Zbrodnia na farmie Hinterkaifeck

Lata XX ubiegłego wieku, sielskie bawarskie krajobrazy, niewielka wieś Kaifeck otoczona malowniczymi lasami i polami. Wszyscy doskonale się tu znali z dziada pradziada. Każdy wiedział, kto z kim, dlaczego i po co. Sąsiedzi byli ze sobą zżyci, jednak jedna z rodzin trzymała się na uboczu – dosłownie i w przenośni. 

Gospodarze farmy Hinterkaifeck, położonej na samym końcu wsi, zawsze byli dziwni. Głowa rodziny, Andreas Gruber, nie cieszył się we wsi Kaifeck zbytnią estymą. Wprawdzie jak każdy rolnik w okolicy znał się na ciężkiej pracy, równie ciężki był jednak w obejściu. Mrukliwy, swarliwy, długo chowający w sobie urazy i nieprzyjemny. Ani on nie szukał towarzystwa sąsiadów, ani oni specjalnie za nim nie przepadali. Zwłaszcza że mężczyzna w razie konfliktów łatwo chwytał za kosę lub widły.

Całym światem dla Andreasa były rola i jego rodzina – starsza o 9 lat żona Cäzilia i córka Viktoria. Wprawdzie dzieci urodziła się im trójka, ale dorosłości dożyła jedynie córka. Mówiło się, że za przedwczesne zgony pozostałych dzieci odpowiadały nie tylko choroby wieku dziecięcego i utrudniony (jak to w przedwojennych czasach na prowincji) dostęp do lekarzy i medykamentów… Swoje miała zrobić także skłonność Andreasa do przemocy. Rolnik bowiem swojej ciężkiej ręki nie szczędził ani żonie, ani dzieciom. Przynajmniej jedno z nich zmarło w wyniku pobicia przez ojca. Za co nikt oczywiście nie poniósł odpowiedzialności, bo to i nie te czasy, i nie ta mentalność sąsiedzka.

Nie to zresztą było najgorsze – stary Gruber miał w zwyczaju molestować seksualnie jedyną córkę Viktorię. Robił to odkąd ukończyła kilkanaście lat, co było w społeczności tajemnicą poliszynela. Zwłaszcza że mężczyzna niespecjalnie się z tym krył. A wręcz przeciwnie – potrafił przechwalać się znajomym, jak to potrafi zaspokoić potrzeby Viktorii i jak ona zastępuje w obowiązkach małżeńskich jego starszawą, nieatrakcyjną już żonę.

Piekło Viktorii trwało długo – światełko w tunelu pojawiło się dopiero, gdy w wieku 27 lat wyszła za mąż. Jej ukochanym był niejaki Karl Gabriel, młody chłopak z pobliskiej wioski. Viktoria marzyła pewnie, by mąż wyrwał ją z tej patologii, mężczyzna jednak pochodził z ubogiej rodziny. Nie stać było go na budowę własnego domu, u jego bliskich nie było dla nich miejsca. Viktoria zatem po ślubie wcale nie wyfrunęła z rodzinnego gniazda. To mąż wprowadził się do niej i do jej rodziny. Jednak ze względu na porywczy charakter teścia nie wytrzymał za długo w Hinterkaifeck. Uciekł do swoich rodziców i za nic nie chciał wrócić do Viktorii mimo jej ciąży. Zamiast tego zaciągnął się do armii i w 1914 roku zginął na froncie we Francji. Miesiąc przed jego śmiercią na świat przyszła jego córka Cäzilia, nazwana tak na cześć babki.  

Stary Gruber nie narzekał, że znów ma na głowie dorosłą córkę, a do tego rozwrzeszczaną wnuczkę. W gospodarstwie zawsze było coś do roboty, jego żona Cäzilia była kobietą starszą i mocno schorowaną. Viktoria była młoda i silna, mogła zastąpić ją w pracy i we wszystkim innym… Także w łożu własnego ojca, jak głosiły całkiem solidnie udokumentowane plotki. Mimo wszystkich pogłosek o kazirodztwie i w przeciwieństwie do gburowatego ojca, Viktoria była przez mieszkańców wsi raczej lubiana. Uśmiechnięta i towarzyska, udzielała się w kościelnym chórze, a że chętnie nawiązywała znajomości, szybko znalazła nowego absztyfikanta, 48–letniego wdowca Lorenza Schlittenbauera.

Pan miał wiele zalet, był naprawdę zakochany i autentycznie chciał się żenić z Viktorią, co było dla jej absolutnie ojca nie do przyjęcia. Andreas Gruber nie wyobrażał sobie wypuścić córki ze swoich rąk, zakazał jej stanowczo ponownego zamążpójścia nawet, gdy kobieta zaszła w ciążę. Gdzieś miał, że ludzie widząc ją z brzuchem znów plotkowali o kazirodztwie. Wiedział, że jeśli Viktoria nie wyjdzie za Lorenza, będzie to młyn na wodę dla sąsiadów, chciał jednak mieć córkę tylko dla siebie, w domu. Miała tkwić w Hinterkaifeck i w dalszym ciągu zastępować chorą matkę w pracy w obejściu, sprzątaniu, gotowaniu i wszystkim innym, czego pan ojciec sobie zażyczy.

