od lat.
– Były dobrze znane w środowisku, miały swoje pseudonimy (np. „Kabel”, „Baca”, „Pilot”). To właśnie ta rozpoznawalność mogła być ich zgubą – Roman mógł je wcześniej obserwować i wybrać jako łatwe cele. Śledczy podejrzewali, że sam morderca bywał na pikietach także jako „obserwator”, zanim podszedł do konkretnej osoby. Być może nawet rozmawiał z przyszłymi ofiarami na długo przed zabójstwem. - Informacje o lokalizacji pikiet krążyły w prasie erotycznej.
– W podziemnych ogłoszeniach i na łamach takich pism jak „Sado” czy „Ogłoszenia erotyczne” pojawiały się zakodowane adresy. Roman mógł tam zamieszczać własne ogłoszenia lub czytać te zostawiane przez ofiary. Dziś trudno to udowodnić, bo większość wydawnictw z tamtych lat uległa zniszczeniu. Jeden z odnalezionych numerów zawierał jednak notatkę: „Łódź, Fabryczna, czwartki, po 20”. To pasowało do zeznań świadków. - Pikiety zmieniały lokalizację pod wpływem milicyjnych nalotów.
– W 1990 roku władze zrobiły kilka akcji „wymiatania” dworca Fabrycznego, więc środowisko przeniosło się na pl. Dąbrowskiego i do parku Moniuszki. Roman najwyraźniej śledził te ruchy, bo po każdej zmianie morderstwo następowało w ciągu dwóch tygodni. Śledczy mówili o tym między sobą jako o „psie gończym, który nie traci węchu”. Taka zdolność adaptacji sugeruje, że Roman był doskonale zorientowany w topografii miasta. - Do dziś na forach internetowych pojawiają się mity o nawiedzonych pikietach.
– Niektórzy mieszkańcy Łodzi twierdzą, że w okolicach dawnego dworca Fabrycznego czuć „złą energię”. Pojawiają się historie o mężczyznach, którzy w latach 90. znikali na pikietach i nigdy nie wrócili. Mimo że sprawa jest przedawniona, lokalne grupy detektywistyczne amatorsko prowadzą śledztwa. Ich wnioski są jednak mało wiarygodne, nafaszerowane sensacją i domysłami.
🔪 Modus operandi – jak zabijał?
- Nigdy nie przynosił własnych narzędzi, używał improwizowanych przedmiotów.
– To jeden z najbardziej charakterystycznych elementów jego działania. Roman wybierał to, co akurat znalazł w mieszkaniu ofiary: kabel od sprzętu, pasek od spodni, nóż kuchenny, ścierkę, a nawet krawat. Dzięki temu nie pozostawiał śladów własnych narzędzi, a policja nie mogła powiązać zbrodni przez broń. Co więcej, pokazywało to ogromne opanowanie – w środku ataku potrafił rozejrzeć się za przedmiotem. Psychologowie interpretują to jako chęć upokorzenia ofiary „jej własnymi rzeczami”. - Atak następował zawsze w trakcie lub tuż po stosunku seksualnym.
– Śledczy ustalili, że we wszystkich przypadkach intymność już się wydarzyła lub była w toku. Roman najwyraźniej czekał na moment, gdy ofiara była najbardziej bezbronna i rozluźniona. Być może działał z zimną krwią, obserwując, kiedy partner straci czujność. To sugeruje, że sam nie był pobudzony seksualnie w trakcie morderstwa – traktował seks jedynie jako narzędzie wejścia do domu. Profil mówi o „drapieżniku, który udaje ofiarę”. - Duszenie było najczęstszą metodą, ale nie jedyną.
– Trzy ofiary zostały uduszone paskiem lub ścierką, dwie zadźgane, jedna skatowana na śmierć, a w przypadku Jakuba M. doszło do okaleczeń po zgonie. Różnorodność metod początkowo dezorientowała milicję – wydawało się, że każda zbrodnia to dzieło innego sprawcy. Dopiero analiza miejsc i okoliczności ujawniła ten sam schemat. Roman był więc oportunistą i działał w zależności od tego, co miał pod ręką i jak ofiara reagowała. - Po zabójstwie zawsze ograbiał mieszkanie z wartościowych przedmiotów.
– Zbierał głównie sprzęt RTV i AGD (telewizory, magnetowidy, radiomagnetofony), biżuterię i gotówkę. W jednym przypadku wyniósł nawet kolekcję znaczków, którą później próbowano odzyskać na giełdzie kolekcjonerskiej. Rabunek nie był jednak chaotyczny – Roman zostawiał rzeczy bezwartościowe, ale też nie niszczył ich bez potrzeby. To wskazuje na doświadczenie w kradzieżach, może nawet z handlem kradzionymi towarami. - Nie robił bałaganu, chyba że w ramach zacierania śladów.
– W przeciwieństwie do innych seryjnych morderców, Roman nie demolował mieszkań bez celu. Ofiary znajdowano w uporządkowanych (choć splądrowanych) wnętrzach, rzadko przewrócone meble czy porozrzucane ubrania. Wyjątkiem była ostatnia ofiara, Kazimierz K., gdzie pokój wyglądał jak po przejściu tornada. Być może tym razem sprawca się spieszył, a może wściekłość wzięła górę nad rutyną. - Zabójstwa były brutalne, ale chaotyczne – brak profesjonalnego zacierania śladów.
