Zabójstwo w Warszawskim Ursusie. Jest wyrok

Do morderstwa doszło w niedzielę wielkanocną w 2024 r. Rodzina, która przybyła w odwiedziny do swoich bliskich odkryła w domu ciała czterech osób — Zygmunta M., jego żony Anny oraz teściów mężczyzny. Trzy ofiary miały rany tłuczone i kłute. Natomiast Zygmunt M. popełnił samobójstwo.

Początkowo śledczy sądzili, że było to tzw. samobójstwo rozszerzone. Mężczyzna miał zabić swoją żonę i teściów, po czym odebrać sobie życie. Świadczyć o tym miał chociażby list pożegnalny zostawiony na miejscu.

Po dokładniejszym zbadaniu miejsca zbrodni i zabezpieczeniu śladów funkcjonariusze wpadli jednak na trop Ihora L. i ustalili, że był w domu Zygmunta M. Ukraińca zarejestrował monitoring. W jego telefonie znaleziono też 68 połączeń z Zygmuntem M., w tym trzy ostatnie w dniu zbrodni. Oprócz tego na swetrze Ihora L. zabezpieczono ślady krwi należące do jednej z ofiar.

Ihor L. został zatrzymany. Prokuratura postawiła mu zarzuty potrójnego zabójstwa dokonanego wspólnie i w porozumieniu ze Zygmuntem M. Proces w tej sprawie ruszył we wrześniu 2025 roku, a w czwartek odbyła się ostatnia rozprawa. W jej trakcie strony wygłosiły mowy końcowe.

Prokurator Ewelina Ostrowska wniosła o dożywocie, wskazując m.in. na motyw ekonomiczny zbrodni. — Nie jest możliwe, aby tego czynu dokonał sam Zygmunt M. (…) Nie jest możliwe, aby użył trzech różnych narzędzi do zamordowania — mówiła na sali rozpraw prok. Ostrowska.

O dożywocie dla Ihora L. i zadośćuczynienie dla rodziny ofiar wnosiła też ich pełnomocniczka. Natomiast obrońca Ihora L. adwokat Piotr Mrowiński wniósł o jego uniewinnienie, argumentując m.in., że na miejscu zdarzenia nie było żadnych dowodów wskazujących na winę oskarżonego oraz że jego klient nie miał motywu, by dokonać tej zbrodni.

— Nie miałem z tym nic wspólnego. (…) Jestem obcokrajowcem i przyjechałem tu zarobić — mówił na sali rozpraw Ihor L.

Po mowach końcowych sędzia Izabela Ledzion zarządziła przerwę, po której ogłosiła wyrok. Sąd Okręgowy w Warszawie uznał Ihora L. za winnego zarzucanych mu czynów i wymierzył mu karę 25 lat więzienia. Sąd nakazał też mężczyźnie zapłatę zadośćuczynienia w kwocie po 50 tys. zł dla pokrzywdzonych członków rodziny.

W ustnym uzasadnieniu sędzia podkreśliła, że nie wiadomo, jaka była rola oskarżonego, natomiast był on na miejscu zdarzenia, o czym świadczą m.in. logowania i połączenia telefoniczne. Zaznaczyła, że współudział to też obecność na miejscu zbrodni. Jednocześnie wskazała na ślady biologiczne jednej z ofiar, które znaleziono na swetrze oskarżonego.

Sędzia zauważyła, że z materiału dowodowego wynika, że Zygmunt M. miał konflikt z żoną i czuł się niedowartościowany w rodzinie. — Czuł się osobą pokrzywdzoną i chciał odpłacić rodzinie — mówiła w uzasadnieniu. Dodała, że jako wspólnika wziął Ihora L. Natomiast jako motyw wymieniła kwestie ekonomiczne. Wskazała, że oskarżony pracował na budowie, pił i często go wyrzucali z pracy, dlatego potrzebował środków na życie.

Zdaniem sądu zbrodnia była wyjątkowo brutalna. — Takie działanie wskazuje na rozluźnienie wszelkich hamulców moralnych — oceniła sędzia. Wyrok jest nieprawomocny.

Źródło: wiadomosci. onet.pl