Zakochany wójt. Przecież tylko kochał…

Marcin J. niewątpliwie był człowiekiem sukcesu. Pochodził z małej wioski na krańcach województwa lubelskiego. Bodaj nikt z miejscowych nie zaszedł tak daleko i tak wysoko jak bohater opisywanej historii. W szkole był prymusem, potem skończył studia magisterskie na prestiżowej uczelni i drugie podyplomowe. Wydawało się, że pójdzie w biznesy, nawet się nad tym zastanawiał. Ostatecznie wybrał inny rodzaj aktywności zawodowej. W 2006 roku zgłosił swoją kandydaturę w wyborach samorządowych. Konkretnie na wójta gminy, której był mieszkańcem. Miał wtedy 30 lat. Swoją decyzją zaskoczył lokalną społeczność. Nie wszyscy wróżyli mu zwycięstwo.

– Za młody, nie ma doświadczenia, polegnie w przedbiegach – twierdzili sceptycy i oponenci.

Według innych, młody wiek kandydata na wójta nie był jego wadą, lecz zaletą. Ich zdaniem właśnie takich teraz trzeba do rządzenia. Nie obciążonych grzechami przeszłości, za to dobrze wykształconych, znających języki obce, otwartych na świat. Do tego kandydat był bezpartyjny, zatem nieuwikłany w lokalne układy. No i swój, znający ludzi i ich potrzeby. Trzecia grupa w tej kwestii nie uważała nic. Czekała cierpliwie na wynik wyborów.

Wynik był taki, że Marcin J. wygrał rywalizację ze sporą przewagą nad kontrkandydatami. I zaczął zarządzać gminą. Sprawnie, w pełni profesjonalnie. Ci, którzy na niego postawili, nie żałowali swego wyboru, a niedowiarków przekonał mądrymi, rozważnymi decyzjami. Dzięki jego zdolnościom pozyskiwania zewnętrznych środków na pożyteczne cele, odnowione centrum gminy wyglądało jak z obrazka. Pięć lat później nikt już nie miał wątpliwości, że jest to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Marcin J. znowu został wójtem. Był nim jeszcze przez dwie kadencje. Może byłby nim nadal, jednak los zdecydował inaczej…

Ludzie mu ufali, darzyli go sympatią. Każdy, kto miał do niego sprawę mógł przyjść, wójt go wysłuchał, podsunął radę, pomógł o ile leżało to w jego mocy. Woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. Pozostał człowiekiem o ujmującym sposobie bycia, na luzie, potrafił zażartować nawet z siebie. Aczkolwiek jedna rzecz była zastanawiająca. Nie chodziło o sferę zawodową lecz o jego prywatne życie. Marcin J. nie był żonaty, gdy obejmował fotel wójta i mimo upływu lat nadal nie nosił ślubnej obrączki. Co prawda, pozostawanie w kawalerskim bądź panieńskim stanie nie jest przeszkodą w pełnieniu funkcji publicznych (czego mamy przykłady z najwyższej politycznej ligi) niemniej może to budzić różne domysły. Szczególnie w środowiskach ludzi myślących tradycyjnymi kategoriami. Według ich kanonów każda osoba (ma się rozumieć, z wyjątkiem duchownej) powinna mieć poślubioną przed ołtarzem drugą połówkę pomarańczy. A jeśli jej nie ma, to coś musi być z nią nie tak.

Niezdrowa ciekawość bliźnich nie omijała wójta. Dlaczego się nie żeni? Taki przystojny, świetnie ułożony, energiczny mężczyzna nie powinien mieć z tym problemów. Zwłaszcza, że niejedna miejscowa panna z ochotą wyszła by za niego, czego bynajmniej nie ukrywały. Niestety Marcin J. żadnej nie poprosił o rękę i nie zanosiło się, że kiedykolwiek to nastąpi.

– A może on, no wiecie, zamiast dziewczyn woli chłopców? – snuto dwuznaczności.

Posądzenie o tak „straszną zbrodnię” do głębi oburzało starsze panie, które w ogień skoczyłyby za wójtem.

– Jak wam nie wstyd oczerniać uczciwego człowieka? – odpowiadały ostro złośliwcom.

Według nich wójt się nie ożenił, bo ciągle zajęty pracą, w rozjazdach i na konferencjach, po prostu nie miał czasu na życie rodzinne. Ot i cała tajemnica, nie ma tu żadnego drugiego dna. Jednak w głębi duszy wolałyby, aby pan Marcin w końcu porzucił kawalerski stan, znalazł sobie kobietę, która by mu smacznie gotowała, prasowała mu koszule i garnitury, a któregoś pięknego dnia pojawiłyby się ich dzieci. Równie wspaniałe jak rodzice.

Wójt wiedział jakie plotki o nim krążą. Nie komentował ich, bo najwyraźniej go bawiły. Jedynie w najbliższym rodzinno-przyjacielskim gronie puszczał odrobinę farby.

– Nie ożeniłem się, bo nie zakochałem się dotąd w żadnej kobiecie. Ale jeszcze taką znajdę i poślubię ją. Zawsze zdobywam to na czym mi zależy – mówił.

Takie postawienie sprawy nie wszystkich przekonywało. To szlachetne i romantyczne, że szuka miłości, ale czy ją znajdzie? Niektórym całe życie na tym schodzi i nie znajdują. Jednak w tym przypadku było inaczej. Marcin J. nie czekał tak długo.

Na początku kwietnia 2021 roku do gminy przyjechała Zuzanna T., lekarka z pobliskiego miasta powiatowego. Nie przybyła prywatnie, lecz w celach jak najbardziej zawodowych i nader pożytecznych. Została oddelegowana przez szpital do udziału w akcji zachęcającej do szczepień na covid.

To także była inicjatywa wójta. Jako gospodarz gminy czuł się odpowiedzialny za zdrowie mieszkańców. A ze szczepieniami w tym rejonie województwa nie było najlepiej. Z właściwym sobie rozmachem zorganizował akcję, korzystając z rządowych funduszy. Żeby było atrakcyjniej i ciekawiej, w centrum wsi odbywały się festyny ludowe z kiełbaskami i inne imprezy towarzyszące. Dzięki temu akcja zyskała większy odzew.

Pani doktor, unikając zawodowych zwrotów, w przystępny sposób wyjaśniała jak straszną i wyniszczającą chorobą jest covid. Uspokajała, że szczepionka, wbrew niektórym opiniom, nie zagraża zdrowiu. Wcześniej są zresztą robione badania i jeżeli wykażą, że ktoś nie może jej przyjąć, to nie ma przymusu szczepienia.

Pożyteczne przedsięwzięcie miało dla wójta osobisty walor. Bardzo przyjemny. Zuzanna T.
była piękną, młodą kobietą. Taką z klasą, szykowną, elegancką. Bez przesady można ją było nazwać prawdziwą damą. Gdy Marcin J. po raz pierwszy ją zobaczył, nie mógł wprost oderwać od niej oczu, a jego serce dawało mu sygnały, że to właśnie jest ta, której tyle lat szukał. Nic już w jego życiu nie było takie jak wcześniej.

Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa 9/2026 (tekst Mariusza Gadomskiego pt. Zakochany wójt). Cały numer do kupienia TUTAJ.