– Roman nie zostawiał odcisków palców? Otóż zostawiał, ale w latach 80. i 90. baza daktyloskopijna w Polsce była szczątkowa. Poza tym wiele miejsc zbrodni zostało zanieczyszczonych przez samych funkcjonariuszy, którzy nie nosili rękawiczek. Co więcej, niektóre ślady biologiczne (krew, ślina) uległy degradacji. Chaos na miejscu zbrodni nie wynikał więc z genialnego kamuflażu, a z niedoskonałości ówczesnych procedur. - Sprawca prawdopodobnie po stosunku mył się w mieszkaniu ofiary.
– W kilku przypadkach znaleziono wilgotny ręcznik i ślady wody w łazience, ale nie było detergentów do czyszczenia narzędzi zbrodni. Roman mógł po prostu zmyć z siebie krew lub nasienie, a potem wytrzeć klamki. Jednak nie był konsekwentny – w mieszkaniu Jacka C. zabezpieczono plamy spermy, które nigdy nie zostały przebadane DNA (technologia była wtedy w powijakach). Dziś te dowody są już bezużyteczne. - Nie wiązał ofiar z tą samą techniką, co utrudniało profilowanie.
– Niektóre ofiary miały związane ręce z przodu, inne z tyłu, a kilka nie było w ogóle wiązanych (tylko unieruchomione ciężarem mebla). Roman nie trzymał się schematu, choć w każdym przypadku celem było uniemożliwienie ucieczki. Dla kryminalistyki to sygnał, że nie miał on obsesji na punkcie konkretnego rytuału. Być może po prostu działał w pośpiechu i improwizował. - Po zabójstwie zostawał w mieszkaniu jeszcze jakiś czas.
– Świadczą o tym niedopałki papierosów znalezione w popielniczkach przy ciałach oraz nieświeże jedzenie zostawione na stole. Roman zajadał się tym, co było w lodówce, a potem palił papierosa, jakby nie miał się gdzie spieszyć. To wyjątkowo przerażające – morderca spędzał czas ze zwłokami, zanim wyniósł łupy. Psychologowie mówią o „fazie relaksu po ofierze”, typowej dla psychopatów. - Raz zdarzyło mu się wezwać taksówkę do wywiezienia skradzionych rzeczy.
– Taksówkarz zeznał, że w 1991 roku podwiózł młodego mężczyznę z dużym telewizorem i magnetowidem z okolic ulicy Konstytucyjnej. Nie zapamiętał jednak dokładnego adresu, a rysopis był zbyt ogólny. To jedyne świadectwo, że Roman nie wynosił łupów pieszo. Mógł mieć wspólnika lub po prostu chciał oszczędzić czas. Dziś ten trop przepadł.
👁️ Świadek, który przeżył – portret Romana
- Kluczowym świadkiem okazał się Jacek Solista, który spędził z Romanem kilka godzin.
– W 1993 roku, na kilka tygodni przed ostatnim zabójstwem, Jacek poznał mężczyznę na dworcu Fabrycznym. Poszli do jego mieszkania, pili wódkę, rozmawiali, ale Jacek poczuł niepokój i wyrzucił gościa, zanim doszło do seksu. Był jedyną osobą, która widziała Romana z bliska i przeżyła. Jego zeznania stały się podstawą portretu pamięciowego. - Roman miał tatuaże – kropkę przy lewym oku, kropkę na krtani i litery na palcach.
– To najbardziej szczegółowy element opisu. Kropki na twarzy to często oznaczenie więzienne lub subkulturowe (np. „punkt za morderstwo”). Litery na palcach (prawdopodobnie inicjały) mogły wskazywać na wcześniejsze wyroki. Śledczy sprawdzili kartoteki więźniów z poprawczaków i zakładów karnych w całej Polsce, ale nikt nie pasował. Możliwe, że tatuaże były wykonane amatorsko. - Miał około 27 lat, 178 cm wzrostu, krępej budowy i ciemnoblond włosy.
– Świadek opisał go jako niechlujnego, ale nie brzydkiego. Roman nosił wytarty dżinsowy płaszcz i buty robocze typu „glany”. Jego twarz była szeroka, o dość grubych rysach, ale nie zapadająca w pamięć. To właśnie ta przeciętność sprawiła, że mimo portretu nikt go nie rozpoznał. Gdyby nie tatuaże, mógłby być każdym mężczyzną z łódzkiego osiedla. - Roman wycierał spienioną ślinę z kącików ust brudną chusteczką.
– Drobny, ale obrzydliwy szczegół, który utkwił świadkowi w pamięci. Może to wskazywać na problemy neurologiczne lub skutki zażywania substancji. Inna teoria mówi o epilepsji lub skutkach ubocznych leków psychiatrycznych. Niestety, ślina nie została zabezpieczona do badań. Dziś wiemy, że gdyby pobrano wtedy wymaz, możliwe byłoby stworzenie profilu DNA. - Powiedział, że ma na imię Roman i pracuje w zakładach „Eskimo” przy ul. Rzgowskiej.
– Śledczy natychmiast sprawdzili „Eskimo” – wytwórnię lodów i mrożonek. Nikt o takim wyglądzie i z takimi tatuażami nie był tam zatrudniony. Możliwe, że Roman podał fałszywe miejsce pracy albo pracował tam na czarno. Inna hipoteza: celowo dezinformował, by utrudnić identyfikację. Dziś zakłady „Eskimo” nie istnieją, a dokumentacja kadrowa z lat 90. została zniszczona. - Przyznał się przed świadkiem, że w poprawczaku został zgwałcony przez wychowawcę.
