Zabójstwo Wisławy Spacer przez kilkanaście lat było niewyjaśnione. W połowie 2023 roku sprawa trafiła na biurko policjantów z Zespołu ds. Przestępstw Niewykrytych Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu – jednostki znanej szerzej jako „Archiwum X”. Policjanci z Archiwum X mają do dyspozycji nowoczesne metody badawcze, dostęp do baz danych, a przede wszystkim – czas. Nie działają pod presją mediów ani polityków. Mogą spokojnie analizować akta, wracać do starych dowodów, zlecać ponowne badania. I chyba dopadli zabójcę!
Piła roku 2008 to miasto na zakręcie własnej historii. Dawna stolica województwa pilskiego, które zlikwidowano w ramach reformy administracyjnej w 1999 roku, powoli otrząsała się z utraty statusu. Garnizon wojskowy, niegdyś jeden z większych w kraju, został zredukowany do minimum; ostatnie jednostki lotnicze z samolotami Su-22 odeszły do historii kilka lat wcześniej. Miasto liczyło sobie niespełna siedemdziesiąt pięć tysięcy mieszkańców i żyło rytmem typowym dla prowincjonalnej Wielkopolski. W czerwcu 2008 roku oddano do użytku nowy odcinek obwodnicy śródmiejskiej, łączący drogę krajową nr 11 z wojewódzką nr 179 – wydarzenie, które na krótko zdominowało lokalne gazety. Nikt wtedy nie przypuszczał, że w cieniu tych inwestycyjnych triumfów dojrzewa zbrodnia, która na osiemnaście lat pozostanie jednym z najgłośniejszych nierozwiązanych przypadków w regionie.
Ulica Bydgoska to jedna z głównych arterii Piły, biegnąca od centrum w kierunku północnym. W 2008 roku dominowały przy niej trzypiętrowe bloki z wielkiej płyty, zbudowane w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, z charakterystycznymi klatkami schodowymi pachnącymi pastą do podłóg i klopsikami sąsiadów. Mieszkania były tu funkcjonalne, ale ciasne; na klatkach panował swoisty mikrokosmos – wszyscy znali wszystkich, a codzienne rytuały wyznaczały rytm życia. To właśnie w jednym z takich bloków, na drugim piętrze, mieszkała Wisława Pacer.
***
Kobieta miała siedemdziesiąt trzy lata, była emerytowaną pielęgniarką, wdową. Jej mąż zmarł blisko dekadę wcześniej, pozostawiając ją samą w trzypokojowym mieszkaniu, którego okna wychodziły na ruchliwą ulicę i podwórko pełne dziecięcych wrzasków.
Wisława nie narzekała na samotność. Miała trójkę dorosłych dzieci, które regularnie ją odwiedzały, a najczęściej zaglądała do niej córka mieszkająca w tym samym mieście. Sąsiedzi z klatki – zwłaszcza pani Lidia z piętra wyżej, kobieta w podobnym wieku – tworzyli nieformalną sieć wsparcia. Wisława utrzymywała też kontakt z panią Jadwigą z pobliskiego osiedla, z którą niegdyś pracowała w pilskim szpitalu. Czasem zaglądał do niej stary znajomy, pomagając w drobnych naprawach: wymianie uszczelki w kranie, przykręceniu luźnej klamki, naprawie zatrzasku w oknie. Dni mijały jej spokojnie: poranna kawa parzona w szklance, krzyżówki rozwiązywane przy kuchennym stole, wyszywanie obrazków – haftów krzyżykowych z pejzażami i kwiatami – które potem wieszała w całym mieszkaniu. Gdy pogoda dopisywała, godzinami wyglądała przez zawsze uchylone okno; miała kłopoty z sercem i lubiła świeże powietrze. Emeryturę otrzymywała na konto, więc w mieszkaniu nie trzymała gotówki ani cennych rzeczy. Kilka pierścionków i złoty łańcuszek nosiła na sobie, przyzwyczajona do nich jak do drugiej skóry. Żyła cicho, w rytmie własnych przyzwyczajeń i małego, uporządkowanego świata, który wydawał się niezniszczalny.
Niedziela, 1 czerwca 2008
Dzień Dziecka. W całej Polsce dzieci odbierały prezenty, a dorośli wspominali własne dzieciństwo. Do Wisławy Pacer przyszedł wnuk. Miał dwadzieścia lat, studiował, ale jak to w rodzinie bywa – Dzień Dziecka to zawsze dobra okazja, by zajrzeć do babci po parę złotych. Przyszedł przed dziewiątą rano. Sąsiedzi widzieli, jak wchodził do klatki, słyszeli jego kroki na schodach. Wisława przywitała go jak zawsze: ciepło, z pytaniem o studia i zdrowie. Rozmawiali kilkanaście minut. Wnuk wyszedł około dziesiątej. Nikt wtedy nie przypuszczał, że to ostatnie spotkanie babci z wnukiem, które zostanie zapamiętane przez sąsiadów i utrwalone w aktach śledztwa.
