Zabójstwo kolegi i usiłowanie zabójstwa jego żony

Zawiadomienie o zdarzeniu przyszło o godzinie 11, 21 lutego 2017 roku. Policjantów powiadomili ratownicy, którzy po przybyciu do prywatnego, nowego domu przy ulicy Rostafińskich w G., znaleźli zwłoki mężczyzny i nieprzytomną, poranioną kobietę. Jak się okazało, to była żona. Czy to było zabójstwo?

Pogotowie poinformowało, że to ona zadzwoniła po karetkę, kiedy była jeszcze przytomna. Mundurowi na miejscu pojawili się równo z odjazdem karetki pogotowia i zdążyli tylko wymienić z ratownikami zdawkowe informacje. Dowiedzieli się, że kobieta została wielokrotnie raniona nożem i od podobnych ciosów zginął też jej mąż. Musiała więc widzieć sprawcę. Biorąc pod uwagę ewentualny, ponowny atak na tak ważnego świadka, policjanci poinformowali stanowisko koordynujące o konieczności skierowania do szpitala policjantów, którzy zapewnią bezpieczeństwo rannej kobiecie.

Zabezpieczono teren zdarzenia, czyli posesję, dom i najbliższą okolicę. Zwłoki mężczyzny leżały na schodach przy drzwiach wejściowych do domu. Nawet z większej odległości widać było szeroką ranę z lewej strony szyi oraz dwa wąskie przecięcia na koszulce w okolicach brzucha i klatki piersiowej.

Sekcja zwłok potwierdziła, że rana na szyi powstała na skutek cięcia boczną powierzchnią stanowiącą ostrze najprawdopodobniej noża. Natomiast rany na tułowiu były efektem pchnięcia w to miejsce nożem o wąskiej klindze. Uznano, że mogło to być to samo narzędzie.

Makabryczne zabójstwo

Ciosy zadane w brzuch trafiły w przeponę i żołądek oraz jelito cienkie. Natomiast przyczyną śmierci było cięcie na szyi, które uszkodziło tętnicę i wiele innych naczyń krwionośnych. Narzędzie, którym zadano ten cios, musiało być wyjątkowo ostre i użyto go z dużą siłą. Ostrze dotarło prawie do kręgów szyjnych. Krwotok był tętniczy, bardzo gwałtowny. Ślady krwi znajdowały się zarówno na schodach, drzwiach jak i na jasnej elewacji budynku. Wyglądało to naprawdę makabrycznie. Zraniony śmiertelnie człowiek wykrwawił się bardzo szybko i zmarł.

Podobnie zalany krwią był łącznik kuchni z jednym z pokojów na parterze. Nie była to jednak krew zamordowanego mężczyzny, który padł na schodach nie wchodząc do domu. Po tych śladach stwierdzono, jeszcze przed przesłuchaniem rannej kobiety, że została ona zaatakowana w przedpokoju skąd krwawiąc uciekła do pokoju i tam upadła na podłogę.

Sprawca uznał widocznie, że i ona nie żyje. Zostawił ją w pomieszczeniu i poszedł do kuchni. Pozostawione przez niego ślady wskazywały na to, że nad kuchennym zlewem zmywał krew z rąk i pewnie z odzieży, a także z narzędzia zbrodni, które zabrał ze sobą. Takie zachowanie uznano za postępowanie z pełną premedytacją.

Wszystkie wnioski z oględzin miejsca zdarzenia potwierdziły się później podczas dalszych czynności.

Zabójstwo za porachunki?

Przez pierwsze 2 dni lekarze nie pozwalali na przesłuchanie, czy chociażby rozmowę z poranioną kobietą. Dlatego śledczy zajęli się innymi sprawami, które należało pilnie wykonać.

Ponieważ w trakcie oględzin zabezpieczono kilka bardzo wyraźnych krwawych śladów butów na podłodze w pokoju i na terakocie w kuchni, był to już jakiś punkt zaczepienia w kierunku identyfikacji sprawcy.

Niestety, rozpytania sąsiadów i poszukiwania czynnych kamer na pobliskich ulicach nic nie dały. Dzielnica była w tym miejscu typowo willowa, z niską zabudową i trudno było o działające kamery przy sklepach, czy biurowcach. A sąsiadów w większości przed południem nie było w domu.

Liczono też dosyć mocno na informacje z rozpoznania operacyjnego, jakie posiadali policjanci z pionu kryminalnego. Zamordowanym mężczyzną był bowiem 34-letni Rafał S. Wielokrotnie karany przestępca zajmujący się wymuszeniami rozbójniczymi i członek grupy przestępczej, która kilka lat wcześniej „rządziła” w G. Po aresztowaniu części jej członków pozostali musieli uznać wyższość nowej grupy, która wypełniła lukę w przestępczym obrazie miasta. Policjanci przyjęli, więc wstępne założenie, że zabójstwo Rafała S. mogło być wynikiem porachunków, a nawet skutkiem próby odzyskania przez jego grupę znaczenia. W tej sytuacji żona zostałaby zaatakowana wyłącznie, jako przypadkowy świadek.