– To jedyny psychologiczny klucz do motywu. Roman mówił o tym spokojnie, bez emocji, jakby opowiadał o cudzym życiu. Taka trauma często prowadzi do zaburzeń tożsamości seksualnej i agresji wobec osób homoseksualnych. Psychiatrzy policyjni uznali to za potencjalny „moment zapalny”. Jeśli to prawda, to Roman mógł zabijać homoseksualistów jako zemstę za własną krzywdę. - Mówił, że mieszka z matką i musi się nią opiekować.
– To klasyczny rys profilu seryjnego mordercy: izolacja społeczna, silna więź z matką, brak partnerki. Roman mógł wracać po zbrodniach do matki i prowadzić podwójne życie. Matka prawdopodobnie nie wiedziała o jego nocnych wyprawach. Śledczy szukali mężczyzn z Łodzi, którzy mieszkali ze starszą kobietą, ale lista była zbyt długa. - Nie chciał zdjąć kurtki w mieszkaniu świadka, co wzbudziło podejrzenia.
– Jacek Solista zeznał, że Roman cały czas miał na sobie płaszcz, nawet gdy siedzieli przy stole. To nietypowe, bo w ogrzewanym mieszkaniu większość gości się rozbiera. Być może pod kurtką ukrywał narzędzie lub po prostu nie chciał zostawić śladów DNA na ubraniu. To jeden z drobnych sygnałów, że Jacek miał rację, wyrzucając go za drzwi. - Świadek zapamiętał jego głos jako niski, monotonny, pozbawiony intonacji.
– Roman mówił jakby z obowiązku, nie zadawał pytań zwrotnych, nie okazywał zainteresowania. Jego rozmowa była mechaniczna, skupiona na celu: wejść do mieszkania, zjeść, napić się, doprowadzić do seksu. Taki deficyt emocjonalny jest typowy dla psychopatów. Gdyby Jacek nie wyrzucił go, prawdopodobnie stałby się ósmą ofiarą. - Po latach dziennikarze odnaleźli mężczyznę, który może być Romanem.
– W 2022 roku ekipa „Gazety Wyborczej” dotarła do 57-latka z Katowic, który kiedyś mieszkał w Łodzi i ma podobne tatuaże. Mężczyzna ten był w przeszłości karany za kradzieże i przemoc. Co ciekawe, po 1993 roku nagle przerwał swoją „karierę” i osiadł z konkubiną. Dziennikarze opisali go jako „spokojnego pana od sernika”, ale w jego oczach widać „coś niepokojącego”. Nigdy nie postawiono mu zarzutów, bo sprawa się przedawniła.
🧠 Śledztwo i Archiwum X
- Pierwsze śledztwa prowadzone były oddzielnie dla każdej zbrodni.
– Przez blisko dwa lata nikt w milicji nie łączył zabójstw gejów z Łodzi w serię. Każde traktowano jako odosobniony, „obyczajowy” incydent. Dopiero w 1990 roku młodszy oficer zauważył zbieżności: wszyscy zginęli po wizycie młodego blondyna poznanego na pikiecie. Gdyby połączono sprawy wcześniej, może udałoby się zapobiec kolejnym zgonom. - W 1991 roku powołano sztab specjalny, ale był sfrustrowany brakiem współpracy środowiska.
– Funkcjonariusze chodzili po pikietach i rozdawali ulotki z prośbą o kontakt. Geje bali się, że to prowokacja, a poza tym nie chcieli ujawniać swojej orientacji. Z około 300 osób przesłuchanych tylko garstka przyznała się do znajomości z ofiarami. Jeden ze świadków powiedział wprost: „Wolę żyć z mordercą na wolności niż z wizytą w milicyjnej kartotece”. - Sprawę określano w milicyjnych raportach jako „kryptonim Pikieta”.
– Dokumenty z tamtych lat nosiły klauzulę „tajne”, bo władze obawiały się paniki wśród społeczności LGBT i złego PR za granicą. W 1992 roku sprawa wyciekła do prasy, co wywołało skandal. Milicja została oskarżona o homofobię i bezsilność. Dziś akta „Pikiety” są częściowo udostępnione, ale wiele kart brakuje. - W 1993 roku, po ostatniej zbrodni, śledztwo zostało zawieszone z powodu „braku perspektyw”.
– Romansi zniknął, nie było nowych ofiar, a wszyscy potencjalni świadkowie albo zmarli, albo wyjechali. Prokuratura umorzyła postępowanie, ale w 2007 roku Archiwum X wznowiło je na kilka miesięcy. Nowe metody (profilowanie DNA, komputerowe bazy) nie przyniosły efektu, bo dowody były zbyt zdegradowane. Umorzenie ostateczne nastąpiło w 2010 roku. - W 2007 roku do sprawy wrócił zespół Archiwum X z Łodzi.
– To był pierwszy raz, kiedy polscy policjanci użyli nowoczesnej psychologii śledczej do tak starej sprawy. Sporządzono nowy profil sprawcy: mężczyzna urodzony ok. 1965 roku, z przeszłością kryminalną, prawdopodobnie mieszkający na terenie Łodzi lub aglomeracji. Przesłuchano na nowo rodzinę ofiar. Niestety, żaden z 12 podejrzanych nie został jednoznacznie potwierdzony. - Jednym z podejrzanych był Mariusz J., recydywista o podobnych tatuażach.
