Sprawa podwójnej zbrodni w Jeńkach

Sprawców podwójnej zbrodni w Jeńkach nie udało się ustalić. Dokonane przed ponad 30 laty analizy śladów krwi, znalezionych na ubraniu Moniki, nie naprowadziły śledczych na żaden trop. Na butach dzieci znaleziono ślady linii papilarnych, więc od części osób pobrano odciski palców do badań porównawczych. Jeden ślad nie należał do żadnej z nich. 4 czerwca 1990 roku sprawa została umorzona z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa. 10 tomów akt powędrowało do archiwum. Przełom nastąpił 30 lat później.

Jeńki to niewielka wieś na Podlasiu, 30  kilometrów od Białegostoku, na obrzeżach utworzonego w 1996 roku Narwiańskiego Parku Narodowego. Sporo rodzin wielopokoleniowych, ludzie doskonale się znają. Od kilkuset lat głównym źródłem zarobkowania w Jeńkach jest hodowla zwierząt w obejściu i uprawa roli. Rytm życia wyznacza przyroda, życie płynie wolno i spokojnie. Tak przynajmniej było do 23 października 1989 roku.

Jesienny poniedziałek. To był dzień jak każdy inny. Ładna pogoda, świeciło słońce, dość ciepło jak na tę porę roku. 9-letni Janusz Faszczewski i o 2 lata starsza od niego siostra Monika, mieszkający z rodzicami i trojgiem rodzeństwa, wrócili razem ze szkoły oddalonej o kilka kilometrów, znajdującej się we wsi Łopianka. Dzieci zjadły obiad i wybrały się na pobliskie łąki, nazywane przez potocznych „smugami”. Od tamtej pory wszelki słuch po nich zaginął.

– Byłam pewna, że bawią się na łące, często tam same chodziły – opowiadała po latach mama Janusza i Moniki. – Dzień był ładny. Wołałam dzieci, a one nie wracały. Wysłałam starszego syna, żeby ich poszukał. Bez skutku.

***

Przez kilka pierwszych godzin rodzice z pomocą sąsiadów sami szukali swoich pociech w Jeńkach. Mijały godziny, a rodzeństwa nie było!

Rodzice wieczorem powiadomili milicję. Natychmiast przystąpiono do poszukiwań. Uczestniczyło w nich kilkaset osób. Wśród nich było 140 milicjantów z Łomży, Białegostoku, Zambrowa i Wysokiego Mazowieckiego oraz żołnierze z pobliskiej jednostki wojskowej. Akcję poszukiwawczą koordynowali: zastępca szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Łomży – pułkownik Edmund Jaszewski oraz szef RUSW w Wysokiem Mazowieckiem – major Jan Bancerewicz.

„Dzieci muszą się znaleźć” – zapewniali dziennikarzy obaj panowie, jednak od początku podkreślali, że są to bardzo trudne działania. Choć zapadły październikowe ciemności, poszukiwania nie ustały.  Milicjanci, żołnierze i miejscowa ludność, oświetlając teren latarkami i światłami ciągników, penetrowali okoliczne lasy i chaszcze.

Nerwowe godziny w Jeńkach: nawet w nocy nie przerwali poszukiwań!

Poszukiwaniom na pewno nie sprzyjało ukształtowanie terenu. W odległości zaledwie 300 metrów od wsi, gdzie mieszkało zaginione rodzeństwo, w lesie znajduje się tzw. źródełko, wokół którego tworzy się bagno. Miejscami bardzo zdradliwe, bo zarasta je trawa maskując zdradziecki, podmokły teren. Dwa kilometry dalej płynie Narew, otoczona w tym miejscu – jak mówią miejscowi – pływającymi bagnami. W takich miejscach na powierzchni wody tworzy się pływająca warstwa roślinności. Niekiedy rosną tam drzewa. Przy mocniejszych podmuchach wiatru powierzchnia wody zaczyna falować, a wraz z nią pnie drzew.

Dodatkowo nie w Jeńkach,a raczej w pobliżu tej miejscowości był duży kompleks leśny, ale – jak zapewniali rodzice – jeśli Monika i Janusz tam poszli, to raczej nie powinni zabłądzić, bowiem w przeszłości nie raz chodzili już tam na grzyby i zawsze, bez żadnych sensacji, wracali do domu. Co się z nimi stało tamtego poniedziałkowego popołudnia? Na to pytanie nikt nie potrafił odpowiedzieć. Całonocne poszukiwania nie przyniosły żadnego efektu. Od wtorkowego poranka do akcji zmobilizowano kolejnych kilkudziesięciu milicjantów. Łącznie było to prawie 300 osób.

