Rozwoziciel pizzy zginął w męczarniach

Ciało znajdowało się w dole na terenie kompleksu leśnego. Było luźno przysypane ziemią wymieszaną z wapnem. Śledczy ustalili, że dół został wykopany wcześniej, na długo przed dokonaniem zabójstwa. Patolog sądowy, który jako pierwszy dokonał oględzin zwłok, od razu zauważył, że ofiara musiała być duszona. Najprawdopodobniej plastikową taśmą. Mężczyzna zginął w męczarniach.

Borowiczki to osiedle znajdujące się na południowo-wschodnich obrzeżach Płocka. Jeszcze na początku lat 80. XX wieku była to wieś licząca nieco ponad 2 tysiące mieszkańców. Do dziś osiedle zachowało na wpół wiejski charakter. Od południa ograniczone Wisłą i łęgami, od strony zachodniej rzadkimi lasami i nadrzecznymi mokradłami. Im dalej w kierunku centrum miasta, tym zabudowa gęstnieje, wiejskie chaty ustępują domom jednorodzinnym wybudowanym pod koniec epoki PRL-u i na początku lat 90.

Fatum zbrodni nad miastem

W pamięci mieszkańców ten zakątek zawsze jednak kojarzył się z prężną niegdyś, a teraz upadłą Cukrownią Borowiczki. Dziś po nieźle prosperującym zakładzie zostało kilka rozpadających się budynków i ślad po marce w nazwie Krajowej Spółki Cukrowej S.A. Zakładu „Archiwum” w Płocku. „Cukrownia” już nic nie produkuje, a tylko świadczy innym firmom usługi archiwizowania dokumentów. Teren wokół niej – dziczejący, zarośnięty krzakami, będący ulubionym miejscem spotkań lokalnych pijaczków i bezdomnych – owiany jest złą sławą. To tu w latach 40. i 50. bezpieka urządzała obławy na członków podziemia. Stąd też pochodził Bolesław Kowalski, którego historia opisana na kartach IPN-owskiego dochodzenia może stanowić ilustrację czasów powojnia. Ubek chłopskiego pochodzenia zginął od kuli z radzieckiego karabinu, którego kolbą na jego rozkaz inny funkcjonariusz UB miał wyważyć deskę w sąsieku. Szukano kryjówki „elementu wrogiego” ówczesnemu systemowi. Karabin przy uderzeniu przypadkowo wystrzelił. Pocisk przeszył czaszkę Kowalskiego.

Całkiem niedawno w płockiej byłej ubeckiej katowni, w której mieściła się również w okresie PRL-u komenda milicji, odkryto dwa ciała ofiar bezpieki. Znajdowały się na dziedzińcu dawnej komendy. Przez dekady szczątki leżały płytko pod ziemią, mijali je mundurowi, obok parkowano radiowozy.

Ciemna karta w historii Płocka

Płock ma też ciemną kartę w historii grup przestępczych lat 90. Tam krzyżowały się drogi siejących postrach gangów z Mazowsza i między innymi łódzkiej Ośmiornicy. To tam działali ludzie Rafała S., pseudonim Szkatuła, sądzonego później za kilkakrotne podżeganie do zabójstw i kierowanie grupą przestępczą. Stamtąd też pochodził Piotr M., pseudonim Księgowy – jeden z nielicznych współpracowników „Szkatuły”, który – w czasie, kiedy prokuratura wyławiała kolejnych członków gangu – zdołał uciec za granicę. Wpadł dopiero niedawno, bo w 2014 roku i postawiono go przed Sądem Okręgowym w Bydgoszczy. Został skazany za organizowanie przemytu kokainy z hiszpańskiego Alicante do krajów zachodniej Europy i do Polski. W Koszalinie z kolei trwało postępowanie wobec Piotra M., w którym zarzucano mu grożenie śmiercią jednemu z bydgoskich sędziów.

Niedobitki z grupy „Szkatuły” nadal zresztą wpadają w ręce organów ścigania i mają stawiane zarzuty w związku z dawnymi grzechami.