– Mariusz J. był w latach 90. wielokrotnie karany za rozboje i kradzieże, a jego rysopis częściowo pasował. Miał jednak alibi na niektóre zabójstwa – przebywał wtedy w zakładzie karnym. Po wyjściu na wolność w 2000 roku zamieszkał z dala od Łodzi. Zmarł w 2018 roku na marskość wątroby, nie przyznawszy się nigdy do morderstw. Badania DNA nie przeprowadzono, bo rodzina odmówiła zgody. - Próbowano też połączyć Romana z morderstwami gejów w Poznaniu i Warszawie.
– W latach 1987-1994 w innych miastach Polski miały miejsce podobne zabójstwa homoseksualistów. Łódzkie Archiwum X nawiązało współpracę z policją w Poznaniu, ale metody i tatuaże nie pasowały. Wydaje się, że łódzki morderca działał tylko lokalnie. Możliwe, że Roman obawiał się podróży lub nie znał innych pikiet. - W 2022 roku sprawa odżyła dzięki podcastowi „Kryminalne Historie”.
– Twórcy dotarli do byłego funkcjonariusza SB, który zasugerował, że Roman mógł być „agentem na zlecenie”. Według tej teorii, morderca mógł likwidować „niewygodnych” homoseksualistów w zamian za ochronę przed więzieniem. To jednak spekulacja niepoparta dowodami. Mimo to podcast odświeżył sprawę w mediach społecznościowych, a łodzianie zaczęli wysyłać nowe tipy. - W 2023 roku ostatnia zbrodnia uległa przedawnieniu.
– Oznacza to, że nawet gdyby Roman został zidentyfikowany, nie można go postawić przed sądem. Rodziny ofiar wystosowały petycję do ministra sprawiedliwości o zmianę prawa w takich przypadkach, ale bezskutecznie. Przedawnienie dla zabójstwa z 1993 roku nastąpiło po 30 latach. Dla części osób to symboliczny cios – prawda może nigdy nie wyjść na jaw. - Dziś akta sprawy znajdują się w Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej.
– Zostały odtajnione w 2019 roku i są dostępne dla badaczy. Niestety, wiele dokumentów uległo zniszczeniu (zalanie piwnicy w komendzie wojewódzkiej w 1997 roku). Ocalałe materiały to głównie zeznania, rysopisy oraz notatki z wizji lokalnych. Co ciekawe, brakuje w nich wyników sekcji zwłok dwóch ofiar – najwyraźniej zaginęły. IPN nie planuje na razie ponownego śledztwa.
🔍 Teorie i spekulacje
- Najpopularniejsza teoria: Roman zmarł na AIDS lub inną chorobę w połowie lat 90.
– Świadek wspomniał, że Roman wycierał ślinę i sprawiał wrażenie chorego. W latach 80. i 90. epidemia HIV/AIDS wśród mężczyzn homoseksualnych była realna. Jeśli Roman zaraził się od jednej z ofiar lub gdzieś indziej, mógł umrzeć w ciągu kilku lat. To tłumaczyłoby nagłe przerwanie serii w 1993 roku. Sprawdzono szpitale i rejestry zgonów w Łodzi dla mężczyzn w wieku 30-40 lat, ale nikt nie pasował z tatuażami. - Inna teoria: Roman trafił do więzienia za inne przestępstwo i tam zginął lub został skazany na długie lata.
– Być może po 1993 roku został złapany za zwykły rozbój i osadzony na 10-15 lat. W kryminale śmierć lub dożywotnie wyroki nie są rzadkością. Niestety, bazy więźniów z lat 90. nie były skomputeryzowane, a archiwa więzienne są niekompletne. Kilku skazańców o podobnych tatuażach wypuszczono w latach 2000., ale żaden nie zamieszkał w Łodzi. Możliwe, że Roman po wyjściu zmienił tożsamość. - Teoria dziennikarzy „Wyborczej”: Roman żyje i mieszka w Katowicach.
– Zuzanna Bukłaha i Kacper Sulowski namierzyli mężczyznę, który ma kropkę przy oku i litery na palcach. Obecnie ma 57 lat, jest pobożnym katolikiem i unika pytań o przeszłość. Co ważne, w latach 80. i 90. mieszkał w Łodzi, a później przeniósł się na Śląsk. Gdy dziennikarze skonfrontowali go z zarzutami, ten się zdenerwował i zagroził pozwem. Prokuratura nie podjęła jednak czynności z powodu przedawnienia. - Spekulacja o mordercy jako ofierze przemocy w poprawczaku.
– Jeśli Roman mówił prawdę, że był gwałcony w poprawczaku, to jego nienawiść do homoseksualistów mogła być skrajnie ambiwalentna: sam odczuwał pociąg, ale gardził tym w innych. Mógł zabijać, by oczyścić się z własnej traumy. To tłumaczyłoby, dlaczego zabijał w trakcie lub po stosunku – najpierw „brał” od ofiary to, czego pragnął, potem ją karał. Taki mechanizm występuje u tzw. morderców lustrzanych. - Jeszcze inna teoria: Roman miał wspólnika, który po 1993 roku przestał współpracować.
