Zaginięcie Bożeny Świderskiej

Jest słoneczny poranek 1 września 2009 roku, gdy pani Genowefa Myślińska z Tychów szykuje się do wyjścia. Dwa dni wcześniej kobieta wróciła z urlopu w Ustce i chciałaby zadbać o kondycję włosów, dlatego wybiera się do salonu fryzjerskiego, z którego usług korzysta regularnie od lat. Jest już gotowa do wyjścia, gdy słyszy dzwonek telefonu komórkowego. To jej zięć, Bogumił Świderski. Słowa, które słyszy z jego ust, sprawiają, że serce zaczyna bić jej, jak szalone: „Bożenka zaginęła”.

Bożena Świderska to jedyna córka Genowefy i Franciszka Myślińskich. Urodziła się w Katowicach w 1957 roku. Pierwsze 4 lata życia spędziła z rodzicami w tym mieście. W 1961 roku rodzina przeprowadziła się do Tychów. Z okien bloku, w którym zamieszkali, widać było przedszkole i szkołę podstawową. Mała Bożenka bardzo dobrze się uczyła, była zaradna i ambitna. Zawsze realizowała powzięte plany.

– Córka uwielbiała czytać książki i grać na pianinie – mówi jej mama, Genowefa Myślińska. – To była spokojna dziewczyna, nigdy nie sprawiała nam żadnych problemów wychowawczych. W ósmej klasie zrezygnowała ze szkoły muzycznej, bo chciała skupić się na nauce. Poza tym, Bożenka uwielbiała podróżować. Do dziś mam pluszowego pieska, samojeda, którego córka przywiozła z podróży do Rosji. Ale podróżowała też między innymi do Włoch. W trakcie jednej z wycieczek skradziono jej nawet torebkę. Jednak to nie powstrzymywało jej przed wyjazdami, tym bardziej, że znała język rosyjski i angielski, dlatego nie miała żadnych problemów z porozumiewaniem się w czasie wyjazdów zagranicznych.

Po studiach pracowała w spółdzielni, która zatrudniała studentów. Wielu młodych ludzi skorzystało z okazji i podejmowali zatrudnienie, by odciążyć rodzinny budżet. W pracy poznała swojego przyszłego męża, Bogumiła, który był zawodowym kierowcą. Jednak ich znajomość była wówczas koleżeńska. Bogumił był żonaty, miał małego synka.

Po skończeniu studiów ekonomicznych, kobieta przez chwilę jeszcze mieszkała z rodzicami, ale w 1982 roku kupili jej mieszkanie w bloku przy ulicy Zaręby w Tychach. Kobieta przeprowadziła się tam wkrótce po zakupie. Kilka lat później rozpoczęła pracę w firmie swojego kuzyna, Zbigniewa. Każdego dnia dojeżdżała do pracy do Katowic.

– Bożena była odpowiedzialna za sprawy kadrowe, księgowe oraz za sekretariat – mówi pan Zbigniew. – Na początku, kiedy w 1989 roku zakładaliśmy spółkę, szukałem ludzi zaufanych. Wiedziałem, że Bożenka doskonale sprawdzi się na powierzonym jej stanowisku. Problem polegał tylko na tym, że nie było bezpośredniego połączenia żadnym środkiem komunikacji miejskiej z jej osiedla do katowickich Piotrowic. Żeby dojechać do pracy, Bożena musiała się przesiadać, a czasami nie udawało jej się zdążyć na drugi z autobusów, dlatego łapała okazję. Martwiliśmy się o nią, widzieliśmy, że dojazdy do pracy były bardzo dokuczliwe. Kiedyś nawet zaproponowałem, że podarujemy jej używany samochód po córce, albo kiedy sprzedawaliśmy nasze mieszkanie na Piotrowicach, spytaliśmy, czy nie chciałaby sprzedać swojego mieszkania w Tychach i kupić naszego. Miałaby wówczas bardzo blisko do pracy. Nie skorzystała z żadnej z tych propozycji.

W tym czasie, przyszły mąż przebywał w Niemczech wraz z ówczesną żoną i synem. Po kilku latach wrócił jednak do Polski. Choć oficjalnie nie miał jeszcze rozwodu, jego małżeństwo istniało już tylko na papierze. Wkrótce po powrocie do Polski zaczął spotykać się z Bożeną. W 2000 roku wzięli ślub.

Pani Genowefa od początku była przeciwna temu, by córka wyszła za Bogumiła, o czym wyraźnie jej powiedziała.

– Do dziś żałuję słów, które skierowałam do córki – mówi po latach. – Powiedziałam jej, że jak będzie miała problemy z mężem, to ma do mnie nie przychodzić na skargę. I nigdy się nie skarżyła. Ale nie wiem, jak dokładnie układało im się w małżeństwie. Wiem natomiast, że córka była osobą bardzo towarzyską, lubiła spędzać czas w gronie rodziny i przyjaciół. Bogumił to domator, nie lubił spotkań towarzyskich, zawsze chciał wychodzić wcześniej, a Bożenka lubiła rozmawiać z bliskimi, lubiła się bawić. Zawsze jednak wychodzili, kiedy mój zięć nie miał ochoty na dalszą zabawę. Ale dla mnie, jako zięć, zawsze był bardzo dobry. Nigdy nie mówił do mnie „teściowa”, tylko „mamusia”. Miałam dobrego zięcia, ale jakiego męża miała moja córka, to tego nie wiem, bo z nimi nie mieszkałam.

