Zabójstwo staruszków. Przeżyli razem kilkadziesiąt lat. Umarli jednego dnia, ale nie była to spokojna śmierć. Zabójca obszedł się z parą staruszków brutalnie i pomimo upływu kilkunastu lat od zbrodni, do tej pory go nie znaleziono.
Kończył się kwiecień 2012 roku. Był wtorek, dzień zaczął się spokojnie w domu małżeństwa B. – Jadwigi i Franciszka. 86-latka i starszy od niej o rok mąż mieszkali sami, ale radzili sobie całkiem nieźle. Korzystali wprawdzie z okazjonalnej pomocy młodszych członków rodziny oraz dwóch opiekunek z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, ale wciąż cieszyli się w miarę dobrym zdrowiem i sprawnością umysłu.
Na poranek, 24 kwietnia, Franciszek miał zaplanowany wyjazd do przychodni, na badania. Mężczyzna zjadł z żoną śniadanie i niedługo potem w ich domu, w położonej w Orzeszu dzielnicy Zawiść, pojawił się syn państwa B. To on miał zawieźć ojca do ośrodka zdrowia. Z kolei po Jadwigę przyjechał jej zięć – kobieta wybrała się z nim do jednego z pobliskich sklepów.
– Teściowa zadzwoniła rano, bo ona mieszka niedaleko, żeby zawieźć ją do sklepu. Mówiła, że słabo się czuje. Powiedziałem, że przyjadę i przyjechałem za chwilę – opowiadał w programie „997” zięć Jadwigi i Franciszka.
Ofiary w kałużach krwi
Około godziny 9 rano pod dom państwa B. przy ulicy Pasieki podjechał samochód ich zięcia z którego wysiadła Elżbieta z zakupami. Mężczyzna pomógł jej wnieść rzeczy do środka i niedługo potem odjechał. Całą scenę widziało kilku sąsiadów. Wkrótce do drzwi B. zapukał listonosz. To był dzień, w którym Jadwiga otrzymywała emeryturę. Pracownica poczty przyniosła jej należne 900 zł. Niedługo wcześniej z przychodni powrócił Franciszek.
Około południa pod drzwiami domu państwa B. zjawiła się opiekunka z MOPS-u, przyszła z regularną wizytą, chcąc sprawdzić jak czują się seniorzy. Pomimo wielokrotnego pukania, nikt jej nie otworzył. W końcu postanowiła nacisnąć klamkę. Ku jej zaskoczeniu, drzwi ustąpiły. Kobieta weszła do środka. W jednym z kolejnych pomieszczeń jej oczom ukazał się makabryczny widok – Jadwiga i Franciszek leżeli na podłodze w kałużach krwi.
Roztrzęsiona kobieta sięgnęła po telefon i wybrała numer alarmowy. Około godziny 11.40 połączenie odebrał dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Mikołowie:
– Halo, dzwonię z Orzesza, z domu przy ulicy Pasieki. Są tu dwie ranne osoby. Jestem pracownicą ośrodka pomocy społecznej, przyszłam z wizytą. Nie wiem czy nadal żyją – powiedziała.
– Rozumiem. Już wysyłam karetkę i radiowóz. Proszę pozostać na miejscu – zarządził dyspozytor.
Wkrótce pod zadbany, pomalowany na biało dom podjechały wezwane przez kobietę służby ratunkowe. Policjanci i sanitariusze bez zbędnej zwłoki wbiegli do budynku. Jeden z pracujących na miejscu zbrodni mundurowych orzekł potem, że ktoś dokonał rzezi na staruszkach i niestety miał rację. Niedługo potem okazało się, że na ratunek dla Jadwigi jest już za późno. Lekarze orzekli jej zgon. Franciszek natomiast jeszcze żył, szybko więc przygotowano go do przetransportowania do szpitala. Aby przyspieszyć proces, wezwano Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Śmigłowiec z mężczyzną na pokładzie wzbił się w powietrze, ale nieprzytomny Franciszek umarł w trakcie transportu. Sanitariusze nie byli w stanie mu pomóc.