     – Trochę tak jest z nami, że ten Płock to taka ziemia zapomniana. Przez Boga, bo nie przez historię – mówi Włodzimierz Kozański, jeden z mieszkańców płockich Borowiczek. – Wie pan, w beznadziejnej sytuacji trzeba sobie radzić. A choćby i się szło w poprzek prawa. Stąd te wszystkie grupy przestępcze, te narkotyki, co to młodzież teraz bierze. Kiedyś był alkohol i włamy na rympał, a teraz idą w oszustwa, przekręty. Fatum jakieś, czy co?

     Od niedawna na ustach mieszkańców Płocka znajduje się jednak inna historia. Wstrząsnęła społecznością miasta. A najbardziej uderza skala okrucieństwa, z jakim pozbawiono życia młodego człowieka.

Ostatni kurs i pusty samochód

Przed północą, 27 stycznia 2020 roku, do komisariatu policji zadzwoniła roztrzęsiona mieszkanka osiedla Borowiczki. Twierdziła, że jej 20-letni brat nie wrócił do domu. Rafał C. pracował od pewnego czasu jako dostawca w pizzerii mieszczącej się przy ulicy Armii Krajowej. Miał wrócić około godziny 17, bo wtedy kończył zmianę. Nie wspominał wcześniej – jak ustalił śledczy Prokuratury Okręgowej w Płocku – że ma jakieś plany po pracy.

Policja przyjęła zgłoszenie, ale bliscy Rafała nie chcieli pozostawić sprawy poszukiwań wyłącznie mundurowym. Siostra jeszcze tego samego dnia odwiedziła pizzerię, w której był zatrudniony brat. Spotkała tam byłą partnerkę chłopaka, która również się zaniepokoiła, bo Rafał wyjechał z dostawą jakąś godzinę wcześniej. Dopiero jednak w nocy cały świat państwa C. zawalił się, kiedy było już jasne, że stało się coś poważnego. Ostanie zamówienie, jakie przyjął Rafał, pochodziło z domu mieszczącego się na ulicy Urbanowo.

To wąska gruntówka, która w odległości pół kilometra od północnego brzegu Wisły odchodzi od ulicy Pocztowej i od południowo-wschodniej strony okala teren starej cukrowni. Mieszkańcy Płocka, jak sami podkreślają, nie zapuszczają się w tę okolicę, jeśli nie mają naprawdę ważnego powodu.

     – To nieciekawy teren. Z jednej strony kilka domów, z drugiej las. Ciemno, głucho – mówi jeden z mieszkańców Borowiczek. – Nikt tu ot, tak z pieskiem nie spaceruje.

Wiadomo, że zginął w męczarniach

 Samochód Rafała był zaparkowany przed jedną z posesji. Jak wynika z opisu jego matki „szyby były oszronione, a przednia, od strony kierowcy całkowicie opuszczona”. W aucie został terminal z pizzerii i czapka firmowa. Wyglądało to tak, jakby Rafał na chwilę wyszedł z samochodu i zamierzał wkrótce wrócić. W aucie jednak nie było nikogo.

Widok porzuconego samochodu nie wróżył nic dobrego. Bliscy młodego mężczyzny żyli jednak nadzieją, że wszystko skończy się dobrze. Następnego dnia matka Rafała zadzwoniła na policję. Dowiedziała się, że „mają jakiś ślad”, ale funkcjonariusz kierujący poszukiwaniami mężczyzny zapowiedział tylko, by po więcej informacji zadzwoniła następnego dnia rano, to jest 29 stycznia. Kobieta tak właśnie zrobiła, jednak policja w dalszym ciągu nie chciała się dzielić swoimi ustaleniami. Dopiero kolejny telefon, ostatniego dnia stycznia, zmroził krew w żyłach bliskich Rafała.

Policjant powiedział, że wprawdzie „nie ma jeszcze pewności”, ale rodzina powinna przygotować się na najgorsze. Konieczna była weryfikacja tożsamości mężczyzny, którego ciało znaleziono prawie 100 kilometrów na północ od Płocka. Zwłoki znajdowały się w płytkim dole, w lesie, w rejonie miejscowości Okalewo. Wiadomo było, że mężczyzna zginął w męczarniach.

Chcesz poznać kulisy tej wstrząsającej sprawy? Czy Rafał faktycznie zginął w męczarniach? Odpowiedzi szukaj w Detektywie Wydanie Specjalne 2/2021 (tekst Adama Wernera pt. „Zbrodnia zaplanowana z zimną krwią”). Do kupienia TUTAJ.