Zabójstwo Marka Papały. Kto strzelał do komendanta?

W październiku 2020 roku, 22 lata od popełnienia zbrodni, w Sądzie Okręgowym w Warszawie zakończył się trwający 5 lat proces w sprawie zabójstwa byłego Komendanta Głównego Policji, nadinspektora Marka Papały. Z powodu pandemii, dziennikarzom udostępniono puste pomieszczenie, w którym na telewizorze transmitowano obraz z sali rozpraw. Wreszcie nadeszła długo oczekiwana chwila ogłoszenia werdyktu.
– Uznaje się Igora M. niewinnego wszystkich postawionych mu zarzutów, w tym zabójstwa byłego szefa policji, Marka Papały – ogłosił sędzia.

Są jeszcze sądy w Warszawie – powiedział tuż po ogłoszeniu wyroku Grzegorz Cichewicz, obrońca głównego oskarżonego Igora M., ps. Patyk. – To jest Waterloo dla prokuratury i organów ścigania oraz kryzys instytucji świadka koronnego. To on powinien teraz otrzymać zarzuty składania fałszywych zeznań.

„Patyk” nie przyszedł na ostatnią rozprawę, choć niewątpliwie z dużym niepokojem, gdzieś czekał na wieści z sądu. Prokurator żądał dożywocia, jego obrońca uniewinnienia.

Na wcześniejsze wokandy Igorowi M., oskarżonemu o zabójstwo Marka Papały, towarzyszył konwój, choć odpowiadał z wolnej stopy. Należała mu się ochrona, bo jest świadkiem koronnym w innej sprawie.

Ten proces toczył się 8 lat. Miał przerwę, bo zachorował ławnik i trzeba było zaczynać postępowanie sądowe od nowa.

Główny oskarżony najpierw przez 3 lata był zamknięty w areszcie, potem sąd uchylił środek zapobiegawczy w przekonaniu, że Igor M. nie będzie mataczył ani nie ucieknie za granicę, gdyż jako świadek koronny pozostaje pod obserwacją policji.

Strzał prosto w głowę Marka Papały

Późnym wieczorem, 25 czerwca 1998 roku,  Marek Papała, do niedawna komendant główny policji, ostatnio nadinspektor, wjeżdża na parking na warszawskim Służewcu, położony niedaleko bloku, w którym mieszka. Swoje daewoo espero parkuje tyłem. Tego dnia zamierza jeszcze pojechać na dworzec kolejowy po matkę, która zapowiedziała się z wizytą. Pociąg ma ponad godzinne opóźnienie. Przy zamykaniu samochodu nadinspektor odwraca się, bo czuje za plecami czyjąś obecność. W tym momencie, z bliskiej odległości, pada śmiertelny strzał, prosto w głowę policjanta. Pocisk utkwił w oparciu fotela kierowcy. Morderca wepchnął ciało do auta i uciekł w kierunku ruchliwej ulicy Puławskiej.

Żona Marka Papały jest na spacerze z psem. Właśnie dochodzi do swojego bloku, gdy słyszy strzał. Zauważa biegnącego młodego mężczyznę, ale nie widzi jego twarzy. Minęła też parę spacerującą przy parkingu. Dokładnie przyjrzała się partnerowi kobiety. Później, w czasie śledztwa stwierdzi, że był to Ryszard Bogucki, legenda warszawskiego półświatka, który po oskarżeniu o malwersacje przeniósł się na Wybrzeże. Prowadził szemrane interesy ze Skotarczakiem, pseudonim Nikoś, mafiosem z Gdańska.

„Nikoś” dorobił się w czasach PRL-u na przemycie aut skradzionych w Niemczech. Ponieważ był informatorem Służby Bezpieczeństwa, a jego klientami często wysocy funkcjonariusze, bezpieka pomagała mu w przemycie pojazdów. Znano go z niezwykłej brawury. Wiosną 1986 roku wpadł w ręce niemieckiej policji, wkrótce potajemnie opuścił areszt, gdyż zamienił się ubraniem z bratem, który przyszedł na widzenie.