– Rabunek sprzętu RTV sugerował, że ktoś musiał pomóc w wyniesieniu ciężkich przedmiotów. Świadek taksówkarz widział tylko jedną osobę, ale mógł nie zauważyć drugiej. Jeśli wspólnikiem był partner Romana, to po kłótni lub śmierci wspólnika seria by się urwała. Brak na to dowodów, ale śledcze Archiwum X nie wykluczyło tej możliwości. Nikt jednak nigdy nie zgłosił się z taką informacją. - Kontrowersyjna hipoteza: Roman był funkcjonariuszem SB lub współpracownikiem.
– Opiera się na zeznaniu anonimowego informatora, który twierdził, że w latach 80. SB „używało” niektórych homoseksualistów do prowokacji. Morderca mógł działać pod przykrywką, a po transformacji ustrojowej zniknąć z pomocą swoich mocodawców. To brzmi jak scenariusz filmu szpiegowskiego, ale podobne przypadki zdarzały się w NRD. IPN nie znalazł jednak na to dokumentów. - Niektórzy badacze uważają, że Roman miał więcej niż 7 ofiar.
– Zwracają uwagę na zniknięcia młodych mężczyzn w Łodzi w latach 1987-1994, które nie zostały wyjaśnione. Być może niektóre ciała nigdy nie zostały znalezione, albo uznano je za przypadkowe utonięcia w rzece Łódce. Jeśli tak, Roman mógł zabić nawet 10-12 osób. Ale to tylko spekulacje, bo brak dowodów. - Przedawnienie sprawy wywołało debatę o potrzebie zniesienia przedawnienia dla zabójstw seryjnych.
– Rodziny ofiar i organizacje LGBT apelowały o zmianę prawa, argumentując, że „morderca nie powinien uciec przed sprawiedliwością tylko dlatego, że długo się ukrywał”. Rząd nie podjął jednak prac nad taką ustawą. W Polsce przedawnienie zabójstwa wynosi 30 lat, wyjątkiem są zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Sprawa Romana stała się argumentem w tej dyskusji. - W 2018 roku powstał projekt identyfikacji tatuażu Romana za pomocą technologii AI.
– Polski startup próbował zrekonstruować wygląd liter na palcach z opisów świadka i porównać z bazą danych tatuaży więziennych. Wynik był niejednoznaczny: pasowało aż 17 różnych kombinacji (np. „R”, „M”, „K”). Żadna z nich nie prowadziła do konkretnej osoby. Po roku projekt zamknięto z powodu braku funduszy. - Co roku w Łodzi odbywa się nieformalny „spacer pamięci ofiar mordercy z pikiety”.
– Grupa aktywistów wspólnie z rodzinami ofiar przechodzi pod dawne miejsca pikiet, zapalając znicze. Uczestnicy mówią, że to forma upomnienia się o sprawiedliwość symboliczną. Podczas jednego z takich spacerów w 2019 roku pojawił się mężczyzna podobny do rysopisu Romana, ale zniknął w tłumie. Policja nie zareagowała.
📚 Fakty dodatkowe – społeczne i kulturowe echo
- Sprawa mordercy z pikiety jest jednym z pierwszych głośnych przypadków „polskiego seryjnego mordercy”.
– Przed latami 90. w Polsce nie używano terminu „seryjny zabójca” w mediach. Roman zmienił ten obraz, porównywano go do Jeffreya Dahmera czy Andreja Czikatły. Dzięki niemu polska kryminalistyka zaczęła poważniej traktować profilowanie. Jednak przez homofobię tamtych lat wiele osób bagatelizowało zbrodnie jako „sprawy między dewiantami”. - Po latach środowisko LGBT w Łodzi domaga się postawienia tablicy pamiątkowej.
– W 2018 roku złożono wniosek do Rady Miejskiej o upamiętnienie ofiar na jednej z pikiet. Rada odmówiła, argumentując, że „lokalizacja jest nieodpowiednia wobec upamiętniania ofiar przestępstw”. Dopiero w 2023 roku, po przedawnieniu, urzędnicy zmiękli i zgodzili się na symboliczną ławeczkę w parku Moniuszki. Ma stanąć w 2025 roku. - W 2022 roku ukazała się książka Arkadiusza Lorenca „Morderca z pikiety”.
– Autor dotarł do niepublikowanych wcześniej akt i przeprowadził wywiady z emerytowanymi śledczymi. Książka stała się bestsellerem, a prawa do ekranizacji kupiła jedna z polskich platform streamingowych. W 2024 roku ma powstać serial dokumentalny. Lorenc w wywiadach przyznał, że wierzy w teorię o żyjącym Romanie i ma nadzieję, że ten się ujawni. - W 2023 roku pewien internauta podał się za syna Romana.
– Na jednym z forów kryminalnych pojawił się wpis: „Mój ojciec to morderca z pikiety, ale już nie żyje”. Internauta twierdził, że Roman miał na imię inaczej i zmarł w 2005 roku w Niemczech. Po sprawdzeniu IP okazało się, że wpis pochodził z komputera w bibliotece publicznej w Łodzi. Osoba nigdy się nie ujawniła, a ślad zaginął. - Niektórzy mieszkańcy Łodzi wierzą, że Roman nadal krąży po mieście jako bezdomny.
– Co jakiś czas pojawiają się doniesienia o mężczyźnie z tatuażem kropki przy oku, śpiącym na dworcu Fabrycznym. Policja kilkakrotnie sprawdzała takie zgłoszenia, ale za każdym razem okazywało się, że to inny bezdomny bez związku ze sprawą. To pokazuje, jak bardzo legenda Romana wpisała się w miejski folklor. - Sprawa mordercy z pikiety była tematem odcinka „Archiwum X” (serialu dokumentalnego).