W poniedziałek, 2 czerwca, o 9.50 zadzwoniła córka. Rozmowa była krótka, ale spokojna. Wisława powiedziała, że właśnie po porannej kawie rozwiązuje krzyżówki, że czuje się dobrze, że nie potrzebuje niczego. Chwilę wcześniej, około 9.15, sąsiadka Lidia spotkała panią Wisławę na schodach. Kobieta wracała właśnie z podlewania kwiatów sąsiadce, która wyjechała do Niemiec i zostawiła jej klucze. Wymieniły kilka zdań o pogodzie, o tym, że lato w tym roku zapowiada się upalne. Wisława była w dobrej formie, uśmiechnięta, jak zawsze. Lidia poszła na górę, do swojego mieszkania. To było ostatnie potwierdzone spotkanie Wisławy Pacer z kimkolwiek poza mordercą.
Odkrycie
Po południu, około 15.30, Lidia zeszła na dół i zadzwoniła umówionym szyfrem – trzy krótkie dzwonki, które w ich sąsiedzkim języku oznaczały: „Wisławo, to ja, otwórz”. Odpowiedziała jej cisza. Lidia zadzwoniła ponownie, tym razem dłużej. Nic. Zaniepokojona, ale jeszcze nie przerażona, wróciła do siebie. Może Wisława zasnęła? Może wyszła do sklepu? Przecież zawsze uprzedzała, gdy wychodziła, ale może tym razem zapomniała. Wieczorem, około 21.30, Lidia próbowała ponownie. Bez skutku. Zaczęła się denerwować. Wisława nigdy nie znikała na tak długo. Nie chciała jednak niepokoić córki sąsiadki – może ta wie coś, czego Lidia nie wie. Może Wisława pojechała do rodziny? Dopiero następnego dnia rano, 3 czerwca, około dziewiątej, gdy znów nikt nie otwierał, Lidia zadzwoniła do córki Wisławy. Ta poprosiła, by weszła do środka – Lidia od lat miała klucze do mieszkania sąsiadki, na wypadek nagłych sytuacji. Weszła. Otworzyła drzwi i zamarła.
Wisława siedziała w fotelu, przy oknie, z którego lubiła wyglądać. Głowę miała owiniętą ręcznikami. Usta zakneblowane skarpetką i zaklejone taśmą samoprzylepną. Tą samą taśmą przytwierdzono jej ręce do poręczy fotela. Nie żyła. Lidia krzyknęła, wybiegła z mieszkania, wezwała pomoc. Kiedy przyjechała policja i pogotowie, nie było już wątpliwości: to nie był nieszczęśliwy wypadek. To było brutalne zabójstwo.
Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci były rozległe obrażenia czaszkowo-mózgowe spowodowane wielokrotnymi uderzeniami tępym narzędziem, prawdopodobnie młotkiem. Kobieta zmarła od wielu ciosów. Portfel seniorki był pusty – zniknęły wszystkie pieniądze, które miała przy sobie. Śledczy zabezpieczyli liczne ślady: fragmenty taśmy samoprzylepnej, strzępy skarpetki, ślady biologiczne na ręcznikach i na poręczy fotela. Wszystko zostało dokładnie opisane, sfotografowane, zapakowane w koperty i złożone w magazynie dowodów. Mimo intensywnego śledztwa, przez wiele lat tożsamość mordercy pozostawała tajemnicą.
Śledztwo, które utknęło w martwym punkcie
Policjanci z Komendy Powiatowej w Pile przesłuchali wszystkich mieszkańców bloku przy ulicy Bydgoskiej. Sąsiedzi zeznawali, że Wisława była osobą ostrożną, nie otwierała drzwi nieznajomym. To znaczyło jedno: morderca musiał być kimś, kogo znała, komu ufała. Może członkiem rodziny? A może sąsiadem? Może starym znajomym? Śledczy sprawdzili alibi wszystkich bliskich. Wnuk, który odwiedził babcię w niedzielę, miał alibi na poniedziałek. Córka była w pracy. Syn mieszkał za granicą. Sąsiedzi potwierdzali, że nikt obcy nie kręcił się po klatce. Sprawa utknęła w martwym punkcie.