Ludzie różnie myśleli. Może pojechali gdzieś do kuzynów. Może zasiedzieli się u znajomych, skłamali, że rodzice o wszystkim wiedzą i pozwolili im nie pójść następnego dnia do szkoły. Choć z drugiej strony nigdy takich rzeczy nie robili! Byli bardzo posłuszni, nie sprawiali żadnych problemów. Ani w szkole, ani w domu. Zabłądzić też nie mogli, bo doskonale znali te tereny.

***

Jedna z sąsiadek, bezpośrednio w rozmowie z reporterem „Gazety Współczesnej”, w październiku 1989 roku, opowiadała o rodzeństwie: „Monika, gdy była mała, bardzo chorowała. Miała 2 lata, a jeszcze nie chodziła. Dla rodziców było to wielkim problemem. Matka woziła ją do wielu lekarzy, byli nawet w Centrum Zdrowia Dziecka. Swego czasu miała ropne zapalenie płuc – cztery razy jej ropę ściągali. Potem doszła do zdrowia, nie najgorzej się uczyła. Znać w niej było energię do życia. Włosy kręcone, tłusta, lubiła czasami coś komuś spsocić, ale to przecież dziecinny nawyk i prawo. Januszek i Monika często przebywali w naszym domu. Co wieczór przychodzili na telewizję, na „dobranockę”. Januszek był bardzo grzecznym chłopcem. Bardzo ruchliwym, uczynnym, jak go o coś poprosić, to „na jednej nóżce” biegał. Nie chcieliśmy wierzyć, że doszło do takiej tragedii”.

Tamtego poniedziałkowego popołudnia rodzice myśleli, że dzieci są właśnie u sąsiadów. Starsza siostra Moniki i Januszka oczywiście pobiegła sprawdzić, czy ich tam nie ma. Rodzeństwa nie było. Wtedy zaczęto ich szukać.

Czasy ciężkie, pensja niewielka

Monika i Janusz byli bardzo grzeczni i posłuszni, niemal o wszystko pytali się rodziców. Zabłądzić w okolicznych lasach też raczej nie mogli, bo przecież doskonale znali te tereny. Sami chodzili na grzyby, jagody do lasu, po krowę na łąkę. Trzydzieści lat temu nastoletnie dzieci były o wiele bardziej samodzielne od dzisiejszych rówieśników, mimo że nie mieli internetu, smartfonów i mediów społecznościowych.

Co zatem mogło się z nimi stać? Może doszło do nieszczęśliwego wypadku? Może wpadli do pobliskiego bajorka. Ale obydwoje na raz? Dlaczego to drugie nie wzywało pomocy? Krzyku we wsi nikt nie słyszał, więc tę wersję i miejscowi, a potem również milicja, szybko wykluczyli. Może zostały porwane? W 1989 roku taka hipoteza wydawała się raczej niedorzeczna. Po co ktoś miałby uprowadzić dwójkę dzieci pochodzących z biednej i przeciętnej rodziny. Dla zemsty? Faszczewscy nie mieli wrogów, nigdy nikomu źle nie życzyli. Porwanie dla okupu? Jeśli tak… to kidnaperzy źle wybrali. W samych Jeńkach było wiele bogatszych rodzin. U Faszczewskich nigdy się nie przelewało. Czasy ciężkie, pensje niewielkie, szóstka dzieci na utrzymaniu. Ludzie we wsi opowiadali o nich: rodzice dbają o dzieci, lubią je, starają się wyżywić, od czasu do czasu kupowali pociechom cukierki, by nie czuły się gorsze od innych.

***

Sąsiadka 1: – Ja jeszcze nieraz śpię, a ona już gotuje, żeby dzieciom przed wyjściem do szkoły dać jeść, bo na kanapki nie zawsze starcza dla wszystkich. Nieraz przybraknie chleba i mięsa. Jak nie miała co, kartofli nagotowała im z mlekiem, ale dzieciak musiał się najeść. Te dzieci to zawsze były okazy zdrowia. Nigdy zasmarkane, zawsze rumiane. W mieszkaniu ciasnota. Mają tylko jeden pokój, osiem osób na niecałych dwudziestu metrach. Dzieci musiały się wyspać, umyć, lekcje odrobić. Jak nieraz tam zaszłam, to jedno lekcje odrabiało na łóżku, inne – przy stole, jeszcze inne – skulone gdzieś w kąciku. Ojciec – cały czas z nimi. Pomagał, jak mógł.

Sąsiad 2: – Nie mieli żadnych wrogów. Oni nigdy się z nikim nie kłócili. Biedę cierpieli we własnym gronie. Nawet jak mieli jednego cukierka, to się nim podzielili. Cała wieś jest tą tragedią wstrząśnięta. Nikt im w niczym nie pomagał. Swoimi palcami musieli na wszystko w życiu zarobić. W okolicy nigdy takiej tragedii nie było. Mało tego – nie słychać nawet o pobiciu dzieci, co mówić o zabiciu.

