Zgłosiła gwałt, by wyrwać się z piekła. Jej odwaga doprowadziła męża przed sąd, który skazał go na 3 lata więzienia. Mimo wyroku, mężczyzna pozostawał jednak na wolności. Kiedy zapadła decyzja o jego ponownym aresztowaniu, było już za późno – zniknął. Kilka dni później, z zimną krwią, zastrzelił dwie osoby. Na wezwanie: „Stój, policja!” odpowiedział jednym strzałem. Prosto w swoją głowę.
Machcin to niewielka wieś w województwie wielkopolskim, położona kilka kilometrów od Śmigla, w powiecie kościańskim. Otoczona polami i lasami sprawia wrażenie spokojnej oazy, w której życie płynie wolniej. Mieszka tam nieco ponad 200 osób – większość zna się z widzenia, a niektórzy od pokoleń zajmują te same gospodarstwa. Wiejskie życie toczy się w rytmie rolniczego kalendarza. Rzadko kiedy zdarza się coś, co zaburzy codzienną rutynę. Czasem jest to jakiś gminny festyn, innym razem dożynki. Jednak w 2009 roku Machcin trafił na pierwsze strony lokalnych gazet i czołówki ogólnopolskich serwisów informacyjnych. Wszystko za sprawą brutalnego, podwójnego morderstwa dokonanego przez mężczyznę, który – choć skazany na więzienie – wciąż przebywał na wolności.
Nowa droga życia
Jana i Honoratę połączyła młodzieńcza miłość. Poznali się jeszcze w szkole. Byli w sobie szaleńczo zakochani. Janek nie widział świata poza swoją kobietą. Czekał, aż ukończy szkołę, by móc się z nią ożenić. Po ślubie młode małżeństwo prowadziło niewielkie gospodarstwo w Nowym Szczepankowie. Sielanka trwała. Kilka lat później para przeprowadziła się do Biskupic, gdzie zamieszkała w domu, który otrzymała od ojca mężczyzny. Wydawało się, że tworzą bardzo udany związek. Niedługo potem powitali na świecie swoje pierwsze dziecko. Według wielu – nie mogli wymarzyć sobie lepszego życia.
Jednak po pewnym czasie w małżeństwie zaczęły się problemy. Honorata odeszła od męża. Zabrała córkę i wróciła do rodzinnej Morownicy. Według relacji rodziny Jana Sz. – bez wyjaśnienia. Pewnego dnia zabrała córkę i chciała odciąć się od męża, z którym była już w separacji. Dopiero później okazało się, że za tą decyzją stały znacznie poważniejsze powody niż zwykły małżeński kryzys. Prawda była o wiele bardziej brutalna, niż początkowo mogło się wydawać. W końcu kobieta zdecydowała się przerwać milczenie i opowiedzieć policji o tym, co działo się za zamkniętymi drzwiami ich domu. Wsparciem w tym czasie była dla niej między innymi siostra Karolina – była żona brata Jana, i jej partner – Arkadiusz.
Zabójstwo i samobójstwo
28-letnia Karolina i 31-letni Arek w okolicy znani byli przede wszystkim ze swojej wielkiej miłości do koni. Wspólnie prowadzili niewielkie gospodarstwo agroturystyczne i stadninę w Machcinie. Mieszkańcy opisywali ich jako spokojnych, życzliwych ludzi. Takich, którzy nikomu nie wchodzili w drogę. Żyli z dala od miejskiego zgiełku, po swojemu. Oboje byli po przejściach – Karolina miała za sobą małżeństwo z bratem Jana Sz. Arek z kolei już kilka lat wcześniej rozstał się ze swoją żoną. Do Machcina przeprowadził się z Wrocławia. W niewielkiej miejscowości miał zacząć nowe i szczęśliwe życie…
Bez kontaktu
W niedzielny poranek, 1 lutego 2009 roku ojciec Arkadiusza, zaniepokojony brakiem kontaktu z synem, postanowił osobiście sprawdzić, co się dzieje. W tym samym czasie podobne obawy miała matka Karoliny, która od sobotniego wieczoru nie mogła dodzwonić się do córki. Około południa oboje spotkali się przed dworkiem, w którym mieszkały ich dzieci. Drzwi były zamknięte, w domu panowała cisza. Kobieta, coraz bardziej zdenerwowana, zaczęła nalegać, by wejść do środka. Czuła, że wydarzyło się coś złego. W końcu ojciec Arka zdecydował się sforsować drzwi. Po chwili oboje stali już w środku, nieświadomi jeszcze tego, jak makabryczny czeka ich widok…
W salonie, na tapczanie, leżała Karolina. Kobieta miała rany postrzałowe, była cała we krwi. Po przejściu kilkudziesięciu metrów, w stadninie natknęli się na drugą ofiarę – Arkadiusza. Ciało mężczyzny leżało ukryte pod kopą siana. Wejście do stajni było zatarasowane snopkami. Na miejsce natychmiast wezwano służby.
Pierwotnie policja zatrzymała byłego męża kobiety, jednak niebawem został on wypuszczony na wolność. Wtedy cała uwaga śledczych skupiła się na jego bracie – Janie Sz., szwagrze zamordowanej. Ale dlaczego 32-latek miał z zimną krwią zastrzelić dwoje młodych ludzi?
Zemsta
Rok przed tragicznymi wydarzeniami Honorata oskarżyła swojego męża o znęcanie się nad nią, porwanie i gwałt. Jednym ze świadków, który przed sądem potwierdzał wersję kobiety, była właśnie jej siostra Karolina. Wobec tego motyw zbrodni wydawał się oczywisty. Najprawdopodobniej była nim zemsta, a konkretniej: „Wyjątkowa niechęć podejrzanego do osoby, która składała zeznania na korzyść osoby pokrzywdzonej”. Mężczyzna był oskarżony o znęcanie się nad swoją żoną Honoratą. Miał kierować pod jej adresem groźby karalne, a także wielokrotnie dopuścić się gwałtu. Po latach milczenia kobieta zebrała się w końcu na odwagę i opowiedziała policji o wszystkim, czego przez ten czas doświadczała w domu.
Niedługo potem prokuratura postawiła Janowi Sz. zarzuty. Mężczyzna został skazany na 3 lata pozbawienia wolności za trzykrotny gwałt i groźby karalne. Jeszcze w trakcie śledztwa pojawiały się sygnały, że sprawca może posiadać nielegalną broń. Według relacji – miał nią regularnie grozić swojej żonie. Prokuratura nie postawiła mu jednak zarzutu nielegalnego posiadania broni. Dlaczego? Tłumaczono, że nie udało się tego faktu jednoznacznie udowodnić. Co istotne – mimo że w aktach sprawy znajdował się zapis, iż Jan Sz. groził bronią by zmusić żonę do współżycia, sąd w wydanym wyroku pominął ten szczegół. Ostatecznie zmienił kwalifikację czynu na „zmuszanie do obcowania płciowego”, całkowicie ignorując wątek użycia broni.
Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 8/2025 (test Anny Rychlewicz pt. Zdążył przed wyrokiem). Cały numer do kupienia TUTAJ.