Fryzjerka, do której chodziły obie panie, często widywała Bożenę spacerującą z mężem. Zawsze trzymali się za ręce, wyglądali na szczęśliwych. W rozmowach z przyjaciółkami czy z rodziną, kobieta nigdy nie skarżyła się ani na problemy małżeńskie, ani na złe samopoczucie. Zawsze tryskała energią, widoczne było również jej pozytywne nastawienie do życia. Raz tylko rozpłakała się przy panu Zbyszku, skarżąc się na problematyczny dojazd do pracy. Nigdy wcześniej ani nigdy później na nic się nie skarżyła.

W 2000 roku, 43-letnia wówczas Bożena zaszła w ciążę. Niestety, na początku drugiego trymestru poroniła, co było dla niej niezwykle bolesnym doświadczeniem. Choć bardzo chciała mieć dzieci, wiedziała, że prawdopodobnie nigdy już nie zostanie mamą.

– O ciąży dowiedziałam się dość późno – wspomina pani Genowefa. – Bardzo się cieszyliśmy z mężem. Ale nasza radość trwała zaledwie tydzień, bo córka straciła swoje upragnione dziecko.

18 sierpnia 2009 roku Bożena i Bogumił pakują walizki do samochodu i ruszają w drogę. Przed nimi bardzo długa 700-kilometrowa podróż. Po dotarciu do Ustki spotykają się z rodzicami Bożeny, Genowefą i Franciszkiem, którzy przebywają w tym mieście od 4 dni. W Ustce pojawili się nie tylko w celach wypoczynkowych, ale przede wszystkim rehabilitacyjnych. Ich córka z zięciem przyjechali jednak, by odpocząć. Z tego względu nocują w innych pensjonatach, jednak codziennie się spotykają przy każdym posiłku, ponieważ Bożena wraz z mężem mają wykupione wyżywienie w pensjonacie, w którym mieszkają rodzice.

Niemal każdego dnia w trakcie urlopu rodzice wybierali się na spacery. Umawiali się z Bożeną i Bogumiłem, jednak zazwyczaj córka przychodziła na spotkania sama. Mąż wolał odpoczywać w wynajętym pokoju.

Wszystkim bardzo podoba się w Ustce, chcą wybrać się tam ponownie za rok. Ustalają, że jeśli Świderscy zmienią samochód na większy, to będzie im wygodniej podróżować.

– Najpierw musimy dożyć i być zdrowi – stwierdza Bogumił.

29 sierpnia 2009 roku cała czwórka wsiada do samochodu Świderskich i o godzinie 10 wyjeżdżają z Ustki. Za kierownicą siedzi Bogumił, obok niego Genowefa, a na tylnej kanapie Bożena z tatą. Po drodze zatrzymują się w przydrożnej restauracji na obiad, zaś o godzinie 16 docierają do Lichenia, gdzie mają zamiar przenocować.

Po zameldowaniu się w pensjonacie, państwo Świderscy z mamą udają się do sanktuarium. W trakcie zwiedzania, Bożena z Bogumiłem wchodzą na dzwonnicę znajdującą się obok kościoła. W tym momencie wszystkie 3 dzwony rozdzwaniają się.

– Mamuś, ale dobry omen! – mówi Bożena do mamy.

– Oby… – odpowiada pani Genowefa.

Następnego dnia, w niedzielę 30 sierpnia o godzinie 18, rodzina dociera do Tychów. Po drodze robią jeszcze zakupy spożywcze, ponieważ obie lodówki świecą pustkami. Zrobienie zakupów zajmuje im około godziny, dlatego o godzinie 19 parkują pod blokiem, w którym mieszkają rodzice.

W poniedziałek, 31 sierpnia 2009 roku, Bożena sprząta, pierze ubrania, a potem szykuje się do wyjścia. Kwadrans przed godziną 14 wraz z mężem zjawiają się w mieszkaniu rodziców, gdzie jedzą obiad i piją kawę. Pani Genowefa skarży się, że nie może wyprać ubrań po urlopie, ponieważ pralka nie działa. Zięć natychmiast bierze do ręki książkę telefoniczną i dzwoni w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby naprawić pralkę. Udaje mu się umówić fachowca na wtorek, 1 września.

Po wizycie u rodziców, Bożena wybiera się również do fryzjera. Tego dnia ma na sobie czarną sukienkę na falbankowych ramiączkach. Sukienka była ozdobiona drobnymi kwiatkami, miała też spory dekolt. Na ładną sukienkę uwagę zwróciła fryzjerka, u której była Bożena. W trakcie wizyty w salonie pani Świderska odebrała telefon od męża, który zapytał ją, o której wróci. Mężczyzna twierdzi, że pytał ją o to, ponieważ chciał zapalić papierosa w mieszkaniu, a wiedział, że kobieta nie lubi ich zapachu i miał nadzieję, że zdąży przewietrzyć pomieszczenie przed jej powrotem.

O godzinie 20.30 pani Genowefa bierze telefon do ręki i wybiera numer swojego zięcia. Puszcza tylko krótki sygnał. O 20.33 Bożena oddzwania do mamy z telefonu męża. Pani Myślińska pyta, co robią. Córka odpowiada, że oglądają serial „Barwy szczęścia”. Mama nie chce przeszkadzać, dlatego życzy córce dobrego powrotu do pracy po urlopie i żegna się z nią. Rozmowa trwa niecałe 2 minuty.

Chcesz poznać szczegóły tej sprawy. Sięgnij po tekst Anny Strzelczyk pt. „Zaginięcie Bożeny Świderskiej”, opublikowany w miesięczniku „Detektyw” 3/2025. Kup TUTAJ.