***

Monika, przyjaciółka zza drogi: – Monika była moją najlepszą koleżanką. Razem się bawiłyśmy  każdego dnia, zaraz po powrocie ze szkoły. Razem chodziłyśmy do sklepu po zakupy albo na pieczarki na łąkę. W lasku, gdzie zginęła, miałyśmy własną skrytkę i bardzo często tam się właśnie bawiłyśmy. Będę ją bardzo mile wspominać. Tak mi jej żal… Mąż sąsiadki to nawet widział podejrzanych ludzi, jak szli przez wieś. To byli jacyś nieznajomi. We wsi wszyscy wszystkich znają, nawet z bliższej i dalszej rodziny. Ci na pewno nie mieli we wsi nikogo znajomego. Szli drogą w kierunku lasu – tam, gdzie to się stało. Wtedy nikt jeszcze na to nie zwracał uwagi, bo nie myślał, że to się stanie.

Młody mężczyzna: – Podczas poszukiwań ludzie mówili: proponuje się w Polsce znieść karę śmierci. A proszę mi powiedzieć, czym byłoby uśmiercenie  tego, co zamordował te dzieci?! Niczym! To żadna kara dla takiego zbrodniarza! Takiego to tylko złapać, w to samo miejsce położyć, ziemią przysypać – niech cierpi. To dopiero byłaby sprawiedliwość. Czy o mordercy można w ogóle mówić człowiek?

W lasku, obok miejsca odnalezienia zwłok, popłakująca młoda kobieta, trzymając się za głowę, mówi: – To straszna tragedia. Żeby ktoś mógł zrobić dzieciom taką krzywdę! No, za co? Przecież to niewinne istoty.

Kontrolowana zmowa milczenia w Jeńkach

Wszystkie powyższe cytaty pochodzą z reportażu opublikowanego na łamach na łamach „Gazety Współczesnej”, w dwa dni po odnalezieniu zwłok Januszka i Moniki. W tekście znalazło się również miejsce dla pułkownika Edmunda Jaszewskiego. Zastępca szefa WUSW w Łomży powiedział: „Podczas wieloletniej służby w Milicji Obywatelskiej miałem wielokrotnie do czynienia z naprawdę okrutnymi zdarzeniami – morderstwami, zabójstwami na różnym tle. Ale tam, gdzie dochodzi do zabójstwa dziecka – jest to szczególnie bulwersujące. I dlatego też uczynimy wszystko, żeby tajemnicę zaginięcia Januszka i Moniki wyjaśnić możliwie najszybciej i najdokładniej”.

Szef RUSW w Wysokiem Mazowieckiem, mjr Jan Balcerowicz dodał: „Pracowaliśmy prawie całą dobę, bez przerwy. Poszukiwania zostały zakończone, ale wyniki – z oczywistych powodów – nas nie zadawalają. Wolelibyśmy – i do końca mieliśmy taką nadzieję, odnaleźć dzieci żywe. Stało się jednak inaczej. Prowadzimy wiele czynności operacyjnych i dochodzeniowych. Zwracamy się z gorącym apelem do mieszkańców województw łomżyńskiego i białostockiego, do wszystkich, którzy mogliby nam pomóc w ustaleniu sprawców tej zbrodni. Znaczenie może mieć każda, z pozoru nieistotna informacja.

Po kilku reportażach w lokalnej prasie dziennikarze odebrali mnóstwo telefonów od czytelników. Ludzie domagali się ujawnienia okoliczności tej tragedii i szczegółów związanych między innymi z okolicznościami i tłem zbrodni. Zasłaniając się dobrem śledztwa, zarówno milicja jak i prokuratura, odmówiły ujawnienia dodatkowych informacji w tej sprawie. Wszyscy ciekawscy musieli się zadowolić lakonicznym komunikatem: „Kilkudziesięciu milicjantów prowadzi intensywne czynności dochodzeniowo-śledcze, zmierzające do ustalenia  wszystkich okoliczności zbrodni i jej sprawców. Prosimy o nieprzeszkadzanie nam w pracy, a o pomoc”. 

Przecież nie zrobiły nic złego

W1989 roku milicja i prokuratura nie ujawniały zbyt wielu szczegółów podwójnej zbrodni w Jeńkach. Pewnie ze względu na drastyczne okoliczności zdarzenia. Zwłoki rodzeństwa były przysypane dużą ilością igliwia, roślin i ściółki leśnej. Dziewczynka miała zaciśniętą wokół szyi pętlę ze sznurka. Był mocno naprężony, przywiązany drugim końcem do drzewa. Równie makabrycznej zbrodni dawno nie odnotowały kroniki kryminalne. Grozę potęgował fakt, że ofiarą była 11-letnia dziewczynka i jej młodszy o 2 lata braciszek. Bogu ducha winne, niewinne dzieci, które nikomu, w swoim krótkim życiu, nie zrobiły nic złego!