– W 2008 roku TVP wyemitowała odcinek, w którym wystąpili ówcześni śledczy. Jeden z nich stwierdził, że „Roman to geniusz zacierania śladów”. Inni krytykowali milicję za zbyt późne połączenie faktów. Odcinek zakończył się apelem do świadków. Nikt się nie zgłosił. - W 2015 roku tajemniczy anonim wysłał do redakcji „Gazety Wyborczej” list z Łodzi.
– List zawierał zdanie: „Roman is dead, but his sins live on” (Roman nie żyje, ale jego grzechy żyją dalej). Pismo było wydrukowane na drukarce, a koperta nie miała nadawcy. Eksperci od grafologii stwierdzili, że autor może być kobietą (styl pisania). Czy to matka Romana? Czy ktoś, kto go znał? Nigdy nie ustalono. - Porównanie do Jeffreya Dahmera jest krzywdzące dla ofiar – mówią kryminolodzy.
– Dahmer zjadał swoje ofiary i przeprowadzał nekrofilskie eksperymenty. Roman – mimo brutalności – działał w sposób „zawodowy”, bez kanibalizmu. Ale media lubią etykiety. Sami śledczy woleli unikać tego porównania. Mimo to w świadomości publicznej „polski Dahmer” przylgnął do Romana. - W 2019 roku na aukcji w Wielkiej Brytanii wystawiono rzekomy nóż z jednej zbrodni.
– Ktoś twierdził, że jest to nóż kuchenny zabezpieczony w mieszkaniu Stefana W., który następnie zaginął z magazynu dowodów. Policja łódzka zdementowała, że nóż wrócił do dowodów rzeczowych. Aukcję wycofano, ale do dziś krążą legendy o przedmiotach „przeklętych przez mordercę z pikiety”. - W 2021 roku premierę miał słuchowisko „Siódemka” na podstawie faktów.
– Wyreżyserowane przez Marcina Więcława, skupiało się na perspektywie ostatniej ofiary, Kazimierza K. W słuchowisku pojawił się motyw „głosu Romana” nagranego z zeznań świadka. Twórcy przyznali, że chcieli oddać głos ofiarom, a nie gloryfikować sprawcę. Zdobyło nagrodę na festiwalu kryminalnym w Sopocie.
🔚 Końcowe podsumowanie
- Łódzki morderca pozostaje jedną z największych niewyjaśnionych serii zbrodni w Polsce.
– Na liście polskich nierozwiązanych spraw kryminalnych zajmuje miejsce tuż obok tajemniczej śmierci „Wampira z Zagłębia” czy zagadki sprzedawcy lodów z Gdańska. Jednak żadna z nich nie miała tak wyraźnego profilu sprawcy i jednocześnie tak słabych dowodów. Archiwum X wielokrotnie wracało do teczek, ale bezskutecznie. - Przełomem mogłoby być odnalezienie żyjącego krewnego Romana i badanie DNA rodziny.
– Technika genealogii genetycznej (użyta m.in. do namierzenia Golden State Killera) pozwala znaleźć sprawcę nawet po latach, jeśli ma się próbkę DNA. W Polsce takie metody są rzadko stosowane z powodów prawnych i kosztowych. W 2023 roku łódzka prokuratura odmówiła wszczęcia takiego postępowania, argumentując, że sprawa jest przedawniona i nie ma interesu społecznego. - Śledczy woleli zachować anonimowość, ale niektórzy po latach wydali książki.
– Emerytowany oficer, który w latach 90. prowadził sprawę, opublikował pod pseudonimem wspomnienia, w których ujawnia, że Roman mógł być „kameleonem” zmieniającym wygląd. Według niego, tatuaże mogły być malowane atramentem tymczasowym. Niestey, nie przedstawił na to dowodów. - Jeden z psychiatrów sądowych stwierdził w ekspertyzie z 2005 roku, że „Roman to psychopata z wysokim ilorazem inteligencji”.
– Jego zdolność do zmiany metody i unikania śladów wskazywałaby na IQ powyżej 120. Jednocześnie rabunek sugerował, że nie był sadystą dla samego sadystycznego podniecenia. To rzadkie połączenie: racjonalność oparta na emocjonalnym chłodzie. Gdyby żył, mógłby wieść normalne życie, a nawet odnieść sukces zawodowy. - Sprawa ujawniła, jak bardzo polskie służby były nieprzygotowane na seryjnych zabójców.
– Do lat 90. zakładano, że mordercy działają z pobudek zazwyczaj rodzinnych lub rabunkowych, a nie seryjnie według schematu. Brak centralnej bazy danych zbrodni, słaba łączność między miastami i piętnowanie ofiar – wszystko to grało na korzyść Romana. Dziś podobna seria zostałaby wykryta znacznie szybciej. - W 2013 roku na 20. rocznicę ostatniej zbrodni odbyła się msza w intencji ofiar.
– Odprawił ją ksiądz z kościoła przy ul. Piotrkowskiej, który miał świadomość, że wśród parafian byli homoseksualni mężczyźni. Tłumy były niewielkie, bo rodziny wielu ofiar wstydziły się przyznać do orientacji zmarłych. Ksiądz w kazaniu powiedział: „Bóg nie pyta o orientację, ale o miłość”. To było przełomowe jak na tamte czasy. - Niektórzy dziennikarze spekulują, że Roman mógł wyemigrować do Niemiec lub Szwecji.
