Znachor: to nie film, to działo się naprawdę

Znachor dobrze znany jest Polakom. To jeden z popularniejszych filmów, którego nowa wersja pojawiła się na popularnym kanale internetowym. „Znachor” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza to opowieść kochana przez kolejne pokolenia. Najpierw za sprawą samej książki, później kultowego filmu z Jerzym Bińczyckim. Dziś prof. Rafał Wilczur znów porusza tłumy dzięki nowej ekranizacji z Leszkiem Lichotą. Znachorzy od dawna obecni byli na polskich. Nie są jednak historią. Działali nawet w XXI wieku o czym świadczy proces Marka H.

Kiedy zawodzą powszechnie stosowane metody lecznicze, nawet na  choroby  tzw. zwyczajne, pojawiające się np. na ogół jesienią i  powiedzmy często powtarzające się, albo kiedy powiedziano nam, że już nic zrobić nie można dla poprawienia czyjegoś zdrowia, wówczas często szukamy pomocy u osoby, ktorą jeszcze do niedawna nazywaliśmy znachorem.

Do końca XIX wieku i w okresie międzywojennym, na wsi polskiej powszechnie, leczeniem wszelkich chorób zajmowały się znachorki i znachorzy, osoby wyspecjalizowane, rzetelnie przygotowane do pełnienia swojej posługi. Wiedzę otrzymywały one od wykształconych poprzedników, znawców ludowej medycyny. Dopiero lata 50-te i 60-te odmieniły tę sytuację, kiedy na wsi  pojawili się lekarze. Wraz z ich nastaniem, metody lecznicze wypracowane przez pokolenia wiejskich doktorów zaczęły ustępować miejsca nowej medycynie, która i swoimi metodami leczniczymi i odmiennością tłumaczenia zjawiska jakim jest choroba była tak odmienna, że nie mogła współistnieć z medycyną ludową.  W owych latach wiedzę znachorów uznano za niedorzeczną a ich działania za „hochsztaplerstwo”.

Nie bez kozery Tadeusz Dołęga-Mostowicz napisał swojego Znachora. W II RP po wsiach i siołach ludzie woleli leczyć się u znachorów i różnego rodzaju magików wiejskich, co nie było dziwne, biorąc pod uwagę brak specjalistów na prowincji. Ludzie szukali rady u babek i innych „wiedzących”. Protestowali przeciw temu medycy, tak jak to czynił lekarz Pawlicki w powieści. Przykładem takiej walki jest broszura doktora Maksymiliana Flauma Lekarz a znachor z 1928 roku.

Znachor: to był poważny problem

O skali problemu świadczy między innymi taki cytat w niej zawarty:

Stopień wykształcenia nic tu nie znaczy. Tem też chyba wytłumaczyć sobie można, że nawet wśród ludzi o wysokim poziomie wykształcenia i kultury często znajdujemy takich, którzy, w razie długotrwałej, wyczerpującej choroby nie wahają się porzucić lekarza dla znachora, udają się po pomoc do rozgłośnego partacza, gdy pomocy tej nie znajdują u lekarza choćby bardzo uczonego i doskonale panującego nad swym przedmiotem. Inny jeszcze czynnik uwzględnić należy. Tłum lubi cuda. Bardziej niż zjawiska powszednie, choćby mało zrozumiałe, interesują go zdarzenia niezwykłe, rzadkie, efektowne. Iluż jest takich, których zajmują poszczególne fazy rozwijania się rośliny z drobnego nasionka, gdy natomiast każdy staje olśniony wobec sztuczki fakira, który w ciągu godziny w oczach naszych stwarza gotową roślinę.

W naturze na każdym kroku obojętnie przechodzimy obok zjawisk zupełnie dla nas ciemnych i nie zastanawiamy się nad niemi. Lecz zdumienie ogarnia nas, ilekroć spotykamy się oko w oko z czemś wychodzącem poza ramy powszedniości.Całość publikacji sprowadzała się do oczywistych obserwacji: znachorzy nie mają dostępu do najnowszych odkryć naukowych, brakuje im umiejętności, leczą z chciwości a nie z chęci pomocy, a ich praktyki mogą mieć opłakane skutki.

Znachor spod Nowego Sącza

Znachorzy od dawna obecni byli na polskich. Nie są jednak historią. Działali nawet w XXI wieku. Świadczy o tym proces Marka H. Skazano go na karę 3,5 lat pozbawienia wolności za przyczynienie się do śmierci półrocznej Madzi z Brzeznej koło Nowego Sącza. Dziecko zmarło z wygłodzenia, po „terapii”, jaką zalecił mężczyzna.

