Zabójstwo generała Papały to zbrodnia, która wstrząsnęła Polską i wciąż nie została rozwiązana. Nie ma wyroku, nie ma sprawcy, nie ma nawet pewności, kto wydał rozkaz. Jest za to prokurator, który przez jedenaście lat prowadził śledztwo, przesłuchał pół Sejmu i cztery ekipy rządu, sprawdził jedenaście wersji — od kradzieży samochodu po spisek siedmiu najbogatszych Żydów pod wodzą Jana Pawła II — i ostatecznie przyznaje: „Byłem za cienki”. Oto kulisy najgłośniejszej nieudanej sprawy w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości.
Warszawa, 25 czerwca 1998 roku, późny wieczór. Daewoo Espero stoi na parkingu przed blokiem na Mokotowie. Za kierownicą siedzi mężczyzna z przestrzeloną głową, krew przesiąka mu koszulę. Dłoń wciąż spoczywa na kierownicy. Kilka sekund wcześniej wysunął nogę, żeby wysiąść — i wtedy padł strzał. Wietnamczyk palący papierosa w oknie pobliskiego mieszkania widzi całą scenę: mężczyzna w czerni wychodzi zza skrzynki elektrycznej, unosi rękę, strzela, po czym znika w bocznej uliczce. Żona generała, trzymająca psa, stoi kilkanaście metrów dalej. Słyszy huk i myśli, że ktoś wybił szybę w samochodzie. Kiedy podbiega, widzi już tylko ciało męża.
Ten mężczyzna nazywał się Marek Papała. Miał trzydzieści dziewięć lat. Był najmłodszym komendantem głównym policji w historii Polski — i komendantem już odwołanym. Pół roku wcześniej siedział jeszcze w gabinecie w Warszawie i zarządzał całym policyjnym systemem. Pół roku później zginął na parkingu pod własnym domem. Kula weszła w czoło, przeszła przez głowę i wylądowała na dywaniku przy siedzeniu pasażera. Minęło dwadzieścia osiem lat. Nikt nie został skazany.
A jest jeden głos, którego nigdy nie wysłuchaliśmy uważnie. Należy do Jerzego Mierzewskiego. Od 1998 do 2009 roku — przez jedenaście lat — był prokuratorem prowadzącym tę sprawę. Napisał akt oskarżenia, dwa razy posłał podejrzanych przed sąd, dwa razy patrzył, jak jego zarzuty się rozsypują. W 2026 roku przerwał milczenie i opowiedział o wszystkim w długiej rozmowie.
— Najwyraźniej byłem za cienki, żeby rozwiązać tę sprawę — mówi.
To nie jest historia o tym, jak sprawiedliwość w końcu zatriumfowała. To historia o tym, dlaczego nie zatriumfowała. A żeby ją zrozumieć, trzeba zacząć od człowieka, który zginął na tym parkingu.
Zabójstwo generała Papały: Człowiek, który nie powinien zostać komendantem
Marek Papała urodził się w 1959 roku w Pruchniku, niewielkim miasteczku na Podkarpaciu. Pochodził z przeciętnej rodziny, był najstarszym z trojga dzieci. Gdyby życie potoczyło się zwyczajnie, zostałby pewnie policjantem drogowym, wypisywał mandaty na jakiejś prowincjonalnej drodze i spokojnie odszedł na emeryturę.
Ale Papała nie był zwyczajny.
W 1980 roku wstąpił do szkoły oficerskiej w Szczytnie. Trzy lata później ukończył ją z wyróżnieniem i został wykładowcą — specjalizował się w ruchu drogowym. Równolegle studiował prawo na Uniwersytecie Łódzkim, w 1985 roku obronił magisterium z administracji, a w 1990 roku doktorat. Temat pracy doktorskiej: „Zachowanie sprawców wypadków drogowych zbiegłych z miejsca zdarzenia”. Podobno jedno z pierwszych w Polsce systematycznych opracowań tego zagadnienia.
Jego specjalnością był ruch drogowy. Jego pasją również. Rozumiał, jak płyną pojazdy, jak ograniczać wypadki, jak zarządzać dużym systemem. Nie rozumiał natomiast pracy dochodzeniowej. Nigdy nie prowadził sprawy kryminalnej, nigdy nie kierował akcją przeciwko zorganizowanej przestępczości, nigdy nie pracował z siecią informatorów i podsłuchami.
W 1990 roku trafił do Komendy Głównej Policji, do pionu ruchu drogowego. Od inspektora do naczelnika, od zastępcy dyrektora do dyrektora — w trzy lata przeszedł drogę, na którą inni potrzebowaliby dekady. W 1995 roku został zastępcą komendanta głównego. W styczniu 1997 roku — komendantem głównym.
