Zabójstwo proboszcza w Kłobucku to zbrodnia, która wstrząsnęła lokalną społecznością. 13 lutego 2025 roku na plebanii parafii Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej zginął 58-letni ksiądz Grzegorz Dymek, proboszcz tej wspólnoty od chwili jej powstania w 1998 roku. Napastnikiem okazał się 52-letni Tomasz Jelonek, były policjant, który wtargnął na teren posesji z zamiarem rabunku – wiedział, że po kolędzie na plebanii mogą znajdować się pieniądze. Doszło do walki, w której sprawca skrępował duchownego plastikowymi opaskami, a następnie owinął mu głowę taśmą foliową, zatykając usta i nos. Bezpośrednią przyczyną śmierci księdza było uduszenie. Sprawca został zatrzymany podczas próby ucieczki. We wrześniu 2026 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach prawomocnie zaostrzył wymierzoną mu wcześniej karę 20 lat pozbawienia wolności do 30 lat więzienia, uznając, że okoliczności zbrodni wymagały surowszej reakcji wymiaru sprawiedliwości.
Był zwyczajny czwartkowy wieczór, 13 lutego 2025 roku. W Kłobucku, niewielkim mieście na północy województwa śląskiego, zapadał zmrok. O godzinie 19.00 na plebanii parafii Najświętszej Maryi Panny Fatimskiej przy ulicy Kochanowskiego rozegrał się dramat, który na zawsze odmienił życie lokalnej wspólnoty. Z garażu, w którym stał samochód proboszcza, dobiegły odgłosy walki i wołanie o pomoc. Ktoś wezwał policję.
Funkcjonariusze przybyli błyskawicznie. Na miejscu zastali scenę, której nie zapomną do końca życia. Z posesji próbował uciec mężczyzna w kominiarce. Policjant wyjął kluczyk ze stacyjki jego samochodu, a następnie z pomocą osób postronnych obezwładnił napastnika. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że w garażu leży konający człowiek.
Ksiądz Grzegorz Dymek miał 58 lat. Proboszczem parafii NMP Fatimskiej był od chwili jej powstania w 1998 roku. To on otrzymał zlecenie utworzenia nowej wspólnoty i budowy kościoła. Od tego czasu nieprzerwanie pełnił swoją posługę. Mieszkał na plebanii, był blisko ludzi. Parafianie wspominają go jako człowieka ciepłego, oddanego swojej pracy. „Był ze swoimi wiernymi od początku” – mówili.
***
Tego wieczoru wrócił do domu jak zwykle. Nie wiedział, że w otwartym garażu czeka na niego ktoś, kto obserwował jego posesję. Gdy tylko wjechał na teren plebanii, został zaatakowany. Napastnik przewrócił go na podłogę. Ksiądz bronił się, wzywał pomocy. Walka była krótka, ale intensywna. Sprawca skrępował ręce duchownego plastikowymi opaskami zaciskowymi, tzw. trytytkami. Następnie owinął mu głowę taśmą foliową i streczową, szczelnie zatykając usta oraz nos.
To był moment, w którym sytuacja wymknęła się spod kontroli. Ksiądz Grzegorz Dymek przestał oddychać. Udusił się. Sekcja zwłok wykazała później, że bezpośrednią przyczyną śmierci było gwałtowne uduszenie w mechanizmie zamknięcia otworów oddechowych. Brat ofiary, Andrzej Dymek, w rozmowie z „Faktem” mówił z bólem: „Mój brat nie umarł zwykłą śmiercią. Sekcja zwłok wykazała, że pękły mu płuca. On się męczył”.
Sprawcą okazał się 52-letni Tomasz Jelonek, były policjant. Zatrzymany na miejscu zbrodni, trafił w ręce wymiaru sprawiedliwości. Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Rejonową w Częstochowie ujawniło motyw, który brzmi niemal banalnie w obliczu tragedii, jaka się dokonała. Tomasz Jelonek miał długi. Wiedział, że po kolędzie na plebanii przechowywane są pieniądze. Według ustaleń, kilka dni wcześniej przypadkowo usłyszał w sklepie rozmowę o znacznych środkach finansowych pochodzących z datków wiernych. Podczas mszy ksiądz Dymek miał poinformować, że zebrano 80 tysięcy złotych. To było wystarczające, by w głowie zdesperowanego człowieka narodził się plan.
Plan, który nie przewidywał morderstwa. A przynajmniej tak twierdziła obrona. Adwokat przekonywał, że jego klient działał w ciemności i podczas szarpaniny, a zgon duchownego był nieumyślnym, nieszczęśliwym wypadkiem. Tomasz Jelonek przyznał się do zaplanowania kradzieży, ale kategorycznie zaprzeczał, by chciał zabić.
