Zbrodnia w Surażu. Sprawiedliwość po 26 latach

16 lipca 2000 roku. Letnia noc w małym Surażu na Podlasiu miała być jak każda inna. Cicha, spokojna, przesiąknięta zapachem skoszonej trawy. Nikt nie spodziewał się, że w jednym z domów rozegra się dramat, który na ćwierć wieku odmieni życie dwóch rodzin.

Około godziny trzeciej nad ranem sąsiadów zbudził dym. Palił się dom Barbary L., 52-letniej kobiety, która niedawno przyjechała z USA odwiedzić rodzinne strony. Gdy strażacy i pogotowie weszli do środka, znaleźli ją leżącą na podłodze. Nie żyła. Jej twarz była obrzękła, włosy posklejane krwią. Ciało nosiło ślady potwornego bestialstwa.

Lekarz, który przybył na miejsce, od razu wiedział: to nie był wypadek. Pożar miał zatrzeć ślady, ale prawda była zbyt okrutna, by można ją było ukryć.

Krzysztof L. miał wtedy zaledwie 15 lat. Tego wieczoru wrócił pijany z dyskoteki w sąsiedniej gminie. Wszedł do domu swojej ciotki – kobiety, która była żoną jego stryjecznego brata.

Co wydarzyło się w zamkniętych czterech ścianach, przez lata pozostawało tajemnicą. Prokuratorzy opisali to później jako działanie z wyjątkowym okrucieństwem i o charakterze seksualnym.

Napastnik był bezlitosny. Szarpał kobietę, bił pięściami po twarzy, głowie, szyi, ramionach, klatce piersiowej. Dusił rękami, przyciskał kolanem jej ciało do podłogi. Gdy Barbara traciła przytomność, czekał, aż ją odzyska, by kontynuować.

Skakał po niej. Siadał na plecach i zadawał kolejne ciosy. Tłukł tępym narzędziem – najprawdopodobniej rakietą tenisową i parasolem. Złamał jej wiele żeber, żuchwę, nos, rozerwał ucho. Zdarł skórę z kolan, ud i nadgarstków.

W pewnym momencie zerwał jej biustonosz, obnażył piersi, ściągnął majtki. Próbował zaspokoić swoje żądze.

Barbara walczyła. Uciekała po domu, zostawiając na meblach wyrwane włosy i krople krwi. W firankę i dywan wsiąkały ślady jej agonii. Gubiła biżuterię.

Napastnik dogonił ją w przedsionku. Zabił. A potem, by zatrzeć ślady, podpalił dom.

Policja i prokuratura pracowały nad sprawą, ale bez rezultatu. Zabezpieczono ślady, przesłuchano świadków, wykonano ekspertyzy. Nic nie prowadziło do sprawcy. W 2002 roku śledztwo umorzono z powodu niewykrycia winnego.

Tymczasem Krzysztof L. niedługo po zbrodni wyjechał do Stanów Zjednoczonych. W USA rozpoczął nowe życie. Ożenił się, doczekał trzech synów. Pracował w budownictwie, mieszkał pod Chicago. Przez lata nikt nie kojarzył go z dramatem sprzed lat.

Miał 15 lat, gdy zabił. Za oceanem stał się dojrzałym mężczyzną, ojcem, który na co dzień chodził do pracy, płacił rachunki, wychowywał dzieci. Mroczna tajemnica zdawała się pogrzebana na zawsze.

W 2018 roku w Małopolskim Wydziale Zamiejscowym Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie utworzono Archiwum X – jednostkę zajmującą się niewykrytymi zabójstwami, często sprzed lat.

Prokuratorzy wrócili do sprawy Barbary L. w 2019 roku. Kluczowy okazał się postęp w genetyce sądowej. Ponownie zbadano ślady biologiczne zabezpieczone na miejscu zbrodni – męskie majtki i koszulę nocną ofiary.

Wynik był jednoznaczny: DNA należało do Krzysztofa L., bratanka męża Barbary.

Prokurator Piotr Krupiński, który prowadzi najgłośniejsze sprawy kryminalne w Polsce, zebrał materiał dowodowy dający podstawy do postawienia zarzutów. Wniosek o ekstradycję trafił do USA.

8 grudnia 2020 roku Krzysztof L. został zatrzymany w Chicago.

Zbrodnia w Surażu: Dwa i pół roku walki o ekstradycję

Amerykańskie sądy przez ponad dwa lata rozpatrywały wniosek Polski o wydanie podejrzanego. Obrona Krzysztofa L. robiła wszystko, by do tego nie dopuścić. Utrzymywał, że jest niewinny, a całe śledztwo zostało ukierunkowane na niego.

Dzieci zamordowanej Barbary przeżywały gehennę. – Dwa i pół roku bronił się, żeby nie wrócić ze Stanów, jednak sąd bez wątpienia stwierdził, że zasługuje na to, żeby odpowiedział za to, co zrobił – mówiła córka ofiary.