Trzydzieści osiem lat. Najmłodszy komendant główny w powojennej Polsce.
Nikt nie widział w tym nic dziwnego. A przynajmniej nikt tego głośno nie powiedział. Papała był świetny w wystąpieniach, świetny przed kamerami, świetny w kontaktach z ludźmi. Był doskonałym specjalistą od wizerunku, urodzonym sprzedawcą, człowiekiem, który potrafił sprawić, że wyglądał na ważniejszego, niż był. Tak przynajmniej widział go Mierzewski: — Lubił się przechwalać. Próbował z siebie robić ważniejszego, niż był. Mówił: „A ja coś wiem”.
To zdanie mogło go zabić.
Zabójstwo generała Papały: Odwołany
Jesienią 1997 roku polska scena polityczna się zmieniła. Lewica straciła władzę, do rządu weszła Akcja Wyborcza Solidarność. Nowy minister spraw wewnętrznych nazywał się Janusz Tomaszewski. Nie znał Papały i mu nie ufał. Papała był przecież nominowany przez poprzedniego ministra, Leszka Millera — był spadkiem po starym układzie.
Miller twierdził później, że Papała na kilka tygodni przed dymisją przyszedł do niego i powiedział, że jest pod ogromną presją, że ktoś chce go szybko usunąć. Tomaszewski mówił zupełnie inaczej: — Przedstawił nam plan reformy policji, który nam się nie podobał. Chcieliśmy, żeby pojechał do Brukseli jako oficer łącznikowy. Nie zamierzaliśmy rezygnować z jego usług. Przyjął naszą propozycję.
Prawda leży prawdopodobnie gdzieś pośrodku. Papała rzeczywiście szykował się do Brukseli. Jego walizki były prawdopodobnie spakowane. Ale zanim wyjechał, zginął.
29 stycznia 1998 roku Papała został formalnie odwołany. Pół roku później nie żył.
Zabójstwo generała Papały. Pierwszy prokurator na miejscu
Telefon zadzwonił, gdy Jerzy Mierzewski był w domu. Mieszkał najbliżej parkingu, na którym zastrzelono Papałę. Tej nocy był najbliżej znajdującym się prokuratorem. Kilka minut po północy stał już za policyjną taśmą.
— Z samochodu w pobliżu ul. Rzymowskiego 17 wysiadłem koło północy, gdy trwały już oględziny — wspominał. — Teren był ogrodzony. Za policyjnymi taśmami kłębił się tłum gapiów.
Zobaczył Małgorzatę Papałę. To ona znalazła ciało męża. Gdy padł strzał, była z psem przed blokiem, czekała na matkę, którą Papała miał odebrać z dworca. Pociąg miał spore opóźnienie, więc generał przyjechał sam, aby zaczekać w domu. Usłyszała huk i miała wrażenie, że ktoś wybił szybę w samochodzie. Kilka sekund później była już na parkingu.
— Widziała trzy osoby — mówi Mierzewski. — Parę, która trzymała się za ręce, i mężczyznę w czapce z daszkiem, który odbiegał od samochodu w stronę bocznej uliczki.
Ten mężczyzna w czapce to zabójca. Małgorzata Papała przy okazaniu rozpoznała jednego z pary — Ryszarda Boguckiego, gangstera z gangu pruszkowskiego, później skazanego za zabójstwo szefa mafii pruszkowskiej „Pershinga”. Ale kobiety, która szła z nim za rękę, nigdy nie udało się ustalić.
— Podejrzewam, że Bogucki był na miejscu zbrodni, żeby wszystkiego dopilnować — mówi Mierzewski. — Sprawdzić. W świetle prawa jest oczywiście niewinny. Podobnie jak „Słowik”.
Jedenaście wersji, ani jedna się nie obroniła
Od początku Mierzewski wiedział, że ta sprawa nie będzie prosta. Przyjął jedenaście wersji śledczych.
Pierwszą podejrzaną była żona Papały. Jak zwykle w tego typu sprawach. — Mocno rozważaliśmy wersję, że to ona zleciła zabójstwo — mówi Mierzewski. — Zdawała sobie z tego sprawę.
Śledczy sprawdzali ich małżeństwo, finanse, „dość dziwne, jak na tamte czasy, powiązania finansowe”. Ostatecznie ten trop wyeliminowali „w stu procentach”.
Była też wersja „szalonego policjanta”. Była wersja „zdradzonej żony i porzuconej kochanki”. Była wersja, że Papała zginął przy próbie kradzieży samochodu. Była wreszcie wersja związana z „Baraniną” — Jeremiaszem Barańskim, liderem grupy przestępczej, która porywała dla okupu. Jego ludzie dość dokładnie obserwowali Papałę: wiedzieli, jaki ma samochód, gdzie i kiedy ma lekcje angielskiego, znali jego plan dnia, jeździli za nim na działkę, gdzie budował dom.
