Kazimierz Polus czyli „rzeźnik z Wildy”

Kazimierz Polus spędził w zakładach karnych ponad połowę swojego życia. Najpierw za próbę przekroczenia granicy, potem – za molestowanie dzieci i rozboje, na końcu – za trzy zabójstwa – skazano go na karę śmierci. Powiedział o sobie, że „nie umie żyć na wolności”.

Grudzień 1982 roku był mroźny i śnieżny. Niemal taka sama pogoda panowała przed rokiem, kiedy wprowadzono w Polsce stan wojenny. Wczesnym popołudniem, na peryferiach Poznania, nastolatek dokonał makabrycznego odkrycia. Tak zostało ono opisane w milicyjnej notatce, sporządzonej 6 grudnia 1982 roku:  

„Na polu pomiędzy torem kolejowym a ul. Grunwaldzką leżą nagie, ludzkie nogi, a opodal przy płocie karton o nieznanej zawartości. Przybyła na miejsce ekipa potwierdziła zasadność zgłoszenia. W kartonie odkryto zawiniętą w plastykowy worek głowę mężczyzny oraz kończyny górne. Głowa nosiła ślady obrażeń. Kończyny były odcięte od tułowia przy pomocy ostrego narzędzia. Nie znaleziono, pomimo przeprowadzonej penetracji, korpusu tego mężczyzny. Przybyły na miejsce lekarz medycyny sądowej według oceny głowy i kończyn stwierdził, że mogą one należeć do młodego mężczyzny w wieku najwyżej 27 lat. Posiada ciemne włosy i początkowy zarost. W toku wstępnie przeprowadzonych  rozmów z mieszkańcami Plewisk nie udało się zidentyfikować tego mężczyzny”.

Pomimo prowadzonych intensywnych działań operacyjnych śledczy nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Zapadła decyzja o publikacji fotografii głowy denata w lokalnej prasie. Na odzew społeczeństwa nie trzeba było długo czekać. Szybko okazało się, że zamordowanym jest 21-letni Marek, pracownik fizyczny Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji w Poznaniu. Wprawdzie jego zaginięcie już wcześniej zgłosili rodzice, jednak milicjanci nie połączyli obu tych faktów.

Trudne pytania

Kto i dlaczego zabił młodego mężczyznę? W ramach prowadzonego śledztwa przesłuchano kilkunastu pracowników MPK. Wynikało z nich, że Marek w ostatnich miesiącach zaprzyjaźnił się pracującym w tym samym zakładzie 53-letnim Kazimierzem Polusem. Panowie snuli plany wyjazdu do Szwecji albo Norwegii, do pracy. Organizatorem ekspedycji miał być Polus, który za załatwienie intratnego zajęcia miał dostać kilkanaście tysięcy złotych.

Milicjanci chcieli zweryfikować te informacje, jednak Kazimierz Polus był na zwolnieniu. W jego poznańskim mieszkaniu pojawili się 5 stycznia 1983 roku. Mężczyzna nie stawiał oporu, tak jakby pogodził się z myślą, że prędzej czy później zostanie zatrzymany.– Marek przyszedł do mnie z walizką, 3 grudnia, około południa. Myślał, że pojedziemy za granicę do pracy. Powiedziałem mu, że najpierw musimy posprzątać, bo jestem dozorcą. Gdy skończyliśmy, chciał się umyć. Gdy zobaczyłem go rozebranego, naszła mnie ochota, ale odmówił. Stojącego tyłem kilka razy uderzyłem siekierą. Gdy padł na ziemię, pociąłem go nożem. Odrąbałem mu nogi, ręce i głowę i wywiozłem. Rzeczy spaliłem, a walizkę dałem sąsiadce na przechowanie – dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego” cytował jego pierwsze wyjaśnienia przed prokuratorem.

Kazimierz Polus: To nie pierwsze moje zbrodnie

W czasie jednego z przesłuchań Polus niespodziewanie przyznał się do dwóch innych zabójstw.

Do pierwszego z nich doszło 27 maja 1971 roku w Szczecinie. Ofiarą padł 8-letni chłopiec, którego zwabił z podwórka nieopodal domu. Ośmiolatek został zgwałcony, a potem zabity czteroma ciosami nożem w klatkę piersiową.