Kiedy w styczniu 1997 roku Marek Papała obejmował fotel komendanta głównego policji, w strukturach KGP funkcjonowała specjalna grupa, która miała rozpracować gang „Nikosia”. Śledczy współpracowali z policją w Hamburgu.

Tłok na miejscu zabójstwa Marka Papały

Noc 25 czerwca 1998 roku jest ciepła, na balkonie w bloku, w którym mieszka Papała, pali papierosa pewien Wietnamczyk. Będzie drugim świadkiem tragicznego zdarzenia. W komendzie zezna, że widział, jak do samochodu komendanta zbliżył się mężczyzna, który wyciągnął „coś, co przypominało gaśnicę samochodową”. W śledztwie uznano, że prawdopodobnie był to pistolet owinięty folią, aby zatrzymać łuskę od naboju. Potem rozległ się strzał. Wietnamczyk nie potrafi opisać twarzy sprawcy, a nawet jego sylwetki.

Marek Papała do stanowiska komendanta polskiej policji doszedł szczebel po szczeblu. Zaczynał jako zomowiec, potem w biurze ruchu drogowego stopniowo piął się w górę, aż dotarł do gabinetu dyrektora. Równocześnie studiował; z nastaniem III RP uzyskał stopień doktora nauk prawnych. W 1997 roku minister spraw wewnętrznych i administracji Leszek Miller awansował go na komendanta głównego policji. Z tej funkcji Marek Papała został odwołany 29 stycznia 1998 roku, ponieważ miał objąć stanowisko oficera łącznikowego w Brukseli.

Wieść o zabójstwie Marka Papały – tak ważnego funkcjonariusza roznosi się po Warszawie błyskawicznie. Jeszcze tej samej nocy, w miejscu zbrodni pojawiają się nie tylko policjanci, ale i dziennikarze, a także wielu polityków. Głównie z SLD, bo nadinspektor miał zażyłe kontakty towarzyskie z działaczami tej formacji. Wszyscy są podekscytowani, wchodzą w drogę śledczym, palą papierosy, rzucając niedopałki na ziemię. Zadeptują ślady.

Policjanci znajdują na brukowych kostkach odbicie protektora buta – niestety, nie udało się zabezpieczyć na nim mikrośladów. Nie znaleziono też łuski od pocisku co by wskazywało, że sprawca zbrodni był zawodowym kilerem.

Do wytropienia mordercy powołano w Komendzie Głównej Policji specjalną grupę o kryptonimie „Generał”. Dochodzenie prokuratorskie trwało 3 lata, w 2012 roku zakończyło się procesem sądowym, na którym oskarżonych uniewinniono.

Złodziej samochodów mordercą

W 2012 roku główne śledztwo w sprawie zabójstwa Marka Papały przejmuje prokuratura łódzka. Nowy akt oskarżenia jako zabójcę przedstawia Igora M., ps. Patyk. Wraz z nim zarzuty otrzymuje sześć innych osób, m. in Robert J., Mariusz M. oraz Tomasz W. Główny oskarżony jest znany policji od co najmniej 20 lat, jako utalentowany złodziej drogich samochodów.

„Włam na klamkę” zaczął w wieku 16 lat. Ukradł wtedy luksusową „furę” dla miejscowego gangstera, który mu zapłacił 1,5 tys. dolarów. Dla biednego chłopaka była to niewyobrażalna fortuna, dla której warto narażać życie. Kilka lat później, w czasie akcji pod Poznaniem, jest o krok od śmierci. Stoi już na czele gangu, który ściga policja blokując drogi. Złodzieje wjeżdżają w ślepą uliczkę i pod ostrzałem porzucają kradzione limuzyny; muszą uciekać pieszo. „Patykowi” udaje się dobiec do warsztatu samochodowego, gdzie uczynny mechanik chowa go w kanale.