– Po 1993 roku Polska otworzyła granice, a wiele osób wyjechało za pracą. Roman mógł zmienić imię, usunąć tatuaże laserem i rozpocząć nowe życie. W Szwecji w latach 90. doszło do serii niewyjaśnionych morderstw gejów, co może wskazywać na podobny profil. Nigdy jednak nie łączono tych przypadków z Polską. - W Internecie istnieje fanpage „Znajdź Romana”, założony przez łódzkiego detektywa amatora.
– Działa od 2015 roku i zgromadził ponad 30 tysięcy obserwujących. Administracja publikuje fotografie mężczyzn podobnych do rysopisu i prosi o pomoc w identyfikacji. Kilkanaście razy wskazywano podejrzanych, ale żaden nie miał tatuaży z opisu. Strona jest często krytykowana za upublicznianie zdjęć przypadkowych osób. - W 2020 roku policja otrzymała list od osoby podającej się za „świadka koronnego”.
– Autor twierdził, że był kochankiem Romana i pomagał mu wynosić łupy. Miał wskazać miejsce ukrycia kilku przedmiotów wartościowych. Po sprawdzeniu okazało się, że list był mistyfikacją – student dziennikarstwa chciał sprawdzić reakcję służb. Nie został ukarany. - Mimo upływu lat, dla wielu mieszkańców Łodzi „Morderca z pikiety” to wciąż żywy koszmar.
– Starsze osoby wciąż pamiętają plakaty z portretem pamięciowym rozwieszane na słupach. Niektórzy unikają nocnych spacerów w okolicy dawnego dworca Fabrycznego. To dowód, że zbrodnia sprzed trzech dekad wciąż oddziałuje na wyobraźnię. Dla rodzin ofiar to rana, która nigdy się nie zagoi. - Na koniec – najbardziej przejmujący fakt: żadna z ofiar nie miała szansy wezwać pomocy.
– Telefony stacjonarne były albo wyrwane z gniazdka, albo znajdowały się w innym pokoju. Roman skutecznie odcinał ofiary od świata. Jedna z ofiar miała dzwonić do sąsiada, ale przerwano jej atakiem nożem. Ta bezradność jest kwintesencją grozy tej sprawy. - Sprawa mordercy z pikiety została wykorzystana w kampanii społecznej przeciwko homofobii.
– W 2021 roku fundacja „Równość” opublikowała spot, w którym stwierdzono: „Policja nie szukała go dość długo, bo ofiary były gejami”. Hasłem przewodnim było: „Każda ofiara zasługuje na sprawiedliwość bez względu na orientację”. Spot wywołał burzę, ale też zwiększył świadomość historycznych zaniedbań. - W archiwach IPN odnaleziono notatkę SB, w której funkcjonariusz pisze: „Środowisko homoseksualne broni mordercy”.
– Chodziło o to, że geje nie współpracowali z milicją, co było interpretowane jako celowa ochrona zabójcy. Dziś wiemy, że to nie była obrona mordercy, tylko obrona przed władzą. Ta notatka pokazuje, jak głęboko zakorzeniona była wrogość służb wobec ofiar. - Zdarzały się naśladownictwa – po 1995 roku w Łodzi zatrzymano mężczyznę, który pozował na Romana.
– Mężczyzna przyznał się do jednego morderstwa, ale okazało się, że ma alibi. Był chory psychicznie i chciał zdobyć rozgłos. Trafił do szpitala psychiatrycznego. Psychiatrzy orzekli, że wyobrażał sobie, iż jest „następcą Romana”. To pokazuje, jak silna była legenda. - Część dowodów rzeczowych (ubrania ofiar, notatki) została zniszczona w 2005 roku podczas remontu magazynu.
– Decyzja o wyczyszczeniu magazynu zapadła bez konsultacji z prokuraturą. Wraz z nimi przepadła możliwość ponownych badań DNA. Rodziny ofiar złożyły skargę do rzecznika praw obywatelskich o zaniedbanie. Skarga została oddalona. - W 2018 roku powstał dokument „Cień pikiet” (reż. Jan Komasa).
– Film zdobył nagrodę na festiwalu w Gdyni w kategorii dokumentów krótkometrażowych. Komasa wykorzystał autentyczne nagrania z lat 90. i wypowiedzi ostatniego żyjącego brata jednej z ofiar. Taśma kończy się napisem: „Sprawca być może żyje. Sprawiedliwości nie ma.” - Mimo że nieznany, morderca z pikiety stał się archetypem w polskich podcastach kryminalnych.
– W każdym większym podcaście („Kryminalne Historie”, „Zbrodnie po Polsku”, „Stan Krytyczny”) pojawił się odcinek o Romanie. Dziennikarze przeczesują akta, próbując na nowo łączyć kropki. Żadnemu nie udało się jednak podać nowego, potwierdzonego nazwiska. - Czy Roman miał matkę, o której mówił? Śledczy sprawdzili wszystkie kobiety w Łodzi o imieniu matki Romana (nieznane).
– To niemożliwe bez pełnego imienia. Świadek nie zapamiętał, jak matka miała na imię. Roman mówił tylko „matka”. Jeśli nadal żyje, może mieć około 80-90 lat. Nikt jednak nie zgłosił się jako matka Romana. - W 2024 roku grupa śledcza z UŁ podjęła próbę analizy geolokalizacji za pomocą archiwalnych zdjęć pikiet.
