Zabójstwo podczas festiwalu Sunrise

Sunrise Festival to jeden z największych festiwali muzyki elektronicznej w Europie Środkowo-Wschodniej, którego historia sięga 1999 roku. Jego pomysłodawca, DJ Kris, organizował wówczas w Mielnie zamknięte eventy klubowe o nazwie „Imieniny Krisa”, czy też „Cztery dni śmierci”, jak mówili o nich uczestnicy. Stanowiły one inspirację do późniejszego powstania Sunrise Festival. W 2003 roku wydarzenie przeniosło się do Kołobrzegu, gdzie zyskało oficjalny status festiwalu plenerowego. To właśnie w malowniczym kołobrzeskim amfiteatrze przez wiele lat gościły największe gwiazdy muzyki klubowej, a unikalna atmosfera wydarzenia przyciągała zarówno polskich, jak i zagranicznych fanów. Tego rodzaju imprezy masowe stwarzają jednak doskonałe warunki dla osób działających wbrew prawu, takich jak dilerzy narkotyków, kieszonkowcy czy nieuczciwi handlarze biletami, którzy wykorzystują wszechobecny chaos i imprezową atmosferę do swoich celów. I choć każdego roku podczas Sunrise Festival zdarzały się drobne incydenty kryminalne, w pamięci wszystkich uczestników zapisał się rok 2010 i ósma edycja imprezy. Wtedy organizowany był jeszcze w kołobrzeskim amfiteatrze położonym w parku niedaleko plaży, natomiast od kilku lat jej fani zbierają się na obrzeżach Kołobrzegu, na terenie lotniska w Podczelu.

Było upalne lato 2010 roku. Dokładnie 23 lipca. Tego dnia rozpoczynała się kolejna edycja największego festiwalu muzyki elektronicznej. Kołobrzeg zaludniał się fanami dobrego brzmienia. Wśród nich była 34-letnia Monika z Grójca. Przyjechała wraz z mężem. Para dołączyła do czwórki znajomych, którzy już dzień wcześniej zatrzymali się na miejscowym kempingu. Pogoda nie rozpieszczała imprezowiczów. Padał ulewny deszcz, a prognoza zapowiadała wieczorną wichurę. To jednak nie stanowiło dla przyjezdnych żadnego problemu. Problemem były bilety na festiwal, a raczej ich brak – ekipa składała się z 6 osób, a dysponowała jedynie 3 biletami. Znajomi szybko jednak ustalili, że tego dnia na festiwalu będą bawić się same panie, podczas gdy ich partnerzy zostaną na kempingu.

Na zegarku dochodziła godzina 22, gdy kobiety zaczęły szykować się do wyjścia. Pożegnały swoich partnerów i ruszyły w stronę kołobrzeskiego amfiteatru. Nie opuszczał ich dobry nastrój. Bawiły się we własnym gronie, ciesząc się swoim towarzystwem. Około godziny 2 rozdzieliły się. Monika poczuła się nieco zmęczona, chciała odetchnąć gdzieś na boku. To, co działo się później, śledczym udało się odtworzyć na podstawie zeznań męża i przyjaciół kobiety.

Kilka minut po godzinie 2 Monika próbuje wypatrzeć swoje koleżanki w tłumie. Nie może ich znaleźć. Wysyła do nich wiadomość SMS o treści: „Źle się czuję, wracam do domu”. Następnie opuszcza teren festiwalu i rusza w stronę kempingu, przechodząc przez park. Znajome kobiety odbierają wiadomość dopiero w drodze powrotnej i są przekonane, że Monika już dawno jest na miejscu. Wszyscy kładą się spać. Nad ranem budzi ich nerwowe pukanie męża Moniki, który mówi, że kobieta nie wróciła. Zaniepokojeni znajomi natychmiast zaczynają jej szukać. Przeczesują okolicę na własną rękę. Przemierzają trasę, którą Monika powinna wracać z imprezy. Nieustannie wybierają jej numer telefonu, jednak ten milczy. Wszystko na nic. Po kobiecie nie ma śladu. W końcu mąż decyduje się zgłosić sprawę policji. Na ogrodzeniu amfiteatru pojawiają się ogłoszenia z charakterystyką zaginionej i informacją o jej zniknięciu. Rozpoczynają się szeroko zakrojone poszukiwania, w których udział biorą również bliscy 34-latki.

Akcja poszukiwawcza kończy się już kilka godzin później. Zwłoki kobiety odnajduje jej mąż. Monika leży w rowie melioracyjnym przy ulicy Kupieckiej – niespełna kilometr od terenu, na którym odbywał się festiwal. Jest półnaga. Ciało jest tylko częściowo przykryte jakimś ubraniem. Twarz ma zmasakrowaną tak bardzo, że w pierwszej chwili trudno ją rozpoznać.

Od tego momentu policja nie szukała już zaginionej, a sprawcy lub sprawców brutalnego mordu. W pierwszej kolejności przesłuchano męża oraz znajomych kobiety. Rozpytywano wśród uczestników festiwalu, czy ktokolwiek wie cokolwiek na ten temat. Nikt nic nie wiedział. Nikt nie miał żadnych informacji. W sprawie nie było również żadnych dowodów. Tej nocy padał ulewny deszcz, który zmył wiele śladów.

Niedługo potem śledczy dotarli do stróża jednego z ośrodków wczasowych położonych niedaleko miejsca tragedii. Mężczyzna opowiadał, że w nocy z 23 na 24 lipca, czyli dokładnie wtedy, gdy doszło do brutalnego zabójstwa, na teren ośrodka usiłował wejść podejrzany mężczyzna. Uwagę stróża przykuł jego wygląd – sprawiał wrażenie, jakby przed chwilą stoczył walkę. Był cały w błocie, miał błędny wzrok. Przekonywał ochroniarza, że mieszka w domu wczasowym, jednak nie potrafił wskazać dokładnego adresu i żadnych szczegółów. Stróż nie dawał jednak za wygraną i dopytywał o jego dane. Wtedy mężczyzna uciekł. Ślad po nim zginął. Został natomiast portret pamięciowy.

Od tej chwili poszukiwano dobrze zbudowanego mężczyzny średniego wzrostu, w wieku od 30 do 35 lat. Włosy ciemny blond. Mężczyzna ubrany był w dżinsy z postrzępionymi nogawkami i koszulkę z krótkim rękawem. Znakiem charakterystycznym był złoty łańcuch na szyi – krótki, o grubym splocie.

Chcesz przeczytać ciąg dalszy tej sprawy? Sięgnij po „Detektywa Wydanie Specjalne” 2/2025 (tekst Anny Rychlewicz pt. Głośna muzyka, cicha śmierć). Cały numer do kupienia TUTAJ.