Na ławie oskarżonych przed poznańską Temidą wspominał:

– Nie wiem, co we mnie wstąpiło.  Chwyciłem nóż kuchenny i wbiłem chłopcu w lewy bok i wtedy dostałem „poluzji”. Wytrysk nasienia, czyli „poluzję” miałem tylko jeden raz po uderzeniu chłopca nożem. Przedtem nie mogłem tego osiągną. Uważam, że gdybym wcześniej miał wytrysk, to chłopiec byłby żywy. 

Zwłoki dziecka znaleziono na peryferiach miasta kilka tygodni później. Pomimo czteroletniego śledztwa sprawa została umorzona z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa.

Kazimierz Polus: kolejna zbrodnia

Drugiego zabójstwa Kazimierz  Polus dokonał 14 grudnia 1975, w okolicy dworca PKP Poznań Główny. Najpierw zaczepił błąkającego się tam bez celu 17-letniego chłopaka. Od słowa do słowa okazało się że nieznajomy szuka pracy.

– To się doskonale składa. Mój znajomy buduje dom na peryferiach miasta. Szuka ludzi do prostych prac fizycznych. Potrzebna jest każda para rąk. Jeden warunek, ani grama alkoholu. Interesuje cię taka propozycja.

– Bardzo chętnie. Kilka razy pomagałem sąsiadom w takich pracach.

– To jedźmy do niego. Może od ręki cię zatrudni.

Panowie pojechali na peryferie Poznania. Młodzieniec nie spodziewał się żadnego niebezpieczeństwa. Na pustym placu budowy rozegrał się dramat. Polus zgwałcił 17-latka, potem zamordował kilkoma silnymi ciosami w głowę. Ciało denata ukrył w pobliskim lesie. I ta sprawa, po kilkumiesięcznym śledztwie, została umorzona z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa.

Kazimierz Polus: zagadkowy zabójca

Niewiele wiemy o dzieciństwie i młodości Kazimierza Polusa. Urodził się 10 września 1929 roku, w Poznaniu. Ukończył zaledwie 7 klas szkoły podstawowej, nie wyuczył się żadnego zawodu. Nie jest to pewnie żadnym zaskoczeniem, bo w pierwszych latach po zakończeniu drugiej wojny światowej szkół zawodowych praktycznie nie było. W 1950 roku ożenił się, ale nie było to udane małżeństwo. Młodzi rozwiedli się rok później.

Kazimierz Polus jest chyba najmniej opisanym powojennym zabójcą. Z nielicznych publikacji wynika, że po raz pierwszy w konflikt z prawem – i to od razu poważny – wszedł w 1953 roku. Napadł i zgwałcił młodego mężczyznę. Wyrok Temidy był surowy: 10 lat pozbawienia wolności. Na wolność wyszedł 7 lat później. Wyrok skrócono ze względu na dobre sprawowanie i przekonanie, że pobyt w więzieniu Wołowie na Dolnym Śląsku, czegoś go nauczył. To jednak były płonne nadzieje. W 1961 roku za kolejne czyny lubieżne został skazany na 10 lat więzienia. Wyrok odsiedział niemal w całości.

Deprawator za kratkami

Po wyjściu na wolność osiadł w Szczecinie, gdzie pracował w zakładach celulozowo-papierniczych jako robotnik niewykwalifikowany. Nieokiełzany popęd seksualny znowu dał o sobie znać. 25 listopada 1971 roku, na łamach „Kuriera Szczecińskiego”, znalazła się krótka informacja o wyczynach Polusa. Wynikało z nich, że mężczyzna dopuścił się kolejnych przestępstw na tle seksualnym.  Zacytujmy ją w całości:

– Chciałbyś mieć rowerek – mężczyzna w średnim wieku zagadnął malca bawiącego się na jednej z ulic Śródmieścia.

– Tak! A jaki ma kolor? – padła rezolutna odpowiedź.

– Zielony. Dostaniesz go, jeżeli pojedziesz ze mną”.

Za chwilę obaj pomaszerowali w stronę przystanku tramwajowego…

W lipcu 1971 roku do organów Milicji Obywatelskiej zaczęły napływać meldunki o nieznanym osobniku, który po pozorem obdarowania rowerem zwabiał do swego mieszkania chłopców w wielu od 8 do 11 lat i ta, upoiwszy ich winem, dopuszczał się czynów lubieżnych, a następnie groził ofiarom, iż pozabija je w przypadku, gdyby komukolwiek powiedziały o tym, co je spotkało.