Sąd Okręgowy w Częstochowie, który rozpoznawał sprawę w pierwszej instancji, stanął przed trudnym zadaniem. W marcu 2026 roku uznał, że sprawca działał z zamiarem ewentualnym zabójstwa – to znaczy, że nie chciał śmierci księdza, ale godził się na nią, zadając ciosy i krępując ofiarę w sposób, który mógł zakończyć się tragicznie. Wymierzył karę 20 lat pozbawienia wolności.
Wyrok nie zadowolił nikogo. Prokuratura domagała się dożywocia, argumentując, że Jelonek miał bezpośredni zamiar pozbawienia życia duchownego. Obrońcy chcieli uniewinnienia od zarzutu zabójstwa, przekonując, że ich klient chciał tylko okraść księdza. Obie strony złożyły apelacje.
***
23 września 2026 roku Sąd Apelacyjny w Katowicach ogłosił wyrok. Kara została zaostrzona do 30 lat więzienia. Przewodniczący składu orzekającego, sędzia Gwidon Jaworski, uzasadniał decyzję wyjątkowym okrucieństwem sprawcy. Zwrócił uwagę, że w narzędziach zabranych przez Tomasza Jelonka na plebanię nie było noża, broni palnej ani paralizatora. „Tego typu narzędziami zazwyczaj posługują się osoby, które chcą dokonać pozbawienia życia” – mówił sędzia Jaworski. Z drugiej strony podkreślił, że sposób działania sprawcy – owijanie ust i nosa księdza oraz krępowanie jego rąk – sprawił, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. „Tomasz J. godził się ze skutkiem śmiertelnym, choć wcześniej tego nie zakładał; mógł też zachować się inaczej, np. odepchnąć duchownego i uciec”.
Sąd Apelacyjny podzielił pogląd, że sprawca nie miał bezpośredniego zamiaru zabójstwa, ale jednocześnie uznał, że kara 20 lat była rażąco łagodna. „Żadna kara nie cofnie tragedii, ale sąd nie mógł pominąć wyjątkowego okrucieństwa sprawcy” – podkreślał sędzia Jaworski.
Analiza psychologiczna tej zbrodni prowadzi do kilku gorzkich wniosków. Tomasz Jelonek był byłym policjantem. Znał procedury, wiedział, jak obezwładnić człowieka. To, co dla przeciętnego przestępcy byłoby chaotycznym aktem desperacji, dla niego mogło być – przynajmniej w założeniu – działaniem metodycznym. Skrępowanie rąk, owinięcie głowy taśmą – to techniki, które mają na celu całkowite podporządkowanie ofiary. Problem w tym, że taśma foliowa szczelnie zatykająca usta i nos nie pozostawia marginesu błędu. Wystarczy kilka minut, by doszło do uduszenia.
***
Czy Jelonek zdawał sobie z tego sprawę? Prokuratura twierdziła, że tak. Obrona przekonywała, że działał w ciemności, spanikowany. Sąd stanął po stronie tej drugiej wersji, ale tylko w zakresie zamiaru. Bo w zakresie skutku – śmierci człowieka – nie było już żadnych wątpliwości. Ksiądz Grzegorz Dymek zginął w męczarniach, walcząc o każdy oddech, podczas gdy jego oprawca przeszukiwał plebanię w poszukiwaniu pieniędzy.
Kłobuck to niewielka społeczność. Parafia NMP Fatimskiej liczy kilkanaście tysięcy wiernych. Śmierć proboszcza, który przez 27 lat budował tę wspólnotę od podstaw, była ciosem, po którym trudno się otrząsnąć. Brat zamordowanego księdza, Andrzej Dymek, po ogłoszeniu wyroku nie krył emocji. „Dziękuję sądowi, że skazał go na 30 lat więzienia, to sprawiedliwy wyrok” – mówił. Ale nawet sprawiedliwy wyrok nie przywróci życia człowiekowi, który zginął, bo ktoś inny postanowił, że jego potrzeby są ważniejsze niż ludzkie życie.
Tomasz Jelonek spędzi w więzieniu 30 lat. Wyjdzie na wolność jako 82-letni mężczyzna. To kara surowa, ale czy wystarczająca? Dla rodziny ofiary – prawdopodobnie nigdy nie będzie wystarczająca. Dla lokalnej społeczności – to zamknięcie pewnego etapu, ale rana wciąż pozostaje otwarta. A dla samego sprawcy – to czas, w którym będzie musiał zmierzyć się z tym, co zrobił.
Na plebanii przy ulicy Kochanowskiego w Kłobucku nadal stoi kościół, który ksiądz Grzegorz Dymek wybudował. W niedzielę wierni gromadzą się na mszach. Wspominają swojego proboszcza. I być może zadają sobie pytanie, które nie ma dobrej odpowiedzi: jak to możliwe, że w tak zwyczajny lutowy wieczór, w miejscu, które powinno być bezpieczną przystanią, dokonała się zbrodnia tak brutalna i tak niepotrzebna.