Z ustaleń śledczych wynikało, że Faszczewscy zostali uduszeni sznurem, który prawdopodobnie służył Monice jako skakanka i który dziewczynka zabrała ze sobą wychodząc na łąkę. Przyjęto, że atak na nią miał tło seksualne. Przywiązana do drzewa 11-latka była bez bielizny. Miała uszkodzoną błonę dziewiczą, jednak do gwałtu nie doszło. Do tego na jej rękach ujawniono ślady, które świadczyły, że próbowała się bronić i zdjąć pętlę z szyi. Lekarze przypuszczali, że sprawca kilka razy doprowadzał ją do nieprzytomności, zanim ostatecznie udusił.

 W przypadku Januszka śmierć nastąpiła szybko. Najprawdopodobniej został zamordowany tylko dlatego, że był świadkiem zabójstwa siostry. Pewnie widział twarz mordercy, może nawet go znał i dlatego musiał zginąć. Został uduszony, w żaden sposób nie wykorzystano go seksualnie. Dwójka dzieci zginęła wkrótce po tym, gdy widziano je żywe po raz ostatni, czyli po godzinie 14:30.

Rodzinny horror w Jeńkach

To była bardzo trudna i skomplikowana sprawa. Nie było żadnych świadków, choć – jak założyli milicyjni dochodzeniowcy – sprawca przebywał na miejscu zbrodni przynajmniej kilkanaście minut. Przesłuchano kilkudziesięciu mieszkańców Jeniek. Kilku mieszkańców tragicznego, poniedziałkowego poranka widziało w Jeńkach młodego, około 25-letniego mężczyznę, średniej budowy ciała, wzrost ok. 170 centymetrów.  Nikt go nie znał i wcześniej tam nie widział. Ale to było rano, około godziny 9. Kilka godzin później, w okolicach lasku, gdzie znaleziono zamordowane rodzeństwo, ktoś widział we wsi dwójkę nieznanych osób w wieku około 25-30 lat: mężczyznę oraz kobietę. Osoby te miały zachowywać się podejrzanie. Oboje szli w kierunku sąsiedniej wsi, a więc musieli mijać po drodze las, w którym zamordowano dzieci. Mężczyzna przyciągał uwagę nietypowym sposobem chodzenia – być może był chory lub nietrzeźwy. Pomimo poszukiwań, żadnego z nieznajomych nigdy nie odnaleziono. Czy mogli mieć związek z dokonaną zbrodnią? Nie było żadnego potwierdzenia tej tezy.

Ówczesnych dochodzeniowców zaskoczył jeden fakt. Do podwójnej zbrodni wprawdzie doszło około 800 metrów od zabudowań, ale przecież dzieci na pewno krzyczały, na pewno próbowały się bronić. Jak to się stało, że nikt nic nie słyszał? Przecież przed godziną 15 (a wtedy najprawdopodobniej rozegrał się dramat) ludzie krzątają się w obejściach, chodzą po ulicy. I naprawdę w tej ciszy nikogo nie zaniepokoiły dziecięce wołania o pomoc? Chyba że… maluchy nie krzyczały. Może znały oprawcę? Pewnie nie spodziewały się ataku. Może wydarzenia rozegrały się tak nagle, że sparaliżowane strachem, nie były w stanie nic mówić, nie mówiąc o wzywaniu pomocy. Gdyby jednak przyjąć ten scenariusz, zbrodniarza należałoby szukać wśród mieszkańców wsi Jeńki. Kto mógł się dopuścił makabrycznego podwójnego zabójstwa?

***

Na pewnym etapie śledztwa, na celowniku śledczych znalazł się… ojciec zamordowanych. Milicjanci doszli do wniosku, że skoro to on znalazł zwłoki… mógł wiedzieć, gdzie się znajdowały. To było mocną poszlaką. Wprawdzie szybko oczyszczono go z podejrzeń, jednak mieszkańcy wsi patrzyli na niego trochę dziwnym wzrokiem.

Zaczął się rodziny horror. Oskarżali, że to tata zamordował, potem mówili, że mama, potem dziadek. Nie dość, że straciłam rodzeństwo, to w dodatku przechodziliśmy przez takie rzeczy. Uznano, że rodzice są mordercami, i my żyjemy z mordercami. Trwało to dopóki śledztwo nie zostało umorzone – wspominała przed dwoma laty siostra zamordowanych dzieci przed kamerami telewizji TVN.

Chcesz poznań ciąg dalszy tej wstrząsającej sprawy rozgrywającej się w Jeńkach? Sięgnij po Detektywa 7/2021 (tekst Tomasza Przemyskiego pt. „Horror w spokojnej wsi”). Do kupienia TUTAJ.