Zabójstwo: Chciał trafić w serce

Szukając jego ewentualnych wrogów, nie natrafiono na jakiekolwiek poważniejsze poszlaki. Człowiek ten, jak większość kryminalistów, miał zarówno wspólników, jak i nieprzyjaciół, ale zdobyte informacje nie wskazywały na żaden istotny zatarg, czy odgrywanie przez niego znaczącej roli w przestępczym półświatku. Wyglądało na to, że trochę się uspokoił i próbował żyć w miarę w zgodzie z prawem. Te wiadomości potwierdziła jego żona, gdy mogła już rozmawiać z policjantami. Niestety, jej zeznania bardzo rozczarowały policjantów, którzy oczywiście liczyli na to, że widziała sprawcę, więc jeśli nie znała go wcześniej, to przynajmniej poda im dokładny rysopis i sprawa zostanie dość łatwo rozwiązana.

Kobieta zeznała jednak, że feralnego dnia usłyszała, że mąż wychodzi do kogoś przed dom. Zawołała: „Kto przyszedł?” i po chwili do środka wbiegł jakiś mężczyzna. Przeraził ją swoim wyglądem, bo był cały obryzgany krwią, a w ręce  miał duży nóż. Zaatakował ją. Kiedy próbowała zasłaniać się rękami, on uderzył ją tym nożem, raniąc oba przedramiona. Upadła. Poderwała się jednak i uciekła do pokoju. Tam dopadł ją i przewrócił. Wbił jej nóż w plecy, a potem obrócił kobietę i wbił narzędzie ponownie od przodu. Chyba chciał trafić w serce, ale potem okazało się, że na szczęście ostrze minęło ten narząd o kilka centymetrów, nie uszkadzając nawet osierdzia.

***

Krystyna S. zeznała, że po tym ciosie zemdlała, a kiedy zaczęła dochodzić do siebie postanowiła udawać martwą w nadziei na to, że morderca da jej spokój. I tak się stało, bo poszedł do kuchni. Tam odkręcił wodę i zaczął myć ręce. Po chwili wyjrzał przez drzwi na zewnątrz, sprawdzając chyba, czy Rafał S. nie żyje. Następie wrócił do domu i zajrzał do pokoju. Uznawszy, że kobieta nie żyje zawrócił i wyszedł z budynku. Krystyna S. po chwili z trudem dowlokła się do miejsca, w którym leżała jej komórka i zadzwoniła na alarmowy numer 112. Zdołała podać adres i poprosić o karetkę, nim zaczęła tracić przytomność. Jak przez mgłę słyszała jeszcze, że połączenie nie zostało przerwane i ktoś przez telefon mówi do niej. Chciała podnieść się i zobaczyć, co z mężem, ale straciła przytomność i odzyskała ją dopiero w szpitalu, jak się okazało po długiej operacji.

Miała dużo szczęścia, bo ciosy nożem uszkodziły przede wszystkim mięśnie, płuca i przeponę. Nóż nie trafił w żaden ważny narząd, czy duże naczynie krwionośne. Po tygodniu od zdarzenia Krystynę S. wypisano ze szpitala, gdzie przez cały czas pilnowali jej policjanci. Wspólnie podjęto decyzję, że na jakiś czas przeniesie się do ciotki w innym mieście. Przed wyjazdem policyjny rysownik, po długiej sesji, sporządził portret pamięciowy sprawcy, ale Krystyna S. twierdziła, że nie jest on zbyt udany. Nie potrafiła jednak lepiej opisać napastnika.

Dłubanie

Niestety wszelkie działania policjantów w najbliższej okolicy nie przyniosły efektów. Najlepsze określenie sytuacji to, nikt niczego nie widział i nie słyszał. Kilkugodzinne oględziny miejsca zdarzenia, oprócz zabezpieczenia krwawego odcisku podeszwy buta, nic nie dały. Nawet szczegółowe badania klamek i kranu nad zlewem, gdzie sprawca mył ręce, zawiodły nadzieje. Ślady linii papilarnych z trudem zabezpieczone z tych miejsc nie nadawały się do identyfikacji. Ich odwzorowanie utrudniała wszechobecna krew.

Po miesiącu od zdarzenia policjanci doszli do wniosku, że nie zaszkodzi sprawie, jeśli ponownie przyjrzą się wnętrzom domu, w którym dokonano zbrodniczego napadu. Zwłaszcza, że przez ten czas nikt w nim nie mieszkał i nie sprzątano go. Krystyna S. planowała powrót dopiero za tydzień lub dwa. Podczas tych ponownych oględzin, jeden z policjantów sprawdzających pomieszczenia na poddaszu, zauważył, że ze sporej odległości, z kępy drzew i krzaków, ktoś przez lornetkę obserwuje budynek.

Czy to zabójstwo znalazło swój finał przed sądem? Odpowiedzi szukaj w Detektywie 1/2022 (tekst Dariusza Gizaka pt. „Nie chciałem”). Cały numer do kupienia TUTAJ.