Opowieści Igora M. o jego brawurowych „patentach” np. na „pukankę, czy „koło” budzą respekt w środowisku pruszkowskich mafiosów. Krążą opowieści, jak w biały dzień wyjechał ukradzionym autem wprost z wystawy salonu Land Rovera. I kogo to o znanym nazwisku wyrzucił z fotela kierowcy. Ofiarami „Patyka” są Jerzy Dziewulski, Barbara Blida, Krzysztof Cugowski. Ten ostatni został wysadzony z samochodu zimą w samej koszuli; jego kożuch zniknął wraz z uprowadzonym pojazdem.

***

Gang opromienionego zbójecką sławą złodzieja, który parał się także legalizacją kradzionych samochodów, przebijaniem numerów, fabrykowaniem lewych dokumentów, stał się niewygodny dla konkurencji. Raz nawet porwano go i musiał zapłacić 20 tys. dolarów okupu. Kiedy tylko wykaraskał się z kłopotów, trafił pod skrzydła Jarosława Sokołowskiego, ps. Masa, ówczesnego bossa pruszkowskich gangsterów. Od tej chwili mógł sobie pozwolić na jeszcze większą brawurę. Skorumpowaną policję miał w kieszeni, a w jego ekipie nie brakowało chojraków. Kiedy pewnego dnia jeden z jego złodziei został postrzelony przez funkcjonariusza i znalazł się w szpitalu, odbili go, przebrani za pacjentów.

Protektorat z Pruszkowa okazał się kosztowny. „Patyk” miał obowiązek dzielenia się łupami z opiekunem; „Masie” nie warto było podskoczyć. Kiedy raz spróbował ukryć znalezione w ukradzionym aucie złoto (prawie 4 kilogramy), boss z Pruszkowa nie tylko zabrał łup, ale ponadto nałożył na Igora M. karę – musiał zapłacić w dolarach połowę wartości złota.

***

Strata nie nadwerężyła majątku „Patyka” w takim stopniu, aby zaprzestał imprezować po udanym skoku. Były to słynne libacje w towarzystwie kobiet z agencji towarzyskich. Kilkanaście lat później, na swym procesie, oskarżony Igor M. nawiąże do tych ekscesów.

Wpadł w ręce policji w końcu kwietnia 2010 roku. Groził mu surowy wyrok, więc zaczął sypać innych złodziei samochodów. Okazał się cenny dla śledczych, gdyż miał doskonałą pamięć i potrafił odtworzyć nawet szczegóły z kradzieży drogich pojazdów. Kiedy potwierdziło się, że mówi prawdę, dostał status świadka koronnego. Ci, których wsadził za kratki, nigdy mu tego nie zapomnieli.

A on opowiadał prokuratorowi coraz więcej – nie tylko o skradzionych autach i ich legalizacji za łapówkę w wydziale komunikacji na warszawskim Mokotowie. Również o korupcji w stołecznej policji. W pewnym momencie przypomniał sobie, że 25 czerwca 1998 roku, kiedy zginął Papała, dwie godziny przed zabójstwem, penetrował teren koło bloku generała. Chciał ukraść upatrzoną czerwoną toyotę. Nie było jej na parkingu, więc postanowił przerzucić się na dostrzeżony inny samochód tej marki. Zwłaszcza, że pojazd stał z otwartymi drzwiami. Kiedy podszedł bliżej okazało się, że siedzą w nim znani mu gangsterzy. Wśród nich Ryszard Bogucki i Sergiej S., członek słynnego „klubu płatnych zabójców”.

Tak wyglądało zabójstwo Marka Papały?

Zeznanie „Patyka” leżakowało w prokuratorskiej teczce ponad rok, a zwerbowany nadal bez oporów sypał dawnych kumpli. Czuł się bezpieczny w pancerzu świadka koronnego. I oto w pobliżu pojawił się jego były kompan od złodziejskich akcji –  Robert P., ps. Rowerek. On również miał status świadka koronnego. I podobnie jak „Patyk” gorliwie współpracował z prokuraturą. Ujawnił 40 kradzieży samochodów z rozbojami (potem skazano za nie siedmiu członków jego bandy), wśród nich nieudaną próbę „zwinięcia” osobowego daewoo, którym jeździł Papała.

