Zatrute soczki . Stefan N. wpadł na pomysł w jaki sposób wymusić olbrzymie pieniądze od firmy produkującej żywność. Przez pół roku udawało mu się wodzić policję za nos, bo jego przestępczy plan był prawie idealny.
Około 2004 roku, 55-letni Stefan N. wyemigrował do Wielkiej Brytanii i tam realizował się jako stolarz. Przez 12 lat pobytu w Londynie zdobył renomę dobrego fachowca w swojej branży. Do Polski przyjeżdżał może dwa razy do roku i czasem na uroczystości rodzinne. Miał dom w Wielkopolsce i żonę, z którą relacje nie były najlepsze. Właściwie to głównie dla syna – Tadeusza L. – wracał w rodzinne strony, cieszył się, że on w końcu znalazł sobie towarzyszkę życia, z którą miał dziecko i planował otwarcie biura turystycznego. Ojciec wspierał go psychicznie i finansowo. Syn był osobą, której ufał bezgranicznie.
Kłopotliwa pożyczka w funtach
Stefan N. zarabiał miesięcznie około 3,5 tys. funtów. To były pokaźne sumy, ale podczas pobytu za granicą popadł w kłopoty finansowe, które spędzały mu sen z powiek. Zaczął grać na giełdzie i bez sukcesu zainwestował duże sumy. By wyjść z tarapatów, pożyczył na wysoki procent od znajomego Jarosława R. około 5 tys. funtów. Umówili się, że dług spłaci dopiero wtedy, gdy Jarosław R. się o niego upomni. Tak się jednak złożyło, że pożyczkodawca zniknął na wiele miesięcy, nie dzwonił, nie przychodził, nie dawał znaku życia. Stefan N. był zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale niespodziewanie, przez przypadek spotkał Jarosława R. na ulicy w Londynie. I wówczas mężczyzna zażądał oddania długu. Rozmowa nie była przyjemna, bo odsetki urosły znacząco i zobowiązanie finansowe było pokaźnych rozmiarów, rzędu kilkunastu tysięcy funtów.
– Teraz nie mam takiej kwoty – przyznał Stefan N.
W odpowiedzi Jarosław R. ostrzegł go, że wyegzekwuje należność od jego syna Tadeusza, którego także znał. Gdy Stefan N. jak mantrę powtarzał, że nie ma takich pieniędzy Jarosław R. ostro dał mu radę:
– To je ukradnij.
O dziwo Stefan N. podchwycił tę myśl, jako rozwiązanie swojego problemu. W tamtym czasie aż huczało w mediach o próbie wymuszenia okupu w kilku krajach europejskich od sieci sklepów IKEA. Szantażyści grozili eksplozją ładunków wybuchowych. Stefan N. uznał, że bomb nigdzie podkładał nie będzie, ale postawił sobie za cel zdobycie gotówki od wybranej przez niego sieci marketów. Później zmienił zdanie i na jego celowniku znalazła się jedna, bogata spółka D., która miała plany wejścia na giełdę w Polsce.
Zatrute soczki
W opracowaniu precyzyjnego, przestępczego planu działania na pewno pomogło mu to, że był zawodowym stolarzem. W tym fachu, jak wiadomo, liczy się dokładność i dbałość o szczegóły. I takie były właśnie działania Stefana N. Spółka D. z branży spożywczej była dobrze znana na rynku, swoją fabrykę miała na Śląsku i specjalizowała się w produkcji soków owocowych i napojów. Stefan N. sprawdził, że jej szefowie pojawiali się na liście najbogatszych Polaków miesięcznika Forbes. Miał też informacje z pierwszej ręki o funkcjonowaniu tej firmy, bo był w niej kiedyś zatrudniony Paweł K., teść jego syna. Od niego Stefan N. dowiedział się, że pracownicy wyższego szczebla tej spółki ciągle jeździli na wycieczki i zagraniczne delegacje.
– Tam się szasta pieniędzmi – nie krył Paweł K.