Nie poddali się łatwo
Jadwiga i Franciszek B. byli lubianą w okolicy parą. Uchodzili też za ludzi majętnych. To przekonanie wiązało się z tym, że w przeszłości prowadzili własny biznes – fermę kurzą. Nawet jeśli rzeczywiście mieli trochę więcej pieniędzy niż inni, nie obnosili się z tym. Przeżyli razem 60 lat. Mieli dwoje dzieci – syna i córkę. W przeszłości przeżyli tragedię, bo ich córka umarła przedwcześnie.
– Była nauczycielką, bardzo dobrą polonistką w miejscowej Szkole Podstawowej nr 6 – mówili lokalnym dziennikarzom sąsiedzi.
Śmierć państwa B. wstrząsnęła tamtejszą społecznością. Nikt nie sądził, że znane i lubiane małżeństwo seniorów skończy w taki sposób. W dodatku w dzielnicy Zawiść nigdy nie było niebezpiecznie, o jakimkolwiek zabójstwie nikt wcześniej nie słyszał, nie wspominając już o przestępstwach w ogóle. Ludzie czuli się tam tak swobodnie, że jak przyznali potem niektórzy, nie zamykali nawet na noc drzwi domów ani samochodów na klucz.
– Żyli w zgodzie, byli otwarci na ludzi, chętnie gościli sąsiadów – mówili okoliczni mieszkańcy pytani przez dziennikarza „Dziennika Zachodniego” o usposobienie zamordowanych. – Nie rozumiem, jak mogło dojść do aż takiego aktu bestialstwa.
Przez jakiś czas po podwójnym zabójstwie ludzie czuli się zastraszeni, stali się ostrożniejsi. Nikt nie chciał podzielić losu małżeństwa B.
Zabójstwo staruszków
Śląska policja miała natomiast twardy orzech do zgryzienia. Rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę śledztwo. W skład grupy, która prowadziła dochodzenie weszli najlepsi policjanci, część z nich pracowała wcześniej przy sprawie zabójstwa Madzi z Sosnowca.
Przesłuchano sąsiadów, pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, krewnych i znajomych pary, razem około 100 osób. Ciężko było znaleźć kogoś, kto życzył staruszkom źle. W zasadzie nikt nie mówił o nich inaczej niż w pozytywnym tonie.
– Byli to ludzie bardzo zaradni, bardzo pracowici. Jadwiga miała szósty zmysł, umiała załatwiać interesy – mówiła jedna z krewnych państwa B.
Ciała zamordowanych trafiły na sekcję.
– Na pewno nie był to upadek ze schodów – powiedział „Dziennikowi Zachodniemu” wiceszef Prokuratury Rejonowej w Mikołowie, Mariusz Jeziorowski.
I miał całkowitą rację. Patolodzy orzekli, że bezpośrednią przyczyną śmierci Jadwigi B. były rany, które kobieta miała na klatce piersiowej i brzuchu. Oprawca zadał je ostrym narzędziem. Zadane ze sporą siłą dźgnięcia spowodowały krwotok do jamy brzusznej. Kobieta miała też złamaną żuchwę, co świadczyło o tym, że napastnik musiał uderzyć ją silnym ciosem w twarz. Z kolei mężczyzna doznał rozległych obrażeń głowy – oberwał w okolicę skroniowo-ciemieniową. Patolog orzekł, że cios mógł zostać zadany obuchem siekiery bądź łomem. W wyniku tego ataku napastnik złamał Franciszkowi podstawę czaszki. 87-latek doznał również stłuczenia mózgu. Wskutek odniesionych obrażeń wykrwawił się i nie było dla niego szans na ratunek.
Małżeństwo B., mimo zaawansowanego wieku, nie chciało łatwo poddać się oprawcy. Na ich ciałach patolog ujawnił też obrażenia obronne.
Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 2/2025 (tekst Leny Figirskiej pt. To była rzeź). Cały numer do kupienia TUTAJ.