– Nadinspektor zginął z rąk Igora M. – twierdził Robert P. – To członkowie gangu „Patyka” przyjechali pod blok komendanta, aby ukraść samochód. Igor z Mariuszem M. poszli na robotę, a ja, wraz z dwoma innymi złodziejami, zostaliśmy w samochodzie na czatach. Ponieważ z parkingu zbyt długo nie dochodziły żadne sygnały, trzeba było się rozejrzeć. Wtedy rozległ się strzał. Po chwili dobiegli do nas Igor i Mariusz krzycząc: „Spier…, bo jest przypał”. Szybko odjechaliśmy.

„Patyk” trafił do aresztu na 3 lata. Był rok 2012. Finał procesu sądowego to październik 2020 rok.

To jest kabaret

Prokurator łódzki w mowie końcowej przed sądem twierdził, że zeznania Roberta P. zostały poddane wszechstronnej weryfikacji; sprawdzano akta policyjne, wykonano szereg eksperymentów procesowych. Wszystko potwierdzało, że donosiciel nie konfabulował z zemsty na dawnym przyjacielu.

– Świadek ma skrajnie ubogie słownictwo, nie potrafi się wysłowić. A my nie udostępnialiśmy mu żadnych materiałów przed przesłuchaniem – przekonywał oskarżyciel publiczny. – A dlaczego „Patykowi” zależało tamtej czerwcowej nocy 1998 roku na ukradzeniu właśnie daewoo? Marki, której chętnie używali wówczas policjanci? – prokurator pytał i sam sobie odpowiadał: – Bo jego banda przymierzała się do napadu rabunkowego na tira. Samochód osobowy miał pozorować nieoznakowany radiowóz policyjny. Należało go ukraść z kluczykami, po obezwładnieniu kierowcy. „Patyk” zamierzał pozbyć się właściciela na zawsze. Nie miał jednak świadomości, że chodzi o byłego szefa polskiej policji.

Prokuratorskiej mowie towarzyszyły reakcje oskarżonych docierające – mimo masek na ich twarzach i plastikowej osłony – do sprawozdawców sądowych. „Ja pier…, co on pierd…” – „Patyk” łapał się za głowę.

W internecie pojawiły się komentarze. Słynny świadek koronny „Masa” w rozmowie z dziennikarzem Onetu irytował się: „Pokażcie mi jeden przypadek, kiedy grupa „Patyka” napadła na tira. (…) Przecież oni nie byli od tego. W kwestii kradzieży samochodów wiedzieli wszystko. Co brać, na jakich numerach, czego unikać. I nagle Igor siedzi sobie na haju, dłubie w nosie i mówi: „Weźmiemy broń, pierd… komendantowi samochód, przyda się do naszego pierwszego w życiu napadu na tira”. Przecież to jest kabaret.(…) Widać jak na dłoni, że mamy do czynienia z zemstą bandziorów, których posadził wcześniej do pudła. Dlaczego do kur… nędzy nie przypomnieli sobie tego wtedy, gdy „Patyk” przeczołgał ich przed sądem? Czyli co, odsiedzieli wyroki i nagle odzyskali pamięć?”

Również obrońcy Igora M. nie zostawili suchej nitki na akcie oskarżenia.

– Jest napisany jak scenariusz amerykańskiego filmu – ironizował adwokat Grzegorz Cichewicz. – Nie ma w tej sprawie dowodów bezpośrednich na obecność „Patyka” na miejscu zbrodni. Żaden inny świadek nie potwierdza wersji Roberta P. W tej sprawie doszło do konfrontacji dwóch koronnych. Któryś z nich kłamie – stwierdził.

W przekonaniu mecenasa wiarygodność zeznań Roberta P. jest mocno wątpliwa, a status świadka koronnego został mu nadany zbyt wcześnie.

– Przy tym ognisku chciało się ogrzać wiele osób, różnych osób – mówił mec. Antoni Szymkuć, obrońca Mariusza M., drugiego oskarżonego.