— Dowiedzieliśmy się o tym od świadka, który go śledził — mówi Mierzewski. — Znaleźli go Austriacy. Po jakichś pięciu latach.
A w sprawie o zabójstwo przeważnie decyduje pierwsze 48 godzin. Pięć lat później zeznania świadka były już prawie bezużyteczne.
Zabójstwo generała Papały: Człowiek, który się rumienił
Wśród wszystkich wersji jedno nazwisko powracało jak refren: Artur Zirajewski, „Iwan”.
Zirajewski należał do gdańskiego „klubu płatnych zabójców”. W 2002 roku powiedział śledczym, że w kwietniu 1998 roku w hotelu w Gdańsku brał udział w spotkaniu. Obecni mieli być Nikodem Skotarczak („Nikoś”), Edward Mazur oraz Andrzej Z. („Słowik”). Szukali kogoś, kto weźmie zlecenie na zabójstwo „wysokiego psa z Warszawy”.
Według Zirajewskiego to on przyjął zlecenie i wyznaczył do jego wykonania Siergieja Sienkiva. Powiedział mu, że trzeba „odstrzelić wysokiego psa z Warszawy”. Podał kwotę, jaką miał zgarnąć: 40 tysięcy dolarów. Wkrótce jednak Zirajewski został aresztowany. Nie mógł dopilnować sprawy i zlecenie poszło gdzie indziej. Kto je przejął? Tego już nie wiedział.
Problem w tym, że Zirajewski opowiadał to wszystko po zatrzymaniu. Jego zeznania kilkakrotnie się zmieniały. Raz jako głównego zleceniodawcę wskazał Leszka Millera. Innym razem mówił, że Papała pomagał przy przemycie narkotyków i chciał się wycofać, że nie wywiązał się z jakiegoś zadania i zagrażał dalszym interesom.
— Wiedziałem, kiedy ściemnia — mówi Mierzewski. — Bo to był bandyta o duszy dziecka. Rumienił się, gdy kłamał.
Ale rumieniec nie jest dowodem. Zirajewski zmarł w styczniu 2010 roku w areszcie w Gdańsku. Oficjalna przyczyna: zatorowość płucna. Wcześniej trafił do szpitala po przedawkowaniu leków.
— Kompletnie nie wierzę w samobójstwo Zirajewskiego — mówi Mierzewski. — Zirajewski odsiedział 12 lat. Wkrótce miał wyjść na wolność. Miałby uciekać w takiej sytuacji? To bez sensu. Nie on.
Gdy Zirajewski zmarł, Mierzewski wiedział, że sprawa jest przegrana. Kluczowy świadek nie żył. Sąd nie mógł ocenić jego wiarygodności. — Wszystkie wątpliwości rozstrzygnie na korzyść oskarżonych.
W 2013 roku Ryszard Bogucki i Andrzej Z. („Słowik”) zostali uniewinnieni. — Ja się z tym wyrokiem w pełni zgadzam — mówi Mierzewski. — Sam bym taki wydał.
Koperta, której nikt nie otworzył
Ale być może najciekawszy trop pochodzi od człowieka nazwiskiem Jerzy Godlewski.
Godlewski był prywatnym detektywem i tajnym współpracownikiem niemieckiej policji. W 2008 roku, dziesięć lat po zabójstwie, zgłosił się do prokuratury. Powiedział, że krótko przed dymisją generała spotkał się z nim i przekazał kopertę z dokumentami od policji w Hamburgu.
Godlewski nie wiedział, co dokładnie było w kopercie. Nie pozwolono mu jej otworzyć. Ale według Mierzewskiego wśród dokumentów mógł być raport FBI na temat przestępczości narkotykowej i samochodowej albo materiały dotyczące „współpracy złodziei z polską policją”.
— Niemcy odmówili nam informacji na ten temat — mówi Mierzewski. — Współpraca z nimi była świetna, ale w tym jednym aspekcie powiedzieli „nie”. Wszystko było ściśle tajne.
Te dokumenty nigdy nie wypłynęły. Nie wiadomo, co Papała z nimi zrobił. Albo gdzieś je schował, albo komuś przekazał. Komu nie powinien.
— Czy to mógł być motyw zabójstwa? — zastanawia się Mierzewski. — Tak. Pytanie tylko, co dokładnie było w tych papierach.
Zabójstwo generała Papały. Ci, którzy umarli
W tej sprawie powtarza się niepokojący wzorzec: gdy śledczy docierali do jakiegoś świadka, ten umierał.
Daniel Zacharzewski, ps. „Zachar”, z „klubu płatnych zabójców”. Był wysoko w przestępczej hierarchii. Ledwo wyszedł z kryminału, pochlastali go na kawałki. A był ważnym świadkiem. Mógł pogrążyć Mazura.