***

Czy to możliwe, że Andreas był odpowiedzialny za ciążę własnej córki, a jej malutki syn Josef jest owocem ich kazirodczej relacji? Sąsiedzi byli o tym przekonani i zgorszeni całą sytuacją postanowili przestać ignorować to, co latami było dla nich oczywiste. Powiadomili o fakcie narodzin Josefa i swoich domniemaniach odpowiednie służby.

Oboje – Andreas i Viktoria – zostali formalnie oskarżeni o kazirodztwo. Andreas został nawet wtrącony na krótki czas do więzienia, cała rodzina zaś ostatecznie trafiła na margines społeczny wsi jako banda dewiantów, występujących przeciwko prawu boskiemu, dobrym obyczajom i wszystkiemu, co mieści się w granicach bawarskiej moralności.

Od czasu skandalu Gruberowie jeszcze mocniej zamknęli się swojej bańce, wyalienowani i pogardzani bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wydawali się jednak być tym mocno przejęci, nie wylądowali także zupełnie poza marginesem. Mała Cäzilia wciąż chodziła do szkoły i miała koleżanki, Viktoria jak zawsze śpiewała w chórze, cała rodzina co niedziela stawiała się w kościele na mszy. Poza tym Gruberowie zajmowali się głównie swoimi sprawami, a przede wszystkim – gospodarstwem, które pochłaniało sporą ilość czasu i energii. Na tyle, że zdecydowali się na zatrudnienie pomocy.

W ten sposób w listopadzie 1920 roku do rodziny dołączyła służąca – Kreszenz Riegier. Kobieta pracowała na farmie niecały rok. Zwolniła się, tłumacząc to później trudną do zniesienia atmosferą w domu Gruberów. Nie miała na myśli jedynie gruboskórnego usposobienia gospodarza. Kreszenz była przekonana, że farma Hinterkaifeck jest nawiedzona przez duchy! Z początku dobiegające ze strychu dźwięki i postukiwania wydawały jej się tylko zagadkowe – przecież w starych domach zawsze coś trzeszczy.

Jednak wkrótce zauważyła, że narzędzia i sprzęty w gospodarstwie co i rusz psują się w nie do końca zrozumiały sposób… Zimne podmuchy powietrza przy zamkniętych oknach nie tylko wywoływały u Kreszenz ciarki. Gasiły także zapalone świece, i to mimo zamkniętych okien. Spłoszone zwierzęta, podejrzane znaki pojawiające się na drzwiach stodoły i szopy, przedmioty zmieniające samoistnie swoje miejsce, zaginione klucze… Wszystko to spinało się w głowie służącej w spójną wizję nawiedzenia Hinterkaifeck przez złego ducha. Kiedy pod lasem, nieopodal domu, zobaczyła podejrzanego mężczyznę z wąsami, który nagle zniknął, a na podwórzu pojawiła się gazeta z Monachium, której na pewno nikt z domowników nie kupił, Kreszenz miała dość. W listopadzie 1921 roku bez żalu rzuciła pracę u Gruberów i wyprowadziła się z ich rzekomo nawiedzonego domu.

Nie jest łatwo o dobrą służącą – a na pewno nie o taką, która do tego zechce zamieszkać w ponurym miejscu na odludziu. Chętna znalazła się dopiero kilka miesięcy później – była nią 42–letnia Maria Baumgartner, która do pracy stawiła się dokładnie 31 marca 1922 roku. Tego samego dnia miało miejsce w obejściu Gruberów dziwne zajście, o którym Andreas powiadomił sąsiadów. Mężczyzna zauważył bowiem na śniegu ślady krwi wiodące z lasu wprost do maszynowni jego gospodarstwa. Jednak przecież nikt z domowników się nie zranił, więc cóż takie krwawe tropy mogły oznaczać? Czy na farmie pojawił się jakiś ranny intruz? To możliwe, bo zamek w drzwiach maszynowni został wyłamany. Wiedziony troską o bezpieczeństwo rodziny Andreas poprosił o pomoc mieszkańców wioski, którzy chętnie przybyli ocenić ślady krwi na własne oczy. Pomogli mu też przeszukać dom i zabudowania gospodarcze, by wykluczyć możliwość ukrywania się u Gruberów jakiegoś niepożądanego zbiega. Niczego nie znaleźli.

Chcesz poznać ciąg dalszy tej wstrząsającej historii? Sięgnij po Detektywa 12/2025 (tekst Alicji Waśniewskiej (Makabrycji) pt. Zbrodnia na farmie Hinterkaifeck). Cały numer do kupienia TUTAJ.