Wyrok zapadł w środę przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu. Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami. Sąd utajnił też z tego powodu uzasadnienie.

Dramat półrocznej Madzi z Brzeznej pod Nowym Sączem rozegrał się trzy lata temu. Jej rodzice leczyli dziecko u Marka H. z biegunek i wysypki, stosowali wskazaną przez znachora dietę.

Wiosna 2014 roku stan Madzi się pogorszył. Była skrajnie osłabiona i wychudzona. Rodzice szukali pomocy u znachora. Ten miał stwierdzić, że nic więcej nie może dla niej zrobić, bo „Bóg tak chciał”.

Jestem „Bożym człowiekiem”

Zrozpaczeni rodzice zabrali dziecko do domu i dopiero stamtąd wezwali karetkę. Dziewczynki nie udało się uratować. Dziecko zmarło wskutek skrajnego niedożywienia. W chwili śmierci ważyło 3,6 kg.

Jej matka w śledztwie przyznała, że korzystała z porad znachora, a córce pod jego wpływem dawała m.in. kozie mleko rozcieńczone wodą.

Sam Marek H. mówił o sobie, że jest „Bożym człowiekiem”, wcześniej był kierowcą. Ludzi „leczył” od 2005 roku. Drzwi u niego się nie zamykały. – Ludzie przywozili dary dla niego, modlili się i śpiewali jakieś dziwne pieśni. Z całej Polski zjeżdżali. Nawet z kilkumiesięcznymi dziećmi – opowiadali nam mieszkańcy jego ulicy.

Pseudolekarskie porady

Prokuratura oskarżyła Marka H. o sprawstwo kierownicze w związku ze śmiercią dziewczynki. Zdaniem prokuratury jego pseudolekarskie porady miały przyczynić się do śmierci dziecka. Znachor odpowiadał też, za świadczenie usług medycznych bez uprawnień.

Marek H. nie przyznał się do winy.

– Nie czuję się winny – rzucił tylko na sądowym korytarzu przed rozprawą. W ostatnim słowie zarówno obrońca, jak i sam H. domagali się oczyszczenia go z wszelkich zarzutów.

Do sądu przyszli też zwolennicy znachora. Niektórzy przynieśli mu kwiaty. – To dla pana, żeby się pan nie dał i wytrwał w prawdzie do końca – powiedziała kobieta w średnim wieku wręczając bukiet oskarżonemu. Inna rzuciła do dziennikarzy: – Jesteśmy z nim i będziemy do końca.

Zaliczyli pół roku na poczet kary

Sąd uznał jednak, że Marek H. jest winny przyczynienia się do śmierci półrocznej Madzi i skazał go łącznie na 3,5 roku wiezienia. Zaliczył mu na poczet kary pół roku spędzone w areszcie. – Nie zrobiłem tego. Kłamaliście. Ja pomagam, nie zabijam – rzucił w stronę dziennikarzy Marek H. po wyjściu z sali.

W wyroku podano, że znachor osiągał korzyść majątkową w kwocie nie  mniejszej niż ponad 61 tys. zł „poprzez rozpoznawanie schorzeń, ich  diagnozowanie, ustalanie sposobu postępowania w celu wyleczenia  zdiagnozowanych chorób, w tym poprzez własne działania z wykorzystaniem  różdżki, substancji określanych przez siebie jako pierwiastki przy  wykorzystywaniu wiary tych osób w posiadane właściwości nadprzyrodzone,  zalecaniu stosowania suszu roślinnego i preparowanych przez siebie  maści”.

– Nie zrobiłem tego. Kłamaliście. Ja pomagam, nie zabijam – rzucił w stronę dziennikarzy Marek H. po wyjściu z sali.

Jego obrońca mec. Piotr Madej zapowiedział apelację od wyroku.

Wcześniej sąd skazał na pół roku więzienia rodziców Madzi za nieumyślne spowodowanie jej śmierci oraz znęcanie się nad nią ze szczególnym okrucieństwem. Oboje dobrowolnie poddali się karze. Nie trafili jednak za kratki, bo sąd także im zaliczył na poczet kary półroczne aresztowanie.

Marek H. zmarł w więziennym szpitalu w Krakowie. Miał 72 lata.

Źródło: Modr.pl, histmag.org, wyborcza.pl, interia.pl,

Fot. pixabay.com