Przez kolejne miesiące policja wracała do akt, analizowała zeznania, próbowała znaleźć jakieś przeoczone szczegóły. Biegli badali ślady biologiczne, ale ówczesne metody nie pozwalały na wyodrębnienie profilu DNA z tak znikomej ilości materiału. Taśma samoprzylepna, którą skrępowano ofiarę, została zabezpieczona, ale nie udało się z niej uzyskać wystarczająco czystej próbki. Śledztwo zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy. Sprawa trafiła do archiwum, ale nie została zapomniana. Rodzina Wisławy Pacer przez lata domagała się wznowienia postępowania. Sąsiedzi z ulicy Bydgoskiej nie przestali mówić o zbrodni. W lokalnej prasie co jakiś czas pojawiały się artykuły przypominające o nierozwiązanej sprawie. Ale morderca wciąż był na wolności.
Archiwum X wkracza do akcji
W połowie 2023 roku sprawa zabójstwa Wisławy Pacer trafiła na biurko policjantów z Zespołu ds. Przestępstw Niewykrytych Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu – jednostki znanej szerzej jako „Archiwum X”. To specjalny wydział, który zajmuje się wyłącznie nierozwiązanymi zbrodniami sprzed lat. Policjanci z Archiwum X mają do dyspozycji nowoczesne metody badawcze, dostęp do baz danych, a przede wszystkim – czas. Nie działają pod presją mediów ani polityków. Mogą spokojnie analizować akta, wracać do starych dowodów, zlecać ponowne badania.
W przypadku sprawy Wisławy Pacer kluczowe okazały się zabezpieczone przed laty ślady biologiczne. Śledczy ponownie przeanalizowali akta sprawy oraz materiał dowodowy. Wykorzystując nowoczesne, wysoce czułe metody badań genetycznych, poddali analizie m.in. strzępy taśmy samoprzylepnej, którą skrępowano pokrzywdzoną. Tym razem udało się uzyskać pełny profil DNA. Wynik był jednoznaczny: profil należał do wnuka ofiary, wówczas dwudziestoletniego, a dziś czterdziestoletniego Damiana B..
To był przełom. Policjanci z Archiwum X we współpracy z Prokuraturą Okręgową w Poznaniu zgromadzili dodatkowe dowody. Sprawdzili przeszłość Damiana B. Okazało się, że mężczyzna był wielokrotnie notowany za przestępstwa kryminalne – kradzieże, rozboje, przemoc. W chwili popełnienia zbrodni miał dwadzieścia lat, dziś ma czterdzieści cztery. Przez osiemnaście lat cieszył się wolnością, zakładał rodzinę, pracował, żył normalnie – podczas gdy jego babcia leżała w grobie, a sprawa jej śmierci pozostawała nierozwiązana.
Zatrzymanie
W dniu publikacji tego reportażu, 30 września 2026 roku, wielkopolska policja poinformowała o zatrzymaniu Damiana B. Mężczyzna został zatrzymany w swoim mieszkaniu w Poznaniu, gdzie mieszkał od kilku lat. Był zaskoczony – nie spodziewał się, że po osiemnastu latach ktoś zapuka do jego drzwi z zarzutem zabójstwa babci. Został doprowadzony do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, gdzie usłyszał zarzut zabójstwa Wisławy Pacer. Podczas przesłuchania nie przyznał się do winy. Twierdził, że w dniu zbrodni był zupełnie gdzie indziej, że nie ma nic wspólnego ze śmiercią babci, że to jakaś pomyłka. Ale dowody były nieubłagane. Na wniosek prokuratora Sąd Rejonowy w Poznaniu zdecydował o zastosowaniu wobec czterdziestoczterolatka tymczasowego aresztu. Za zabójstwo grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Portret sprawcy
Kim jest Damian B.? Z akt sprawy wynika, że w chwili popełnienia zbrodni był młodym mężczyzną, który nie potrafił ułożyć sobie życia. Miał dwadzieścia lat, studiował, ale nauka szła mu opornie. Wpadł w złe towarzystwo. Zaczął kraść, brać narkotyki, wdawać się w bójki. Rodzina próbowała mu pomóc, ale on odrzucał każdą pomoc. Babcia Wisława była jedną z niewielu osób, które jeszcze mu ufały. Dawała mu pieniądze, gdy przychodził „po parę złotych”. Nie oceniała, nie krytykowała. Była babcią – ciepłą, wyrozumiałą, może zbyt naiwną. A on? On przyszedł do niej w Dzień Dziecka, wziął pieniądze, wyszedł. A następnego dnia wrócił. Tym razem nie po to, by prosić. Tym razem po to, by zabić.
Dlaczego to zrobił? Na to pytanie odpowiedzą śledczy i biegli psychiatrzy. Może chodziło o pieniądze – emerytura Wisławy, choć skromna, mogła wydawać się łupem. A może o coś więcej: o gniew, o frustrację, o poczucie odrzucenia. Być może o narkotyki – w 2008 roku Damian B. miał już na koncie pierwsze wyroki za kradzieże. Może o wszystko naraz. Jedno jest pewne: zadał wiele ciosów. Nie zrobił tego w afekcie, nie w jednej chwili szaleństwa. Związał ręce babci, zakneblował usta, owinął głowę ręcznikiem. A potem uderzał młotkiem, raz za razem, aż przestała oddychać. To nie było zabójstwo w afekcie. To była egzekucja.