Początkowo dysponowano jedynie faktem, że deprawator działa  na terenie Śródmieścia, a zamieszkuje gdzieś na Stołczynie: „Żaden z chłopców nie potrafił niestety podać jego dokładnego adresu. Jednak energiczne śledztwo  pozwoliło w krótkim czasie ująć przestępcę, którym okazał się 42-letni Kazimierz Polus, mieszkaniec ulicy Stopczyńskiej, mający na swoim koncie 9-letnią odsiadkę za napad rabunkowy.

Niedawno Sąd Powiatowy w Szczecinie wymierzył  deprawatorowi karę 6 lat pozbawienia wolności. Wyrok nie jest prawomocny”.

Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że ten deprawator ma na sumieniu życie 8-letniego chłopca, którego zgwałcił i zamordował w centrum miasta.

Boję się późnych wieczorów

W akcie oskarżenia poznańska prokuratura zarzuciła Kazimierzowi Polusowi trzy zabójstwa o podłożu seksualnym oraz przywłaszczenie pieniędzy jednej z ofiar.

Mężczyzna przed sądem nieudolnie udawał chorobę psychiczną, wielokrotnie prosił, „by go wyleczyć, bo jest chory”. Ale opinia biegłych była jednoznaczna: oskarżony był poczytalny w chwili dokonywania zabójstw i może odpowiadać za swoje czyny. 13 kwietnia 1984 roku Kazimierz Polus został skazany na karę śmierci i pozbawienia praw publicznych na zawsze.

W uzasadnieniu wyroku sędzia stwierdził: „W przypadku Kazimiera Polusa nie ma żadnego motywy, aby tej kary nie wymierzyć. Nie jest to zemsta społeczeństwa za jego czyny. Społeczeństwo po prostu usuwa zbrodniczy element, aby nie było z jego strony już żadnego zagrożenia. Kazimierz Polus nie umie żyć na wolności. Każdy jego tu pobyt kończył się zbrodnią. Ten 54-letni mężczyzna 29 lat spędził w zakładach karnych. Niczego go to nie nauczyło. Nie ma wątpliwości, że w tym przypadku o żadnej resocjalizacji nie może być mowy”.

­- Wiem, że zasłużyłem na karę. Tylko jak mnie powieszą, to jako czwarty pójdę do piachu. Czy to jest potrzebne? Ja jeszcze się przydam, odkupię swoje winy, a tamci i tak nie zmartwychwstaną – powiedział na kilka tygodni  przed śmiercią w rozmowie z Jerzym Andrzejewskim, dziennikarzem „Expressu reporterów”, który zbierał materiały do tekstu pt. „Morderca u konfesjonału”.

Kazimierz Polus: potępiam swoje czyny

To właśnie tam autor cytuje ostatnie słowo zabójcy przed poznańską Temidą: „Wysoki Sądzie… Potępiam moje czyny… Wyrzutów sumienia nie wyzbędę się nigdy… Nie chciałem zabijać… To byli młodzi ludzie, mogli jeszcze długo żyć… Nie wiem, co mi się stało… Chciałbym się zrehabilitować… Proszę darować mi życie…”.

Jerzy Andrzejewski tak opisał tamto spotkanie: „Bezbronny skazaniec siedział przede mną z oczami wpatrzonymi w podłogę. Morderca był bardzo nerwowy. Jego ręce nie mogły znaleźć sobie miejsca. Był przygaszony i zrezygnowany. W celi śmierci, podczas bezsennych nocy, miał czas na zagryzanie się i rachunek sumienia – na przyglądanie się sobie, na zaglądanie przeszłości w oczy, na analizę swoich złych życiowych dróg. Wówczas powiedział: – Boję się późnych wieczorów, kiedy gasną światła i zostaję sam. Tyle nasłuchałem się, że wieszać przychodzą nad ranem, że boję się usnąć. Nerwy. Lękam się własnego cienia. Boję się wychodzić z celi. Teraz wiem, ile jest warte życie. Trochę późno! Całe dnie chodzę i myślę. Nie mam cierpliwości, żeby się czymkolwiek zająć. Prowadzę ze sobą wielogodzinne rozmowy. W chwili, gdy dowiedziałem się, że wyrok został uprawomocniony, załamałem się. Straciłem nadzieję. Połknąłem drut, żeby oddalić od siebie moment śmierci”.

Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok został wykonany 15 marca 1985 roku w Areszcie Śledczym w Poznaniu. Kazimierz Polus został pochowany na Cmentarzu Miłostowo w tym samym mieście.

Roman Kwiatkowski

Fot. pixabay.com