W czerwcu 2023 roku Krzysztof L. w kajdankach wylądował na lotnisku w Warszawie. Do kraju wracał nie jako nastolatek, ale jako blisko 40-letni mężczyzna. Na jego przedramieniu widniał tatuaż – drzewo z imionami jego i żony na dwóch wstęgach, a między nimi serce.

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro napisał w mediach społecznościowych: „Nie ma litości dla okrutnych zabójców. Nawet po latach”.

Na sali sądowej w Białymstoku Krzysztof L. zachowywał się spokojnie, wręcz niewzruszenie. Przyszedł w jasnej koszulce polo, granatowych dżinsach i białych butach sportowych. Siedział opanowany, z krótko ostrzyżonymi ciemnymi włosami i starannie przyciętym zarostem.

Syn ofiary wspominał: – Siedział z półuśmieszkami, rozłożony, jakby był w knajpie, oczka puszczał do swojej rodziny.

Córka Barbary, Agnieszka Lavelle, patrzyła na niego przez łzy. – To jest po prostu bestia. Bo tylko bestia może w taki sposób torturować drugiego człowieka – mówiła.

Krzysztof L. nie przyznał się do winy. Obrońcy przekonywali, że ze względu na wiek w chwili czynu powinien odpowiadać przed sądem dla nieletnich według łagodniejszych przepisów.

Sądy nie miały wątpliwości. Dowody były niezbite: ślady DNA na bieliźnie, w której znajdowały się zarówno krew ofiary, jak i materiał genetyczny oskarżonego, zeznania świadka, który twierdził, że Krzysztof L. przyznał mu się do zbrodni. Jego alibi było wątłe.

Sędzia Anna Hordyńska uzasadniała: – W świetle materiału dowodowego sąd przyjął, że oskarżony był na miejscu zdarzenia, dokonał zabójstwa ofiary i pozostawił bieliznę, na której stwierdzono obecność zarówno krwi ofiary, jak i DNA oskarżonego.

W marcu 2024 roku Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał Krzysztofa L. na 25 lat więzienia – maksymalną karę przewidzianą dla nieletniego sprawcy. Sąd nie znalazł żadnych okoliczności łagodzących. Brak wcześniejszej karalności uznał za mało istotny, „biorąc pod uwagę charakter popełnionej przez niego zbrodni”.

Rodzina ofiary wybuchła płaczem i brawami. – Wreszcie doczekaliśmy się sprawiedliwości, chociaż jest niewielka, bo nikt nam mamy nie zwróci i nie ulży jej cierpieniom – mówiła córka Barbary.

Syn dodał: – To było zaplanowane morderstwo, bestialsko wykonane, z próbą zatarcia śladów, ucieczką za granicę. Innego wyroku nie mogło być.

Obrońcy zapowiedzieli apelację. Podnosili, że „dowody, które są w sprawie, pozostawiają wiele wątpliwości co do osoby sprawcy”.

Ostateczny wyrok

W listopadzie 2024 roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku podtrzymał wyrok. Sędzia Grzegorz Skrodzki rozpoczął uzasadnienie od słów: – Młyny sprawiedliwości mielą powoli, ale finalnie dochodzi do końca.

Podkreślił, że sprawa wstrząsnęła lokalnym środowiskiem i „rezonować zapewne jeszcze będzie przez najbliższych, ładnych parę lat”.

Sąd apelacyjny zmienił też wyrok w zakresie zadośćuczynienia – zasądził trojgu dzieciom zamordowanej Barbary po 100 tysięcy złotych.

Sędzia Skrodzki zaznaczył: – Sąd ma nadzieję, że ten wyrok zamyka trwającą ćwierć wieku sytuację niepewności, wątpliwości, braku stanowczości i dla wszystkich, również dla oskarżonego, zamyka on prawomocnie pewien tragiczny okres.

Krzysztof L. w ostatnim słowie przed sądem apelacyjnym powiedział: – Wiem na pewno, że nie jestem zwyrodnialcem, nigdy nie byłem, nie jestem mordercą, proszę sąd o uniewinnienie.

To nie pomogło. Sąd Najwyższy oddalił później kasację obrony jako bezzasadną. Wyrok stał się prawomocny.

26 lat po zbrodni sprawiedliwość w końcu nadeszła. Krzysztof L. spędzi w więzieniu ćwierć wieku. Na wolność wyjdzie jako 65-letni mężczyzna.

Ta sprawa jest jak sygnał dla wszystkich, którzy wierzą, że czas wymazuje zbrodnie. Nowoczesna genetyka sądowa i upór prokuratorów z Archiwum X sprawiły, że ucieczka przed przeszłością stała się niemożliwa.

Sprawiedliwość bywa nierychliwa. Ale w tym przypadku okazała się nieunikniona.

Więcej o tej sprawie czytaj TUTAJ

Dodaj komentarz