Krzysztof Weremko, były zapaśnik i wspólnik Boguckiego. Zginął w wypadku samochodowym, niedługo po tym, jak śledczy go namierzyli.
— Podobnie było z 30-40 innymi świadkami w tej sprawie — mówi Mierzewski. — To bardzo dużo. Kiedy docieraliśmy do kogoś, okazywało się, że nie żyje albo za chwilę ginął.
Potem był Mazur. Mierzewski w 2002 roku kazał go zatrzymać, przewieźć z Gdańska do Warszawy, chciał przedstawić mu zarzut zlecenia zabójstwa Papały. Nie zdążył go nawet przesłuchać, bo ówczesny prokurator krajowy Karol Napierski polecił go wypuścić. — Nie znał materiałów śledztwa, ale stwierdził, że nic na niego nie mamy — mówi Mierzewski. — Byłem wściekły, ale nie miałem nic do gadania. Musiałem wykonać polecenie.
W 2007 roku amerykański sąd federalny odmówił ekstradycji Mazura. Mierzewski miał już wykupione bilety do Chicago, zabukowany hotel. Dzień wcześniej usłyszał: „Nie lecicie, nie jesteście nam do niczego potrzebni”. Odwołali też świadka, którego FBI ściągnęło z Los Angeles. Siedział już przed salą, gdy mu powiedzieli, żeby wracał.
— O tym, że nie będzie ekstradycji, dowiedziałem się dwie godziny przed oficjalnym ogłoszeniem decyzji — mówi Mierzewski. — Dostałem telefon z FBI. Wtedy też wypuścili Mazura.
Zabójstwo generała Papały: Motyw
Minęło dwadzieścia osiem lat. Nikt nie wie, dlaczego Papała zginął. Ale Mierzewski ma pewną koncepcję.
— Podejrzewam, że stało się tak dlatego, że za dużo gadał — mówi. — Jak się prześledzi jego karierę, to wyłania się inny obraz niż ten medialny.
Papała nie był specjalistą od spraw kryminalnych. Nie zajmował się zwalczaniem przestępczości zorganizowanej. Ale bywał w towarzyskich salonach. Lubił się przechwalać. Próbował z siebie robić ważniejszego, niż był. Mówił: „A ja coś wiem”.
— Myślę, że to go zgubiło — mówi Mierzewski. — Bo ktoś się czegoś mocno wystraszył.
Papała w chwili zabójstwa nie pełnił w policji żadnej funkcji. Wkrótce miał wyjechać do Brukseli, gdzie miał objąć stanowisko oficera łącznikowego. Ale zanim wyjechał, zginął.
— Jeśli nie znalazłem motywu, to znaczy, że nie potrafiłem go znaleźć — mówi Mierzewski. — Proste. On jest najważniejszy. Jeżeli uda się ustalić motyw, to wszystko stanie się jasne. Mnie się nie udało, daj Boże, żeby ktoś inny miał więcej szczęścia. Choć moim zdaniem szanse są znikome.
Ostatnia ocena
Jerzy Mierzewski nie był idealnym prokuratorem. Sam to przyznaje. Popełnił błąd przy okazaniu Mazura — Mazur miał na sobie czerwony polar, wyróżniał się na tle innych. Nie dopilnował tego. Zauważył to, gdy już odsunięto kotarę. Było za późno.
Prowadził śledztwo jedenaście lat. Zakończyło się dwoma uniewinnieniami. Przyznaje to.
— Najwyraźniej byłem za cienki, żeby rozwiązać tę sprawę — mówi. — Nie będę zwalał na nikogo. Jakbym był lepszy, to pewnie dałbym radę.
Ale trwa przy jednym przekonaniu: Papała zginął na zlecenie. — Dostał za to kasę. Ale zrobił to na zlecenie. Wciąż uważam, że na zlecenie Mazura. Nie wiem tylko, z jakiego powodu.
Może kiedyś ktoś na łożu śmierci coś powie. Może ruszy go sumienie. Może wtedy Marek Papała — chłopak z Pruchnika, który został doktorem prawa i najmłodszym komendantem głównym w historii — doczeka się sprawiedliwości.
Ale na razie leży na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, gdzie w 2020 roku został pochowany po raz drugi. Do tej pory nikt nie został skazany za jego zabójstwo. Szanse na to, że ktokolwiek zostanie skazany są coraz mniejsze!
— Pamiętam — mówi Mierzewski — że w najgorętszym okresie pracy Marek Papała od czasu do czasu wspominał, że powinniśmy kiedyś usiąść, napić się kawy i spokojnie porozmawiać.
Ta kawa nigdy nie została wypita.
Fot. policja.pl