A adwokat Izabela Ławińska zwróciła sądowi uwagę, że świadek koronny, na którego zeznaniach oparte są ustalenia prokuratury, pojawił się w 2010 roku „jak feniks z popiołów”. Wcześniej, przez 12 lat, Robert P. nie pamiętał, w jakich okolicznościach został zamordowany komendant główny policji, choć rzekomo był na miejscu zdarzenia i wiedział, kto jest sprawcą. Natomiast mecenas Dariusz Budzyński twierdził, że była to zawodowa egzekucja. Obrona chciała uniewinnienia M. z głównego zarzutu zabójstwa.

Prokurator domagał się skazania Igora M. na dożywocie, 27 tys. zł grzywny, a także pozbawienia go praw publicznych na 10 lat. Dla pozostałych oskarżonych po 15 lat więzienia.

***

Ostatnie słowo „Patyka” było wielosłowem. Nie przyznał się do zabójstwa, twierdził, że jest ofiarą mściwego Roberta P., który nie darował mu, że współpracując z prokuratorem wydał członków swojej bandy.

– Na tej sali nie znajduje się nikt, kto uczestniczył w tej akcji. Nikt z nas nie pozbawił nikogo życia – mówił Igor M.

Sprawcę jego oskarżenia przedstawił w jak najgorszym świetle: „On nigdy nie powinien zostać świadkiem koronnym, gdyż nie potrafi samodzielnie myśleć, powtarza w swoich zeznaniach to, co mu powiedzieli korepetytorzy”.  (Oskarżony tak nazywał śledczych.)

– Zastanawiające jest – „Patyk” przekonywał sąd – że „Rowerek” opowiada, jak byłem ubrany w dniu zabójstwa Papały, a nie pamięta, że mam na ciele tatuaże. A bywaliśmy razem na basenie w hotelu „Gołębiewski”, w agencjach towarzyskich, widywał mnie całkiem nago.

Polemizował z twierdzeniem prokuratury, że w 1998 roku policja nagminnie jeździła samochodami marki daewoo.

– Taki wóz mógł mieć główny komendant, szeregowi funkcjonariusze siedzieli za kierownicą poloneza.

Ironizował:

– Nagle się okazuje, że ja jestem pod domem pana Papały, uparłem się na konkretny samochód i co najlepsze, nie potrafiłem go ukraść. Musiałem użyć broni, zabić człowieka. I przeszedłem nad tym do porządku dziennego, by w następnym tygodniu ukraść mercedesa, mitsubishi i coś jeszcze. To wszystko są takie kłamstwa, że jak czytam, ręce mi opadają. A ten opel, którego ukradłem po wyjściu z aresztu? Stał na parkingu. Czy ktoś zginął? Nie. Właściciel poszedł na piechotę. Napady z bronią w ręku to nie była moja bajka – zakończył.

***

Igor M. prosił sąd o uniewinnienie. Pozostali oskarżeni wskazywali, że w tej sprawie „są takie przetasowania i grupy interesów, że nie ma osób, które by wyjaśniły ją do końca”. Przytaczali słowa wdowy po generale; miała nazwać toczący się proces „maskaradą, w której nigdy w życiu nie weźmie udziału”.

Łódzcy prokuratorzy nie puścili tego epitetu – który przewinął się też w mowach obrończych – mimo uszu. Twierdzili, że śledztwo było prowadzone najstaranniej, jak tylko to możliwe. Ale z Warszawy przejęli akta niewiarygodne, czego najlepszym dowodem jest to, że w pierwszym procesie oskarżeni o morderstwo generała gangsterzy Andrzej Z., ps. Słowik i Ryszard Bogucki zostali w sądzie uniewinnieni.

Już wtedy przewijało się nazwisko Igora M., ale tego nie zweryfikowano.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 1/2021 (tekst Heleny Kowalik pt. „kto strzelał do komendanta”). Cały numer do kupienia TUTAJ.

Jeśli chcesz kupić wszystkie e-wydania miesięcznika „Detektyw”, które wydaliśmy w 2021 roku, mamy dla Ciebie atrakcyjną propozycję. 12 numerów w cenie 9! Kupując pakiet, dostajesz trzy numery GRATIS. Kup TUTAJ