Osiemnaście lat ciszy
Przez osiemnaście lat Damian B. żył tak, jakby nic się nie stało. Zmienił miejsce zamieszkania, znalazł pracę, być może założył rodzinę. Może czasem myślał o tamtym czerwcowym poranku, o babci siedzącej w fotelu, o młotku w dłoni. A może wypierał to ze świadomości, zakopywał głęboko, aż w końcu sam uwierzył, że to nie on. Tak działa mechanizm obronny ludzkiej psychiki: jeśli przez wystarczająco długo powtarzasz kłamstwo, staje się ono twoją prawdą. Ale DNA nie kłamie. Taśma samoprzylepna, którą skrępował ręce babci, zachowała jego ślad – mikroskopijne komórki naskórka, pot, może łzy. Przez osiemnaście lat czekały w policyjnym magazynie, aż technologia dogoni zbrodnię.
Sprawiedliwość po latach
Czy sprawiedliwość po osiemnastu latach ma jeszcze sens? Rodzina Wisławy Pacer przez lata żyła w zawieszeniu. Dzieci straciły matkę, wnuki – babcię. Sąsiedzi z ulicy Bydgoskiej przez długi czas bali się otwierać drzwi nieznajomym. Lokalna społeczność Piły nie zapomniała o zbrodni. A Damian B.? Przez osiemnaście lat jadł, spał, śmiał się, może nawet kochał. To nie jest sprawiedliwość. To jest tylko jej namiastka. Ale dla bliskich Wisławy Pacer to ważne. Wiedzą, że sprawca nie uniknie odpowiedzialności. Że po latach ktoś w końcu powiedział: „Sprawdzamy to jeszcze raz”. I że to „jeszcze raz” przyniosło efekt.
Zbrodnia na ulicy Bydgoskiej to przypomnienie, że zbrodnia nie zna granic wieku, płci ani relacji rodzinnych. Mordercą może być ten, kto powinien chronić. Ofiarą – ten, kto powinien być otoczony opieką. Wisława Pacer była staruszką, która chciała tylko spokojnie dożyć końca w swoim mieszkaniu, wśród haftowanych obrazków i krzyżówek. Zamiast tego została skatowana młotkiem przez własnego wnuka. Przez osiemnaście lat jej sprawa leżała w archiwum, zapomniana przez wymiar sprawiedliwości, ale nie przez rodzinę. Dziś, gdy Damian B. trafił do aresztu, możemy mieć nadzieję, że sprawiedliwość – choć spóźniona – wreszcie zatriumfuje.
Piła, wrzesień 2026
Ulica Bydgoska wygląda dziś inaczej. Bloki zostały odnowione, klatki schodowe wyremontowano, na podwórkach pojawiły się place zabaw. Sąsiedzi z tamtych lat częściowo się wyprowadzili, częściowo pomarli. Pani Lidia, która znalazła ciało Wisławy, już nie żyje. Córka Wisławy Pacer nadal mieszka w Pile, choć unika rozmów z dziennikarzami. Dla niej sprawa nigdy się nie skończyła – dopiero teraz, po osiemnastu latach, może odetchnąć z ulgą. Damian B. siedzi w areszcie. Czeka na proces i wyrok. Czeka na sprawiedliwość, która – jak się okazuje – nie zna terminu przedawnienia.
Epilog
W miesięczniku „Detektyw” wielokrotnie opisywaliśmy sprawy, które przez lata pozostawały nierozwiązane. Sprawa Wisławy Pacer jest jedną z tych, które pokazują, że nawet po osiemnastu latach można znaleźć sprawcę. Wystarczy jeden ślad, jedna cząsteczka DNA, jeden policjant, który nie odpuszcza. Archiwum X w Poznaniu ma na koncie wiele sukcesów. Sprawa z Piły jest kolejnym dowodem na to, że warto wracać do starych akt, że warto przełamywać rutynę i że warto walczyć o sprawiedliwość – nawet jeśli wydaje się, że jest już za późno.
Dla Wisławy Pacer sprawiedliwość przyszła osiemnaście lat za późno. Ale przyszła. Jej wnuk, Damian B., usłyszał zarzut zabójstwa. Grozi mu dożywocie. To nie przywróci życia starszej pani, nie ukoi bólu jej dzieci, nie cofnie tamtego czerwcowego poranka. Ale to jedyne, co możemy zrobić: wymierzyć sprawiedliwość, nawet jeśli spóźnioną. I pamiętać. Bo pamięć jest formą sprawiedliwości – najbardziej trwałą i najbardziej ludzką.