Stefana N. zirytowała taka rozrzutność, postanowił, że da nauczkę „tym bogaczom”. Gdy już wybrał ofiarę, w drugiej kolejności przystąpił do przygotowania metody szantażu. W tym celu w lipcu 2016 roku kupił w markecie dwa napoje firmy D. o pojemności 300 ml. Nakłuł strzykawką dno plastikowych buteleczek i wypompował oryginalny płyn, a w jego miejsce wlał zieloną substancję. Następnie podgrzał dno buteleczek tak, że pod wpływem wysokiej temperatury dziurki się zasklepiły. Produkt wyglądał na oryginalnie zakręcony, miał swój numer seryjny i datę produkcji. Wszystkie czynności Stefan N. wykonywał kilka godzin i w rękawiczkach, by nie zostawić śladów i odcisków palców. Tak spreparowane „napoje” wysłał w kopertach bąbelkowych na adres siedziby firmy na południu Polski.
Zatrute soczki
Przesyłkę nadał 26 lipca 2016 roku w Londynie na poczcie Stamford Brook. Dane nadawcy były fikcyjne, a wszystkie słowa i adres nakleił na kopercie korzystając z szablonu kupionego w sklepie dla artystów i grafików. Czynności związane z wysyłką także wykonywał w rękawiczkach. Przesyłka po kilku dniach była na miejscu w Polsce, ale pracownicy sekretariatu spółki po otwarciu koperty uznali, że trzeba tajemnicze buteleczki wysłać prosto do fabryki produkującej soki na Śląsku. Tym bardziej, że nie było żadnej pisemnej informacji o co właściwie z tymi buteleczkami chodzi. Przesyłkę potraktowano jako jeszcze jedną reklamację. Spółka dostarczała też produkty na rynek brytyjski i skoro paczka była nadana z Londynu uznano, że to może działanie niezadowolonego klienta. Wszystko, 2 sierpnia 2016 roku, trafiło do fabrycznego archiwum. Analiza płynów z buteleczek wskazywała, że zawierają takie składniki jak mentol, glicerynę, izopropyl, karwon, czyli środki używane w przemyśle kosmetycznym i spożywczym. Z późniejszej opinii toksykologicznej wynikało, że środki te są uznawane za bezpieczne, ale spożycie w większych ilościach może być szkodliwe dla zdrowia i życia człowieka.
Przesyłki i listy z żądaniami
Dwa miesiące później, 1 października 2016 roku, pod adres siedziby zarządu spółki dotarła kolejna przesyłka z dwiema oryginalnymi buteleczkami soków. W środku znajdował się tym razem tajemniczy fioletowy płyn. Tak samo, jak za pierwszym razem przesyłkę nadaną z Londynu przez Stefana N. odesłano do działu reklamacji fabryki na Śląsku. Na kopercie znów były napisy z szablonu, fałszywe dane nadawcy i żadnych treści pisanych odręcznym pismem. I znowu nie było wyjaśnień.
O co właściwie chodzi stało się jasne miesiąc później, gdy pod adres firmy, w listopadzie, trafił anonim z żądaniami finansowymi. Faktycznie Stefan N. wysłał z Londynu trzy jednakowo brzmiące listy, by mieć pewność, że choć jeden dotrze do adresata.
Szantażysta sugerował w nich, że do 15 listopada należy spełnić jego warunki, bo w przeciwnym przypadku będzie produkował i rozprowadzał zmodyfikowany, zatruty sok marki tej spółki. Odwołał się przy tym do „wcześniej przesłanych próbek”. Zapowiedział, że w ramach świątecznej promocji jego „napoje” trafią do sklepów, szkół, przedszkoli, domów dziecka i nie będzie to już płyn do płukania ust. A taki znalazł się w wysłanych próbkach. Sprawca podpisał się pod listami All Saints, czyli Wszyscy Święci.
Swoje finansowe warunki sprecyzował w ten sposób, że należy mu przesłać na podane przez niego 8 kont w sumie 4 tys. tzw. kryptowalut (bitcoinów), czyli po 500 na każde z kont. W realnej walucie to była kwota 11,8 mln zł.
Chcesz poznać kulisy tej sprawy? Sięgnij po Detektywa Wydanie Specjalne 1/2025 (tekst Artura Drożdżaka pt. Zatrute soczki). Cały numer do kupienia TUTAJ.