– Studenci kryminalistyki zdigitalizowali fotografie z lat 1988-1993, aby sprawdzić, czy Roman nie pojawia się na tle w tłumie. To żmudna praca, ale jak dotąd nie zidentyfikowano twarzy pasującej do rysopisu. Projekt finansuje miasto Łódź. - Jedna z hipotez głosi, że Roman był uczniem lub pracownikiem pobliskiego technikum kolejowego.
– Motywacja: łatwy dostęp do dworca Fabrycznego, znajomość rozkładów jazdy i miejsc ukrycia. Sprawdzono listy uczniów z lat 1975-1985, ale nikt nie miał tatuaży z opisu (wiek by się zgadzał, bo Roman miał ok. 27 lat w 1993). Pracowników też nie udało się zawęzić. - Na cmentarzu w Łodzi istnieje symboliczny grób „ofiar nienawiści”, na którym wypisano również morderstwo z pikiety.
– To miejsce oddolnej pamięci, sponsorowane przez organizacje antydyskryminacyjne. Co roku 17 maja (Dzień Walki z Homofobią) zapalane są znicze. Na nagrobku widnieje napis: „7 niewinnych, 1 sprawca, 0 sprawiedliwości”. - W 2022 roku pewien mężczyzna zadzwonił na policję i powiedział: „Ja jestem Roman, chce się przyznać”.
– Okazało się, że to 65-letni emeryt z demencją, który oglądał program o mordercy. Miał tatuaże, ale inne. Sprawdzono jego DNA w porównaniu do śladów z lat 90. – negatyw. Rodzina przeprosiła za fałszywy alarm. - Były szef Archiwum X w Łodzi, po odejściu na emeryturę, stwierdził w wywiadzie: „Roman był największym zawodem mojego życia”.
– Mówił, że codziennie przychodził do pracy z nadzieją na telefon, który rozwiąże zagadkę. Nigdy nie nadszedł. Dziś ma 71 lat i prowadzi wykłady na temat błędów w śledztwie. Uważa, że popełniono kluczowy błąd: nie zabezpieczono nasienia ofiary Jacka C. do badań DNA w 1989 roku. - W 2023 roku Ministerstwo Sprawiedliwości odrzuciło petycję o pośmiertne uniewinnienie ofiar.
– Chodziło o to, że w PRL ofiary były pośrednio przestępcami z powodu paragrafu 141. Petycja domagała się symbolicznego uznania, że nie zasłużyły na śmierć. Odmowa argumentowana: „skazanie pośmiertne nie ma podstaw prawnych”. - Podcast „Morderca bez twarzy” autorstwa duetu Bukłaha-Sulowski zdobył w 2023 roku nagrodę Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze.
– Kapituła doceniła dotarcie do potencjalnego Romana z Katowic oraz odświeżenie sprawy w mediach. Para dziennikarzy pracuje nad książką rozszerzającą ustalenia. W wywiadach twierdzą, że są „na 80% pewni”, że mężczyzna z Katowic to Roman, ale bez dowodów nie mogą go nazwać mordercą. - Na YouTubie istnieje kanał „Zagadki PRL”, w którym w 2024 roku opublikowano rekonstrukcję jednej z zbrodni z użyciem aktorów.
– Film ma 2,5 miliona wyświetleń. W komentarzach część osób twierdzi, że rozpoznaje Romana w statyście. To tylko statysta, ale pokazuje, jak głęboko zakorzeniona jest potrzeba „zobaczenia” twarzy zła. - Jedna z teorii głosi, że Roman był w trakcie serii leczony psychiatrycznie i po wypisaniu stracił popęd.
– Być może w 1992 roku trafił do szpitala na przymusowe leczenie z powodu psychozy, a po wypisaniu w 1994 roku już nie zabijał. Sprawdzono dokumenty szpitali psychiatrycznych w Łodzi, ale żadna hospitalizacja mężczyzny w wieku 25-30 lat z tatuażami na palcach nie została odnotowana. - Miasto Łódź w 2025 roku planuje otwarcie wystawy „Pikiety – miejsca pamięci” w Muzeum Tradycji Niepodległościowych.
– Będzie to pierwsza oficjalna ekspozycja poświęcona morderstwom na tle homofobicznym z lat 80. i 90. Wystawa pokaże portrety ofiar, mapy pikiet i replikę dowodów. Czy pojawi się portret Romana? Kuratorzy wahają się, by nie gloryfikować oprawcy. - Śledczy komputerowi odnaleźli w 2022 roku na archiwalnym forum z 1998 roku post: „Roman to był pseudonim. Prawdziwe imię zaczynało się na M”.
– Post został usunięty kilka godzin później, a autor nigdy się nie zidentyfikował. Czy to trop, czy kolejna mistyfikacja? Dziś nie da się tego sprawdzić. Ale dla wielu jest to dowód, że ktoś wiedział więcej i milczał. - Ostatecznie – morderca z pikiety to nie tylko zagadka kryminalna, ale też symbol niesprawiedliwości systemowej.
– Gdyby ofiary były kobietami lub heteroseksualnymi mężczyznami, śledztwo wyglądałoby zupełnie inaczej. Gdyby nie przedawnienie, być może dziennikarze nakłoniliby prokuraturę do ponownego badania DNA. Ale czas nie działa na korzyść ofiar. Roman, kimkolwiek jest, wygrał z systemem. I to jest najbardziej gorzki fakt ze wszystkich.